05.05.2013

Lindt czekoladowy zajączek



Efekt różnych kalendarzy.

Najpierw rzecz najważniejsza. Nie wiem ile takich osób czyta mojego bloga ale kultura mi nakazuję abym mimo wszystko to zrobiła.
 Pragnę złożyć wszystkim wyznawcom prawosławia i grekokatolikom życzenia z okazji świąt Wielkanocnych. Zazdroszczę wam pogody na święta, bez tego białego, zimnego gówna lepiącego się do twarzy i rozmazującego tusz do rzęs, sprawiając, że mój misterny makijaż zamienił się w coś w stylu skrzyżowania pandy z emo. *mamrocze pod nosem o niesprawiedliwości losu*
Jak więc reszta ludzi się zapewne zorientowała dla niektórych, Wielkanoc, nie jest tylko wspomnieniem z zeszłego miesiąca, tylko dopiero się zaczęła . Z tego to też powodu postanowiłam uczcić ten jakże świąteczny dzień, poprzez zeżarcie ostatniego świątecznego słodycza, królika z Lindta. Każdy powód jest dobry, tak na przykład codziennie celebruję to, że jeszcze żadna asteroida czy inny kosmiczny śmieć nie unicestwił całej ludzkości. No wiecie, Cie-szmy-się-z-ma-łych-rze-czy-bo… nie wiem jak to dalej leciało. 
A tak na marginesie to nawet nie wiecie jak ja zazdroszczę rodzinom mieszanym wyznaniowo. Najpierw święta obchodzi się w terminie ogólnym a potem jeszcze raz, tym razem w obrządku wschodnim. I tak, Boże Narodzenie również jest obchodzone  jakiś czas po tych grudniowych. Wyobraźcie sobie ile to żarcia ile to świętowania, kurcze ile to prezentów i czekolady.  I w dodatku odpada problem do których rodziców najpierw zajedziemy na darmowe jedzenie, tfu na wspólne przeżywanie religijnej chwili zadumy i takie tam inne rzeczy. Ale i tak mam szczęście żyć na Podlasiu, dzięki temu wszystkie moje przerwy świąteczne są dłuższe niż w innych województwach, jutro również nie mam zajęć. Zazdrościcie*, nie?
*słowo na dziś: zazdrość. No hej, nie mogłam wymyśleć jakiegokolwiek zamiennika, więc w tym niezbyt długim akapicie pojawia się, aż trzy razy. 
Czekoladowy zajączek czy też królik z Lindta, po prostu postanowiłam zerwać z tradycją kupowania tanich i paskudnych królików z wytworu, który to ,niesłusznie producenci nazywają czekoladą. Te figurki zazwyczaj stoją jeszcze jakiś czas po świętach, dopóki ktoś sobie nie przypomni, że może przydało by się je zjeść, zanim zaczną wydzielać toksyczne substancję czy coś. No więc tym razem połasiłam się na produkt  droższy i przynajmniej teoretycznie lepszy jakościowo. Po ostatniej czekoladzie z Lindta mogłam mieć tylko nadzieje, że nie okażę się naiwną idiotką, która wierzy, że droższy=lepszy. 
Mam pewne ale co do tego sreberka, nie mogłam rozpakować tego zająca bez kompletnego zniszczenia tej warstwy zabezpieczającej. Trochę mnie to zirytowało bo po skosztowaniu kawałka chciałam z powrotem owinąć zwierzaka w to ubranko. Wiecie, nawet ja nie zdołałabym zeżreć całego zająca na raz, miałam zamiar jakoś go zabezpieczyć. Skończyło się to tym, że po zrobieniu zdjęć zrobiłam totalną masakrę, czyli rozczłonkowałam zająca i wpakowałam go do słoika. I w tym momencie zdałam sobie sprawę, że zabrzmiałam jak matka-psychopatka (za wcześnie na żarty?).
Smak: Czekolada, jak już może niektórzy przeczytali w składzie, jest mleczna, znowu będę lecieć z porównywaniem do Milki ale sorry memory ten typ tak już ma. Mniej słodka od Milki ale wciąż wystarczająco słodka aby zadowolić miłośników tego typu czekolad. Mimo, że procentowo, masa kakaowa jest, no mała to jednak da się ją wyczuć na podniebieniu. Jest gładka i w sumie dość twarda, nie rozpuszcza się tak szybko na języku jak inne mleczne wytwory czekoladowe. 
Podoba mi się to, że jest dość gruba, nie wszędzie ale miejscami  zaskakuje, że jest jej tyle, jako przykład podam uszy. Nie były one puste w środku, stanowiły zwartą masę, co mnie na początku zaskoczyło, pozytywnie, rzecz jasna. Ogólnie to sprawa przedstawia się tak, jest to najsmaczniejszy czekoladowy zając jaki w życiu jadłam, wprawdzie nie mówi to wiele biorąc pod uwagę, że inne długouszne, które jadłam to był szajs i badziewie ale rozumiecie sprawę. Serio, tym razem Lindt nie zawiódł, dobra porządna, nieprzesłodzona prawdziwa czekolada. I tak narodziła się nowa świąteczna tradycja kupowania przed każdą Wielkanocą zająca z Lindta, raz w roku naprawdę warto. No i mam(poprawka miałam, dobra ze mnie ciocia)teraz fajny dzwoneczek, szkoda, że ten sznureczek jest za mały żebym mogła nałożyć  tę ozdóbkę mojemu sierściuchowi.
Ocena: 10/10
Kaloryczność: nie podana
Gdzie kupiłam: Piotr i Paweł
Cena: 9,99zł za 100g
Warto rozejrzeć się w gazetkach promocyjnych różnych sklepów i porównać jaka cena wychodzi za kg lub 100g królika/zająca, lepiej kupić 100g za 10 złotych niż 50g za 8 złotych, taka tam rada na następny rok.

 Trochę się obawiam o resztki mojego zdrowia psychicznego, mam wrażenie, że moja obsesja z „Hobbitem” powoli zaczyna przerastać tą, jaką miałam kiedyś z Harrym Potterem. Mam już plakat z tego filmu, mam płytę, którą obejrzałam chyba z 15 razy, w folderze „obrazy” mam  42 gifów i zdjęć związanych głównie z Thorinem, na miłość boską potrafię wymienić wszystkie krasnoludy!! I jakby tego było mało mam ochotę jeszcze na: kubek z Thorinem, podkładkę pod mysz z wiadomą postacią, poduszkę oraz parę innych gadżetów. Help ;D.
Pa

10 komentarzy:

  1. Hobbicia i czekoladowa obsesja to szczyt zdrowia, pamiętaj :))

    Kurka, chyba poszukam jakiegoś prawosławnego mężczyzny dla siebie. Będą długie Święta Wielkanocne :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło wiedzieć, że jestem okazem zdrowia ;D.
      Prawosławnych mężczyzn najlepiej szukać na Podlasiu, tu jest ich najwięcej ;)

      Usuń
  2. A ja ubostwiam zajace milki ;) Zwlaszcza orzechowe. Poza tym sa one ladnie rzezbione, a Lindt sie o to nie pokusil

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zające Milki w tym roku powędrowały w ręce moich bratanic, może w następnym kupię i dla siebie.

      Usuń
  3. Zajączek to jest przedmiot kultowy. Przeważnie stoi i zdobi, aż do listopada... no bo jak zjeść?! jak on taki taki słodki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W szafce stoi sobie taki jeden chyba już trzeci rok jak nie dłużej, nikt nie jest na tyle odważny by go zjeść.

      Usuń
  4. Ja widziałamtakiego kilogramowego zająca Lindt... Jak on mnie kusił!
    Ale darowałam sobie... Za to mam ich czekolade:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kilogramowego, ło matko, ciekawe ile czasu bym takiego jadła. Czekoladę? a jaką? *ciekawskie stworzenie*

      Usuń
    2. A taką najzwyklejszą mleczną :P

      Niestety, kosztował 36 funtów, a aż taką miłośniczką czekolady nie jestem :P

      Usuń
    3. 36 funtów *mdleje* no raczej nie warto.

      Usuń