26.02.2017

Seed and Beran, Organic Rich Milk Chocolate, Cornish Sea Salt And Lime, 37 Cocoa



Kornwalskie lato w lutym

Zwykły mak spożywczy nie ma właściwości narkotycznych i wie o tym praktycznie każdy, kto posiada jakąkolwiek wiedzę. Jednak, jak już kilka osób z mojej rodziny zauważyło, po zjedzeniu potrawy z makiem, czy to makowiec czy kutia, człowieka ogarnia senność, zmęczenie. Nie zaprzeczę, może to jest efekt sugestii mózgu, ale może rzeczywiście jest to niezwykły sposób na zbyt energetyczne dzieci*. Biorąc to wszystko pod uwagę stwierdziłam, że na dzisiejszą  recenzję… nie wezmę tabliczki z makiem, tylko inną zamówioną w foodieshop24. I tak wieczorem zasypiałam siedząc przy komputerze, więc wiecie, lepiej nie ryzykować większej senności. Jeszcze spadnę z krzesła i głowę sobie rozbiję. I co wtedy?
*czoko oświadcza, że w tym wpisie nie sugeruje podawania dzieciom substancji narkotycznych**
**  a przynajmniej w dużych dawkach ;D 

Seed and Beran, Organic Rich Milk Chocolate, Cornish Sea Salt And Lime, 37 Cocoa. Czekolada mleczna limonkowa z wędzoną solą morską. Już widzę zachwycone miny niektórych osób. Ale cóż poradzić, lubię takie nietypowe czekolady, tym bardziej te, które nie posiadają alkoholu. 

Marka Seed and Bean nie jest jakąś ekskluzywną marką, raczej wydaję mi się, że to takie brytyjskie Viviani. Marka organiczna, dbająca o farmerów, etyczna, jadajadajada. Tylko tak podczas omijania wzrokiem nieciekawych fragmentów natknęłam się na tą perełkę „Most organic and Fairtrade chocolate sold in the UK is now made thousands of miles away and shipped in by chilled, temperature controlled HGVs. Most comes in from Poland, Italy and Germany. However we at Seed and Bean produce in a very "hands-on" way, from our bespoke facility in Northamptonshire, England.” Hmmm, ciekawe, ciekawe.

Nie będę podawać wszystkich dostępnych smaków, wystarczy, ze podam wam link. Ale mogę stwierdzić, że miałam problem z wyborem, ze 4 razy zmieniałam zdanie, bo prawie wszystkie tabliczki mnie ciekawiły. No i te opakowanie również zwraca uwagę.

Smak: opakowanie jest papierowe co może i jest ekologiczne, ale również bardzo niepraktyczne podczas deszczu lub, gdy ma się mokre ręce. I to nie chodzi o to, że czekolada uległaby zniszczeniu bo jest ona zabezpieczona cienka folią, ale chodzi o względy estetyczne. Przynajmniej łatwo się dało rozerwać.

Kostki czekolady ozdobione są albo logiem marki albo jakimiś pędami i liśćmi i przyznam, że jak na mój plebejski gust całkiem ładnie to wygląda. Jednak nie na tyle by było mi szkoda zniszczyć to dzieło. Już zapach zachęcał by bez wyrzutów sumienia zacząć łamać.

Uderzył mnie prawdziwy mix. Pojawiła się znacząca słodycz, a wraz z nią aromatyczny i subtelny kwasek limonki. Piszę subtelny, bo nie był to kwach wykrzywiający gębę, ale taka lekka sugestia orzeźwiającej limonki. Nie był to chamski sztuczny do bólu posmak tanich cytrusowych słodyczy. To był inny poziom! Przypomniał mi się Lindt Citrus Sorbet, obie tabliczki miały podobną cytrusowość, czyli wyczuwalną, ale nie nachalną. Ten smak idealnie komponował się ze słodyczą produktu sprawiając, że, chociaż było blisko, czekolada nie była przesłodzona. Ale to nie koniec!

Po chwili do słodyczy i limonkowego aromatu dołączyła sól. I tu również nie była to sól przesadzona. Dała o sobie znać, ale nie grała pierwszych skrzypiec. Można stwierdzić, iż harmonijnie zgrywała się z pozostałymi smakami. Razem z limonką stworzyła czekoladę odpowiednią na lato. Efekt lekkości i świeżości był nie do pomylenia, prawie ocierał się o efekt chłodzenia. Dodam tylko, że większość soli  chyba się rozpuściła w czekoladzie, ale co jakiś czas natrafiałam na małe ziarenko soli, co było zachwycające.

Zaś sama czysta czekolada, z tego co dałam radę wyczuć, była na poziomie może nie najwyższym, ale zadawalającym. Nie była szczególnie kakaowa (ale bardziej niż Milka ,co właściwie o niczym wielkim nie świadczy), ani szczególnie mleczna (chociaż mleczny posmak był wyrazisty). Wydaje mi się, że po prostu tworzyła przyjemne tło dla soli i limonki. Gładko się rozpuszczała choć na początku z lekkimi oporami. Mało tłusta i bez posmaku tanich składników (patrzę na ciebie Wawel)

Seed and Bean to zupełne przeciwieństwo 100% Manufaktury. Tak jak setka była dymna, mroczna i taka zimowa, tak Cornish Sea Salt And Lime jest tabliczką letnią, orzeźwiającą i delikatną. Tu jednak dodam sprawiedliwe, że główną zaletą brytyjskiej czekolady są jej dodatki. Nie wiem jakby smakowała bez nich, ale jestem ciekawa pozostałych wersji i na pewno się skuszę na kolejne tabliczki.

Ocena:10/10
Kaloryczność: 100g/ 574,3kcal
Gdzie kupiłam: foodieshop24
Cena: 15zł

Jakby ktoś szukał przyjemnej, mało intelektualnej ale za to ciepłej i nieromantycznej powieści to polecam „Kot Bob i ja”. Film na podstawie książki też polecę, jakoś milej mi się zrobiło po obejrzeniu go.
PS: nie, kot w tej książce nie ginie, Bob ma obecnie ze 12 lat i nadal trzyma się świetnie
Pa

19.02.2017

Manufaktura Czekolady, Chocolate Story Ghanna 100% kakao.

100 % inaczej



Scena. Różnokolorowe światła migoczą nadając magiczny charakter. I oto tanecznym krokiem wchodzi czoko. Zręcznym ruchem obraca w dłoni melonik i teatralnych gestem nakłada go na głowę, uśmiechając się przy tym zwycięsko. Przyciąga do siebie mikrofon i zaczyna.
- Oto nadszedł ten dzień! – Z tyłu kurtyna się wznosi ukazując chór gospel, który klaszcząc w ręce śpiewnie  wtóruje.  – Dzień, które dało nam antropomorficzne wyobrażenie siły wyższej! -  Widownia szaleje, po scenie zirytowany kroczy catus domesticus wkurvikus w przebraniu lwa. Nadal wietrząc protezy czoko unosi wysoko jedną czarną tabliczkę. Tłum pada na kolana, chórzystki wywijają w rytmie charlestona a kot zaczyna higienę bardzo intymną. …
I w tym momencie stwierdziłam, że śniegi i zima źle wpływają na moją wyobraźnie bo zaczynam majaczyć na jawie. Cóż.

Manufaktura Czekolady, Chocolate Story Ghanna 100%. Kakao. Nie poprawiajcie odbiorników, ani nie wycierajcie monitorów, dobrze widzicie. Kupiłam całą setkę. Po pozytywnych recenzjach, z których wywnioskowałam, że nie będzie to gorzko-kwaśno-paskudna Lindt 90-cośtam* procent, wybrałam sobie tą oto tabliczkę do swojej pierwszej przygody ze 100% kakaowości. I nie powiem, mam pewne obawy, ale jest to strach podszyty podekscytowanie. Ba! Piszę te słowa jeszcze nie mając tej czekolady w dłoniach, niech to świadczy o tym jak bardzo przebieram nogami by ją w końcu spróbować. 
* cośtam, bo już zapomniałam czy to było 90, 98 czy 99. Pamiętam tylko, że była paskudna.

Przypominam, że nie mam na tyle wrażliwych kubków smakowych by dokładnie opisać całą kompozycję tej czekolady. Ostatecznie z tego to też powodu podałam linki do recenzji osób, które jednak bardziej się znają.

Smak:czekolada wyglądała dość jasno jak na setkę. Była ciemno-brązowa z czerwonym odcieniem. Pachniała przystępnie, wręcz jak słodka deserówka. Nie tego się spodziewałam. Ale jak odłamałam kawałek i wsadziłam go do paszczy...


Zdecydowanie porównanie do deserówki odleciało hen hen daleko. A właściwie zwiało z wrzaskiem. Uderzyła mnie dawka goryczy. Po chwili, gdy otrząsnęłam się z szoku zaczęłam wśród tej goryczy dostrzegać coś więcej.Jak dla mnie pierwsze skrzypce grał tytoń, było to jakby ucieleśnienie posmaku pokoju podczas imienin w latach 90, ino dym był nieco lepszej jakości.Nie tanie papierosy, ale eleganckie cygara. Z tytoniem przewalała się nuta palonego a właściwie spopielonego drewna. Po chwili nuta zmieniała się w pieśń przewodnią, w tym momencie smak był niemal ponad moją wytrzymałość.

Coś jeszcze? Jak wspominałam nie mam wrażliwego smaku, więc zdołałam tylko wychwycić iskierkę słodyczy, która pojawiła się i znikła niemal w tej samej chwili oraz kwasek. Nie wiem z czym go porównać, z pewnością nie był cytrynowy ani orzeźwiający.Chyba lepiej pasowałyby porównanie do kwiatów niż owoców. Co zaś się tyczy informacji na opakowaniu to mogę powiedzieć, że orzechów nie czułam, chyba, ze takie pozostawione w ognisku zdecydowanie zbyt długo, przez co zmieniły się w małe węgielki.Karmelu również nie znalazłam, a szkoda.

Po spróbowanie tej czekolady tylko jedno mogę z pewnością powiedzieć napisać: nie jestem jeszcze gotowa na całe setki. Nie zrozumcie mnie źle, to nie tak, że ta czekolada mi nie smakowała. Nie mogę też jednak napisać, że ta konsumpcja sprawiła mi 100% radości. Momentami miałam wrażenie, że mam już dość,  moje kubki smakowe zostały wystarczająco sponiewierane. Jedzenie Ghanny bardziej fascynowało niż sprawiało błogość. Bo o żadnej błogości tu nie mam mowy: był dym, było drewno, był tytoń, kwasek i szorstkość ale nie błogość.  Była interesująca, nie żałuję wydanych pieniędzy ale z podkulonym ogonem wracam do nieco mniejszej zawartości kakao.

Ocena: nie mam zielonego pojęcia
Kaloryczność: 100g/682kcal (huh???)
Gdzie kupiłam: fooodieshop24
Cena: około 17 zł

Na szczęście dwie pozostałe tabliczki wydają się bardziej przystępne. :D
Pa

12.02.2017

Kubara, Dobra Kaloria: kokos & orzech.



Kokosowa zapchajdziura

Jak wspominałam poprzednio mój kot upodobał sobie moje biurko na swoje nowe legowisko. I nie mówię o kilku godzinach spania. On autentycznie leży tam cały czas. Schodzi tylko żeby pójść do kuwety, napić się wody i zjeść. A tak to leży. I gapi się. Wiecie jakie to jest demotywujące, gdy podczas robienia makijażu dostrzega się odbicie kota, posiadającego minę  pełną politowania. Koty są mistrzami w ukazywaniu swej pogardy. Ja wiem, że nie jestem mistrzynią pędzla  i kreska może mi czasami* wyjść nieco** krzywo ale to nie sprawia, że chce być celem bezsłownej krytyk ze strony włochatego czworonoga, który obgryza swoje pazury! No bez przesady!
*czyt. najczęściej
* czyt. bardzo

Kubara, Dobra Kaloria: kokos & orzech. Baton owocowy z kokosem i orzechami Po entuzjastycznej recenzji trzech batonów Dobrej Kalorii nie mogłam nie popróbować pozostałych smaków. I chciałabym powiedzieć, że już dawno planowałam dalsze recenzji produktów Kubara, ale nos mam wystarczająco długi i nie chcę, by mi się bardziej wydłużył od kłamstw. Sprawa jest prosta, w piątek mam ( znaczy już pewnie miałam) wypłatę -> kupię 3 lepsze czekolady ->jeśli dobrze pójdzie w następny weekend będzie tak jakby luksusowo. A tymczasem musiałam zdobyć coś niezbyt drogiego, łatwego do kupienia i smacznego. Stąd mój wybór padł na Dobra Kalorią. Smak został wybrany jako „na pewno tego nie jadłam”. Skład tak jak poprzednio, wyglądał przyjaźnie dla zdrowia (trzustka i wątroba wysyłają pozdrowienia): daktyle, chrupki, mąka ryżowa wiórki kokosowe, orzechy nerkowca i arachidowe. Koniec. 

Smak: o wyglądzie pisać nie muszę, większość owocowych batonów z dodatkami wygląda podobnie. Zapach całkiem przyjemny, zdecydowanie przeważa w nim kokos, chociaż da się również wyczuć inne orzechy. Baton nie jest  twardy, czyli żadnego niebezpieczeństwa dla moich zębów nie ma. Konsystencję określiłabym jako miękko-krucha.

No cóż, nie jest to przysmak dla kokosowych przeciwników. Zapach nie kłamie, kokos stoi na czele. Szczęśliwie nie ma w tym posmaku zatęchłych wiórków, które przeleżały w kuchennej szafce kilka lat, ku uciesze moli spożywczych. O nie, jest to kokos całkiem świeży i po prostu przyjemny.

Oczywiście nie zabrakło słodyczy. Słodyczy naturalnej, owocowej, ale wciąż dość wyczuwalnej. Przy tym momentami miałam wrażenie, że dało się poczuć pewien lekki kwasek, połączony z goryczką. Przypuszczalnie to również pochodziło od daktyli. Co zaś się tyczy orzechów… cóż ich zabrakło. Nie potrafiłam ich wyczuć, kokos za bardzo dominował i niczym sprawny polityk w popularnym programie publicystycznym, nie dawał dojść innym do głosu

Warto też zwrócić uwagę, że zarówno wiórków jak i malutkich pesteczek tutaj nie brakuje, co jakiś czas coś zgrzytało i trzaskało między zębami. Mi to nie przeszkadzało ale niektórym może.
Wiedziałam, że się nie zawiodę na Dobrej Kalorii i miałam rację. Jednak jakbym miała wybierać to wolałabym wziąć wersję z kawą lub orzechami arachidowymi. Kokos był smaczny, ale w taki nieco zwykły sposób.
Ocena:8/10
Kaloryczność: 100g/386kcal, baton/135kcal
Cena:2,99zł
Gdzie kupilam:Rossmann

Nawet nie wiecie jakbym chciała teraz wyjechać gdzieś gdzie nie ma śniegu. Może być zimno, tylko bez tego biało-błotno-żółtego szajsu! 
Pa

05.02.2017

Lusette smak czekolady



Smak Premium?

„Jednak nie mam kondycji”- pomyślałam wylatując z pracy by zdążyć na autobus, by zdążyć na wizytę u optyka. W gardle coś dusi, płuca palą żywym ogniem i nie zgadzają się na równomierne i spokojne pobieranie powietrza zaś nogi jakby ważyły ze sto kilo. Co jest dość dziwne, bo jeszcze ze dwa tygodnie temu mogłam spokojnie podbiec bez takich dolegliwości. Jakby nie to, że nie mieszkam w Krakowie, to powiedziałabym, że zaatakował mnie smog. Jednak Białystok to nie Kraków, a ja żadnej wymówki na swój zawstydzający brak oddechu nie mam. Żal. Dobrze, że przynajmniej zdążyłam na autobus i do optyka. I wiecie co? Oprócz tego, co już dawno wiedziałam (że na jedno oko jestem jak ten kret) to zmieściłam się w 300zł. Yay. 

Lusette smak czekolady. Kruchy wafelek przekładany kremem o smaku czekoladowym w polewie kakaowej. Po długiej, długiej przerwie powracam do Lussete. Pisałam już o wersji nugatowej i byłam wówczas w pełni przekonana, że długo czasu nie upłynie nim wezmę się za kolejny smak. Jak wyszło? Sami spójrzcie na daty. Ale ostatecznie czas to pojecie abstrakcyjne i tego się trzymajmy.

Tak jak poprzednio mamy do czynienia z eleganckim i wyważonym opakowaniem. Na jednym rogu został umieszczony mały medalik z napisem „Premium wafer”. Jednak według mnie opis wafla nie świadczy o jego „premiumwatości” . Przypominam, że dostaję wysypki na słowa „o smaku”. Wysypki, owrzodzeń, ospy, trądu …  dobra, dobra, wiem.  Ale za to lekko mnie swędzi skóra na lewej goleni. O! Krem o smaku czekolady śmierdzi dla mnie czymś na kształt figurek świątecznych o smaku czekoladowym. Jednak biorąc pod uwagę, ze wersja nugatowa przypadła mi do gustu, cóż, mogłam mieć nadzieję, że nie będzie bardzo źle. 

Smak: po wyciągnięciu wafla zobaczyłam, że polewa pokrywa tylko górną (lub dolną, zależy jak patrzeć) część. Normalnie bym trochę pomarudziła na ten temat ale po pociągnięciu nosem stwierdziłam, że to jednak dobry zabieg był. Aromat skojarzył mi się z domową polewą na mazurka składającą się ze śmietany, cukru i kakao (kolejność nieprzypadkowa). Już wiedziałam że czeka mnie cukrowy atak na podniebienie.

Moje przypuszczenia się sprawdziły. Polewa była cukrowo-kakaowa. Jednak była lepsza w smaku niż można było sądzić. Oprócz słodyczy było czuć pewną kakaowatą gorzkość. Chyba dzięki temu nie smakowała tanio i nie wykrzywiała ust ogromną słodyczą. Grubość polewy była przyzwoita, ani nie za cienka, ani za gruba, nie dało się jej oddzielić od wafla. Zaś jeśli już przy waflach jesteśmy…

Były suche, Strasznie suche wafle przypominające te z Prince Polo. Sypało się, kruszyło, apokalipsa odkurzaczowa! Z tego to też powodu nie za bardzo dało się oddzielić warstwy kremu i polewy od opłatków: po prostu wszystko się od tego rozwalało na drobny pył. A ja pyłu wciągać nie lubię.

Krem „ o smaku czekoladowym” – cóż, nie pożałowali go. Można powiedzieć, że było wręcz odwrotnie, nawalili go szczodrą ręką ( nie żeby to było coś złego). Smak? Jak dla mnie nie był to smak czekolady tylko domowego kakao ze sporą dawką cukru. Nie powiem, może smakować, ale to krem kakaowy, a nie żaden „ o smaku jakimśtam”. Tak właściwie to on nawet bardziej smakuje jak wcześniej wymieniona mazurkowa polewa niż kakaowa warstwa na waflu.

Całość była nawet smaczna, to mogę przyznać, ale była zdecydowanie za słodka. Uwierzycie, że wafel starczył mi na 4 dni? Nie dałam rady zjeść więcej niż ¼ produktu, bo mnie po prostu zasładzało.  Możliwe, że przy gorzkiej kawie mogłabym więcej zjeść, ale rano nie mam czasu ani ochoty na szczegółowe degustacje. Ogólnie zjeść można, smakować smakuje, nie ma taniego czy sztucznego posmaku, ale nie jest to coś, czego można by się spodziewać po opakowaniu.
Ocena:7/10
Kaloryczność:100g/543kcal
Gdzie kupiłam: Bi1
Cena: 1,39

Mój kot od tygodnia okupuje moje biurko. Znaczy tą cześć z podkładką na myszkę komputerową. A jako, że nie mam serca zganiać tego wychudzonego staruszka ruszającego się coraz wolniej i ostrożniej,  to kot leży tam gdzie leży a ja próbuje posługiwać się myszką na śliskim biurku. Nie jest to łatwe.
Pa