31.12.2016

Foods by Ann, Energy Bar, Maca & Kakao



Bez glutenu w nowy rok

Czy mam coś przeciw Annie Lewandowskiej? – zastanawiałam się debatując nad kupnem batona opatrzonego jej imieniem i nazwiskiem. W końcu nie chciałabym nabijać kobzę osobie, której nie znoszę. Taka jestem płytka. Jednak nie, wprawdzie ta sportsmenka, znana głównie z bycia żoną piłkarza, sprawia momentami, że wywijam oczami niczym tancerka Moulin Rouge nogami, aleeeee nie jest to czysta niechęć. Bardziej napawa mnie frustracją, że można być tak oderwanym od rzeczywistości (tak Anno, dzieci unikają zajęć w-fu tylko dlatego, że te są nieciekawe. Nie z obawy przez ośmieszeniem się, odrzuceniem przez grupę, przez złośliwe uśmieszki i drwiny rówieśników czy  nauczycieli-sadystów. Przez nudę. Zgadza się). Generalnie jednak traktuję ją jak coś, co lata w jakiejś orbicie oderwanej od mojej własnej, przez co mi nie zawadza. Więc  z czystym sumieniem mogłam kupić tenże jakże zdrowy batonik. 


Foods by Ann, Energy Bar, Maca & Kakao, Only fruits & Nuts. Baton owocowo-orzechowy, bez glutenu, bez laktozy, bez dodanego cukru. Te braki nikogo, kto chociaż raz zetknął się z informacją na temat Lewandowskich, nie powinny zdziwić. Z powodu galopującego lenistwa pozwoliłam sobie zerżnąć informację z bloga Ann. 

Punktem zapalnym powstania mojej marki było stworzenie produktów, który dotychczas były niedostępne w sprzedaży.” Ponieważ eko sklepy z podobnymi batonami w Polsce nie istnieją. „MÓJ PRODUKT JEST SYNONIMEM HOLISTYCZNEGO, ZDROWEGO PODEJŚCIA DO ŻYCIA.” Jak widzę słowo „holistyczny” w odniesieniu do żarcia to mi się coś we flakach przewraca.  „Moje batony to forma zdrowej, funkcjonalnej przekąski. Świetnie sprawdzą się jako lunch lub posiłek okołotreningowy.” No! W końcu do czegoś sensownego doszliśmy. I na koniec. „Surowce, z których batony powstają pochodzą ze sprawdzonych źródeł, są naturalne i zdrowe. Gwarantuję ich jakość i bezpieczeństwo spożycia. Nie ma chemicznych wspomagaczy i dodanych cukrów.”* Znaczy się norma w kwestii batonów vegan/ raw /glutenfree /sugarfree / moneyfreefromyourwallet /eko. To jest jakby istniały w Polsce co, jak już ustaliśmy, nie mam miejsca.

Zerknęłam do sklepu z holistyczną spożywką Ann żeby sobie przypomnieć jakie wersje batonów nie przeszły mej weryfikacji wzrokowej. Jest Goji & Żurawina, co jako tako źle nie brzmi, ale nie miałam na nią ochoty, oraz Dynia i Matcha co już brzmi źle bardzo, bardzo. Przypominam, że tak jak lubię pić zieloną herbatę tak jeść ją w postaci słodyczy to już nie bardzo. I to właściwie wszystko. Są też owoce liofilizowane oraz lio szpinak i jarmuż (whyyyy?). Jest też  trochę bio sproszkowanych superfoods co jakoś większych emocji nie wywołało u mnie. I na miłość boską, kończę tą część zanim zacznie objętościowo przypominać moją prace licencjacką.
*cytaty zaczerpnięte z hpba.pl/food-by-ann-batony

Smak: jedno słowo o opakowaniu. Jest tak minimalistyczne, że wyraźnie wskazuje, iż to słodycz dla poważnych i dorosłych ludzi o holistycznym ( nie, nie odpuszczę ) podejściu do życia. Znaczy nie dla mnie. Jednak minimalistyczna grafika na tyle mi się spodobała, że nawet nie zaliczanie się do kategorii  ludzi traktujących ciało jak świątynia (nie wierzę, że to wyszło spod moich palców) nie przeszkodziło mi w podziwianiu tegoż dzieła. Miało być jedno słowo. Ajajajajajajj.

Smak (próba 2): wygląd mnie zadziwił. Spodziewałam się batona ciemnego jak…, no sami możecie się domyślić, w końcu w składzie jest kakao. A z opakowania, z pewnym wysiłkiem, wyciągnęłam nieco rudawą bryłkę upstrzoną orzechowymi i jagodowymi (goja!) piegami. Zapach był nijaki, ani nie zachęcał ani nie zniechęcał, był taki se. Za to już konsystencja batona „taka se” nie była. Zarówno palce jak i zęby napotkały opór podczas prób podziału. Czy to część treningu?

Początkowo poczułam… nic. Jednak po chwili w ustach rozlała się owocowa słodycz daktyli połączona z delikatną migdałowością i kokosowością. Przy czym smak kokosa pochodził głównie z wiórek wyraźnie wyczuwalnych podczas gryzienia. Na marginesie jedna uwaga: trzeba uważać żeby jednak zbyt energicznie nie żuć. Raz trafiłam na taką drobinkę, której przegryźć się nie dało, zęby mogłyby ucierpieć gdyby był to większy kawałek. Wracając do kokosa to niestety sprawił on, że pojawiła się pewna nutka zatęchłości.. Szczęśliwie szybko zniknęła, więc łatwo można ją zignorować. Goja właściwie była obojętna, tak samo jak maca, o której wiem tyle, że istnieje i że nie ma nic wspólnego z żydowskimi chlebko-przegryzkami. Zaś po wszystkim pojawił się posmak jakbym zeżarła właśnie coś napakowanego sodą oczyszczona. A tego akurat za bardzo nie lubią.

Jakby nie patrzeć to jest to baton przypominający zarówno te od Zmiany Zmiany jak i inne daktylowe, których nazwy mi wypadły z głowy.  Nie m w nich ani pierwiastka WOW ani FUJ. Po prostu są, nie wyróżniają się z tłumu. Może mają jakieś super działanie na organizm i poziom energii (jasneee), ale o tym mogłabym się przekonać tylko jakby jadła te batony dzień cały pomijając inne posiłki. A tego robić nie zamierzam.
Ocena: 8/10
Kaloryczność:100g/ 455kcal
Gdzie kupiłam: Piotr i Paweł
Cena:5-6zł

Wiem, że się przyczepiłam pisaniny Lewandowskiej (jakbym była lepsza), ale to było zbyt łatwe żebym tego nie wykorzystała. To moja automatyczna odpowiedź na takie pitu-pitu.
Pa

24.12.2016

Wigilia




Wesołych świąt


Z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia pragnę przesłać Wam najserdeczniejsze życzenia. Niech nadchodzące Święta będą dla każdego z was niezapomnianym czasem spędzonym bez pośpiechu, trosk, zmartwień i kiczowatych wierszyków życzeniowych ściągniętych z Internetu*. A wraz z nadchodzącym Nowym Rokiem życzę Każdemu również dużo zdrowia i szczęścia w wyborach słodyczowych. Niech każdy produkt będzie warty dziesiątki lub unicorna.

Czoko

Youtube/Cole and Marmalade

*gwiżdże pod nosem patrząc w inną stronę

21.12.2016

Ritter Sport Winter Creation, Weisse Zimt Crisp

 


Ukryte w kryształu.


Są produkcje, które są tak powszechnie lubiane i chwalone, że strach  przyznać, iż nie podeszły. Przykładowo tak chwalone anime „Mój sąsiad Torotoro”. Klasyka, cudo, prawdziwa magia itepe itede…. A ja nie dałam rady przetrwać 40 minut. Irytacja piskliwymi wrzaskami dwóch głównych bohaterek była tak wielka, że zamiast magii czułam narastającą migrenę. Szukając czy ktoś jeszcze miał taką sama reakcję na tą produkcję natknęłam się na opinię, że jeśli ci się nie podobało to znaczy, że nie dojrzałeś i nie potrafisz zrozumieć przekazu tego cudu nad cudami. Cóż, może byłoby mi łatwiej jakby te dzieciaki nie darły twarzy co 3 minuty! O wiele przyjemniej oglądało mi się Spitited away, tam przynajmniej rozmowy nie próbowały zniszczyć mi bębenków słuchowych natężeniem decybeli. Ale o czym to ja …. A chwalone klasyki. Jeśli chodzi o klasyki to czy jest coś bardziej klasycznie świątecznego* niż cynamon w żarciu?
*bardzo dużo, ale na potrzeby wpisu poudawajmy, że  odpowiedź brzmi nie.

Ritter Sport Winter Creation, Weisse Zimt Crisp. Biała czekolada z kawałkami cukru cynamonowego – zimowa limitka. Ze wszystkich zimowych edycji tylko za tą się rozglądałam. Nie jakoś szczególnie mocno, ale tak przy okazji wizyty w sklepie patrzyłam na miejsca zajmowane przez Ritterki. Bo cynamon i tyle w tej kwestii. Okazja nadażyła się w Auchan do którego mnie chyba diabli ponieśli w sobotę w grudniowy tłok zakupowy. NEVER AGAIN. Chyba przez ten pośpiech by jak najszybciej zwiać z tego tłumu (tak, tak, stań nagle na środku alejki i zacznij gadać ze znajomym, przecież to nikomu nie przeszkadza)nie spojrzałam dokładnie na opis i dopiero w domu moje oczy ujrzały słowa „cukier cynamonowy” O Bogowie…


Smak: nie spodziewałam się aż tak piegowatej czekolady. Zapachu też nie. Znaczy owszem, spodziewałam się cynamonu, ale nie w stylu przesłodzonych lodów Grycana o smaku mleka z cynamonem. Lodów, które miałam ochotę wywalić po 3 minutach, tak na marginesie.  Aromat walił cukrem i niemal mnie powalił tablicą z indeksem glikemicznym. Cóż, raz kozie cukrzyca.

Czekolada była twarda jak diabli, ale w końcu to nie lato żeby mi się rozpuszczała od samego istnienia. Gdy zaś tylko poczułam smak omal nie udławiłam się z zaskoczenia. Pamiętacie jak zachwycałam się biała ritterką z orzechami? Teraz, w momencie gryzienia tej twardo postanowiłam, że nigdy więcej nie kupię tej orzechowej ulubienicy żeby przypadkiem się nie rozczarować. Cynamonowa biała jak dla mnie smakowała marnie. Tanio mleczny posmak, który próbował się  schować za niewyobrażalną wręcz ilością cukru. Również tego cynamonowego.


Owszem, mój błąd, że tego nie doczytałam, ale myślałam, że dostanę prawdziwy cynamon, a nie kryształki cukru o smaku cynamonu. Bo tak, te piegi to kryształki cukru. Chrzęściły, zgrzytały i zalewały usta niekończącą się falą słodkości wymieszaną z łagodną cynamonowościa. Powtórnie przypomniałam sobie lody Grycana i nie było to skojarzenie miłe sercu. Za slodko! Chrupki ryżowe, jak to zwykle bywa, nic nie dawały.

Powiem tak, nie jest to najgorsza biała, bo nie smakuje tanim tłuszczem, plastikiem czy słodkim mydłem. Ale zdecydowanie nie jest to biała Ritterka która mnie kiedyś zauroczyła. No i ten cukier. Ten wszechobecny, porażający cukier! Za dużo, o wiele za dużo! Zamiast cukru cynamonowego mogli dać zwykły cynamon i byłoby lepiej. Same chrupki nie wystarczą, by zrobić na mnie WOW. Do zjedzenia ale tylko przy kubku gorzkiego naparu.
Ocena: 6/10
Kaloryczność: 100g/528kcal
Gdzie kupiłam: Auchan
Cena: 5-6 zł

Niedługo zacznę myśleć po niemiecku ;-;
Pa

17.12.2016

Campbells, Ginger and Sicilian Lemon Scottish Pure Butter Cookies



Co się kryję pod kiltem?

Niczym Batman v Superman, niczym Team Captain vs Team Iron Man czy Bugs Bunny vs Duffy Duck mój rozsądek ponownie musiał walczyć z sercem. Przytłoczona bitwą nad Somną szalejącą w moim jestestwie stałam jak ten kołek i wlepiałam wzrok w puszkę ciastek. Ciastka jak ciastka, niczym interesującym się nie wyróżniały, za to cena – jak to produkt zagraniczny – powalała swoją wysokością i totalnym nieprzystosowaniem do polskich warunków finansowych.  Jednak bitwa domowa toczyła się nie o słodycze, lecz o samą puszkę! Podczas gdy rozsądek wskazywał, że wydanie ponad 30 zł za blaszane pudełko z „meh” ciastkami jest głupotą ponad stan, serce wyło, iż przecie KOTY!!!  KOTY, KOTKI, KOTECZKI, ubrane w szkockie kilty, tańczące przy dźwiękach kobzy! Koty tańczące nie kilty. I chociaż serce wyło rozsądek zwyciężył, dodając przy tym uspakajająco, że może gdzieś znajdzie się podobne pudło – tańsze. Jednak żeby nie serce nie pękło kompletnie z tej rozpaczy wzięłam na pocieszenie inne ciastka. Tak na marginesie dziwne, że moje skamienienie przy półce nie zainteresowało ochrony. Nie żeby było mi źle z tego powodu.



Campbells, Ginger and Sicilian Lemon Scottish Pure Butter Cookies. Jakby nie patrzeć – ciastka maślane tylko, że z imbirem I cytryną. Jeżeli tak jak ja macie lekkiego fioła na punkcie wysp brytyjskich zapewne słyszeliście zarówno o marce Campbells (nie, to nie ci od zupy w puszcze )jak i o tradycyjnych ciastkach „shortbread”. Wprawdzie ja tych ciastek nie mam, ale Campbells podobno słynie z dobrych shortbread*. Nie wiem, nie próbowałam, nie mi to ocenić. Jednak na opakowaniu chwalą się, iż wszystkie produkty są wytwarzane z najlepszych składników. No i kurcze, patrząc na skład nie mogę się za bardzo przyczepić. I dzięki za to bogom pradawnym Allegro i Bagińskiego, bo mimo wszystko wydałam na to 7 zł. Swoją drogą Szkoci wiedzą jak zrobić ładne opakowania (ale bez kotków *sad face*). Ze wszystkich dostępnych w sklepie maślanek ta wersja była najciekawsza, bo powiedzmy szczerze, wydając tyle kasy to chcę dostać coś lepszego niż zwykłe słodkie ciastka o smaku masła i cukru. Jak szaleć to szaleć.
*według internetów jest różnica między ciastkami maślanymi a shortbread. Głównie w ilości cukru i temperaturze pieczenia

Smak: ciastko jest twarde i zwarte. Nie kruszy się, nie rozwala i nie łamię się pod naporem dorosłych obowiązków. Przy czym nie jest suche w dotyku. Pozostawia na palcach delikatna tłustą warstewkę, jednak nie można w żadnym wypadku nazwać je nasączonymi tłuszczem jak włosy po kilku godzinach pracy w  tanim fast-foodzie.  Zapach ciastek jest bardzo przyjemny. Nieco maślany, delikatnie słodki i naturalnie cytrynowy.

Mimo twardości nie ma problemów z przełamaniem bryłki. Pod naporem zębów wszystko zamienia się w wilgotny piasek na plaży tylko, że bez szkła po butelkach, ludzkich (i nie tylko) odpadów biologicznych i rybiego zapachu. Jest przyjemnie słodko, lecz nie w sposób przesadzony, cukier jest tu na poziomie minimalnym. To co przeważa w smaku to masło. I wiem, że dla osób nielubiących tego tłuszczu będzie to wada, jednak mi to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie. W tle zaś przebijała cytrynowa nuta, która niczym nie przypominała aromatu różnorakich detergentów. Była to cytryna zachwycająca prawdziwością.

I byłaby zasłużona 10, bo  ilość cukru, konsystencja i smak – to wszystko było zachwycające, ale zabrakło tu pewnego elementu, który miał być: imbiru. Wprawdzie raz czy dwa miałam wrażenie, że coś miękkiego się plątało podczas gryzienia, ale smaku imbiru jako takiego nie wyczułam. Szkoda, bo to mogło być interesujące. Podsumowując Lubicie masło? Możecie ryzykować, nie lubicie – unikajcie. Gdyż nazwa „butter cookies” do czegoś zobowiązuje.

Na sam koniec dodam, że jeżeli kiedykolwiek zahaczę o WB to dokonam zapasów ciastek typowo wyspiarskich. Przeglądam teraz ofertę marki Walkers i się ślinię do monitora. Opakowania do mnie wołają.
Ocena: 8/10
Kaloryczność:100g/489kcal
Gdzie kupiłam: Piotr i Paweł
Cena:7-8zł

Nie wiem jak w innych miastach, ale muszę pochwalić Douglas w Alfie. Skoro ja w czasie sobotniego szaleństwa odbyłam miłą pogawędkę ze sprzedawczynią i dostałam fajne próbki to o czymś świadczy. Podczas gdy wizyty w Sephorze wciąż kończą się zimnymi potami ze stresu, łokciami trzymanymi blisko ciała (jeszcze bym coś strąciła!!!) i unikaniem oceniającego spojrzenia konsultantek. Dobrze, że prezenty mam już za sobą.

Pa