16.10.2016

Blog zawieszony do 1 grudnia

Miałam już gotową część recenzji na dzisiaj, jednak w czwartek rano zdecydowałam, że nadszedł czas zrobić to, nad czym zastanawiałam się od kilkunastu dni. Na razie nie mówię, że ostatecznie przestałam prowadzić bloga. Daje sobie ponad miesiąc przerwy, by zdecydować czy nadal chce pisać o słodyczach. Możliwe, że to tylko chwilowe wypalenie i od pierwszego grudnia z nową energią zacznę walić w klawiaturę. Jednak teraz? Jestem zmęczona, lekko zniechęcona i nie mam dalszych pomysłów - stąd moja decyzja. Jeśli 1 grudnia stwierdzę, że blogowanie straciło na atrakcyjności, to o tym was powiadomię. Nie zniknę bez śladu, mogę wam to obiecać. Nadal będę obecna na innych słodyczowych blogach, na instagramie i może na facebooku. Więc się nie żegnam, tak łatwo się mnie nie pozbędziecie. A slodyczowych blogów wam nie zabraknie - oto mała ściąga.Jeśli macie jeszcze jakieś propozycje to dajcie linka w komentarzu, wstawię.

Lista blogów 
Chwile zasłodzenia  
Co tak pachnie 
Dietetyczne Demaskacje  
Elsa z krainy cukru
Fioletowe Trampki
Kraina Kaczek w Czekoladzie 
Living on my own  
Naturalna kuchnia wegetariańska
Rano wszystko smakuje lepiej 
Sex Coffee & Chocolate
Pa  

12.10.2016

Cerea, New Bar, Choco & Papryka



Decyzja godna pożałowania

Mam małe wyznanie: nigdy nie miałam kaca. Gdyż trudno nazwać lekki ból głowy, spowodowany minimalną ilością alkoholu, niewyspaniem i odwodnieniem, kacem. Nigdy nie obudziłam się w łóżku żałując swoich wyborów życiowych i obiecując, że nigdy więcej alkoholu. Nigdy nie cierpiałam z powodu zemsty  układu trawiennego za hektolitry piwa, wina i drinków. A przede wszystkich nigdy nie wypiłam tyle, by potem rano zastanawiać się co, z kim, gdzie, w jaki sposób dotarłam do domu i czemu na litość boską jestem cała pomalowana zieloną farbą.  Co ten wstęp ma do recenzji? Nic, ale moja mała migrena skutecznie uniemożliwia mi wymyślenie wstępu, który miałby jakiś związek z produktem, którego notabene jeszcze nie kupiłam.

Cerea, New Bar, Choco & Papryka. Baton zbożowy z suszonymi warzywami w delikatnej mlecznej polewie. Wiecie co, odwołuje to co napisałam pod koniec wstępu – jest jakiś związek między nim a produktem. Związek jest taki, że nie powinnam kupować słodyczy gdy najwidoczniej jeszcze jakieś pozostałości alkoholu we krwi mam. Ani gdy jestem lekko przeziębiona. Widzicie, nie wiem nawet na co ma zwalić winę! Znaczy spójrzcie, kupiłam zbożowy batonik z suszonymi warzywami! Czekolada i chilii jest jak najbardziej mniam, ale to nie jest chilii tylko suszona czerwona papryka! Na razie jedyny plus jaki widzę to urocze opakowanie. A, no i jeszcze to, ze nie wzięłam wersji marchewkowej czy buraczanej tego czeskiego batona.

Smak: mamy do czynienia z niewielką bryłką pomazaną pasami mlecznej czekolady, która dosłownie rozpuszcza się od najlżejszego dotyku. Zaś zapach jednoznacznie skojarzył mi się z paprykowymi chipsami. Nie jest to coś czego szukam w słodkich batonach, to jest pewne.

Nie będę za bardzo rozróżniać elementów, nie ma o nich za dużo do napisania. Sama polewa czekoladowa nie jest polewą czekoladową tylko słodko-paprykowym kremem. Nie czuć w tym czekolady, ani trochę. Paskudne to takie. 

Ogólnie batonik nie jest chrupiący, bardziej pasuje słowo chrzęszczący. Tak jakbym przeżywała piasek z plaży. Czuć w nim słodycz (w batonie nie piasku), która ani nie dominuje ale też nie można jej nazwać delikatną, po prostu stoi z boku. Wyraźnie za to czuć zboże oraz pewną lekko goryczkowatą kakaową nutę. I to mogłoby być dobre gdyby nie jedna kwestia - przez to wszystko przebija się posmak papryki wymieszanej z … zieloną herbatą. Serio, nie wiem skąd to się wzięło, ten baton smakuje trochę sianowato i mdło. I „dzięki” temu, mimo moich najszczerszych chęci, nie zdołałam dokończyć nawet tej bryłki.

Chyba cały czas miałam lekką nadzieję, że jednak ten baton mi posmakuje i niestety się przejechałam. Mogę zdecydowanie powiedzieć, że smak suszonej papryki w połączeniu z kakao i słodyczą jest dziwny i raczej nie w moim guście. Innym batonom tej marki podziękuje tak jak innym warzywnym slodyczom.
Ocena: 2,5/10
Kaloryczność:100g/438kcal, 33g/145kcal
Gdzie kupiłam: Piotr i Paweł
Cena: 3zł z groszami

Jak sami widzicie nie żartowałam z jakością zdjęć.
Pa

09.10.2016

Alpro: deser sojowo-kokosowy.



Groszek z kokosem

Nie potrzebuje nowych pomadek – mówię sobie przeglądając ofertę drogerii Rossmann. Wystarczy mi smarowideł do ust – powtarzam w głowie wchodząc do rzeczonej drogerii  - Naprawdę kupno kolejnych produktów do ust jest nielogiczne i przypominające początki zbieractwa – chcę powiedzieć kasjerce cierpliwie skanującej kolejne produkty. – Po co mi nowe pomadki? – żałośnie mruczę do kota chowając dowody mojej słabej woli do szafki. By kilka minut później przeglądać w Google gdzie mogę kupić czystą czarną pomadkę w płynie zastanawiając się czy by mi pasowała. 

Alpro: deser sojowo-kokosowy. Nie ukrywam, że nie przepadam ze sojowymi deserkami. Może nie tyle co nie lubię, co po prostu coś mi w nich nie pasuje. Dawno dawno temu (czyli z jakieś 6 lat temu) jadłam zarówno czekoladową, jak i waniliową wersję deserków tej marki – zachwytów nie było. Dlatego podziękowałam dalszym próbom z innymi podobnymi produktami, szczególnie, że do tanich one nie należą. Jednak na widok tej nowości (która aż taką nową nowością nie jest, bo weszła na rynek jakoś ze 3 miesiące temu) ręka mi zadrżała, umysł wypełnił się argumentami za i przeciw  a  w oczach zamigotała niepewność. Decyzji jednak nie podjęłam, zrobiła to za mnie mamuśka, która powiedziała żebym wzięła skoro chce.  No i wzięłam.

Przeglądając skład mogłam stwierdzić, że może i na drugim miejscu jest cukier, ale za to producent postawił na prawdziwego kokosa a nie tylko na sztuczne aromaty. Wprawdzie nie jest to jakaś oszałamiająca ilość, ale zawsze to coś. Oprócz tego, że produkt jest bezpieczny dla osób mających problem z laktozą, czy ogólnie z krowim mlekiem, to również nie zawiera glutenu.

Smak: konsystencja jest rzadka, ale w stylu rzadkiego budyniu a nie mleka smakowego. Zapach jest… absolutnie żadny. Serio, nic nie czułam. Nos umazałam tym deserem tak blisko przytknęłam łyżkę do nozdrzy. Nic, absolutnie nic.

Za to smak jest jak najbardziej wyczuwalny. Wprawdzie nie pierwszym plan wysuwa się słodycz, nadal kojarząca się z nieco przesłodzonym rozwodnionym budyniem, ale mocny kokosowy smak ratuje sytuacje i cały produkt. Jest to smak prażonych wiórek kokosowych,  domowych lodów kokosowych zrobionymi z tłustego mleczka. Bardzo intensywny i nie do pomylenia z niczym innym. I chociaż podczas jedzenie nie dałam rady wyczuć samej soi, to już po w ustach pozostał posmak, jak po zjedzeniu świeżo zerwanego groszku.

Powiem tak, pozostaje przy stanowisku, że sojowe desery są zbyt drogie i nie aż takie smaczne żeby je sobie ot tak kupować. Nadal będę omijać wersje waniliową i czekoladową, bo mnie nie zachwyciły. Jednak myślę, że raz na ruski rok kupię sobie tego kokosa. Może był nieco wodnisty, może pozostawia dziwny posmak, ale za to te kokosowe uderzenie było zachwycające.
Ocena: 8/10
Kaloryczność: 100g/80kcal
Gdzie kupiłam: osiedlowy sklep
Cena: 3,49zł

Aparat mi zdechł. Kompletnie zdechł i nie da się ożywić. W najbliższym czasie jakość zdjęć może być eeee no widać jaka może być.
Pa

05.10.2016

Milka Peanut Caramel



Masło czy nie masło

Nie jestem osobą jakoś szczególnie niezdarną. Owszem, czasami zdarza mi się nie skontrolować swoje ciało w odpowiednim momencie, co kończy się bliskim spotkaniem ze ścianą, latarnią, słupem czy drzewem, ale winę za to ponoszą chwilowe zawroty głowy lub głębokie zamyślenie się. Jednak większość własnych obrażeń mogę zwalić na błędy w sztuce budowlanej. Wystające płyty chodnikowe stanowią niebezpieczeństwo dla stóp odzianych w lekkie tenisówki. Szczególnie jeżeli te stopy są przymocowane do osoby mającej tendencję do zatapiania się wyobraźni i ignorowania otoczenia. Nic tak nie wyrywa z myśli jak sygnał nerwowy, że oto właśnie jeden palec miał właśnie małe tete a tete z płytą chodnikową. Ku swojemu zdziwieniu, jak tylko wyplułam s siebie parę swojskich wyrazów, stwierdziłam iż palca nie złamałam, gdyż mimo promieniującego auć, nadal mogłam nim ruszyć. I mimo, że pod koniec dnia mogłam podziwiać imponującą barwę jaką przybrał pokrzywdzony członek (nie taki członek) mogłam zaliczyć piątek do dni udanych. W końcu udało mi się kupić Milkę.

Milka Peanut Caramel. Czekolada mleczna z mleka alpejskiego z orzeszkami ziemnymi w nadzieniu karmelowym z nadzieniem z orzeszków ziemnych z kawałkami orzeszków ziemnych i ryżowymi chrupkami. W ostatnich wpisach skrótowo nazwałam ją Milką z masłem orzechowym i z tego co zauważyłam wiele osób na różnych portalach tak ją nazywa. Jednak warto pamiętać, że to nie jest masło orzechowe, mimo wręcz śmiesznej ilości słowa „orzeszki” w opisie czekolady. Na miłość kocią, spójrzcie na podkreślenia! Co ciekawe oprócz pasty z orzeszków (dundundun) ziemnych (ile jest w niej fistaszków to nie wiemy) w składzie widnieje także pasta z orzechów laskowych. Nie wiem po co. W składzie widnieje równie parę różnych innych rzeczy, ale postanowiłam je zignorować, w końcu to Milka a nie bio-eko-hadmade-drogi produkt. Trochę tylko żałuje, że nie ma wersji 100 gramowej. Ale w końcu musieli gdzieś zapakować tą ogromną ilość orzeszków ziemnych.
(nie ma składu bo aparat mi za przeproszeniem jebł, a innym nie dało się złapać ostrości)

Smak: muszę stwierdzić, że kostki są niezwykle urocze. A może nie tyle co same kostki, co wzór orzeszka na nich widniejący. Od razu nastraja pozytywnie do czekolady. Tak samo jak zapach. Owszem, czuć wyraźny zapach czystej słodyczy, ale do nozdrzy dochodzi również aromat fistaszków i „jakby Nutelli”.

Kostka podzielona jest na kilka warstw. Sama czekolada jest typową Milką. W mojej opinii jeszcze stała na granicy przecukrzenia, ale zapewne dla części osób przekroczyła tą granicę i została powalona na ziemię przez strażników. Nie jest szczególnie mleczna, ani też oczywiście szczególnie kakaowa ( w końcu to Milka) ale w sumie paskudnego posmaku nie pozostawiła, nie waliła plastikiem, więc ogólnie może być. Ostatecznie niczego specjalnego po samej czekoladzie się nie spodziewałam.

Jako, że zaczęłam od spodu to kolejną warstwę stanowił krem z orzeszkami. Wbrew pozorom nie było go dużo, bo sporo miejsca zajmowały połówki orzeszków. Krem było tłusty i szybko się rozpuszczał w ustach. Przy tym oprócz tego iż był mocno fistaszkowy, posiadał także mocny mleczny posmak. Szczęśliwie nie był zbyt słodki, za to mam wrażenie, że była w nim nutka soli. Zaś same orzeszki były wręcz idealne. Były podprażone, co nie tylko wpłynęło na chrupkość, ale także zintensyfikowały smak. Takie orzeszki to kocham nawet bez czekolady. O chrupkach nic nie mogę powiedzieć, bo jest ich tak mało, że człowiek zapomina o ich istnieniu i tylko pojedyncze chrupnięcie to tu, to tam przypomina, że coś jeszcze, oprócz orzeszków się w tej czekoladzie kryje.

Karmelu również nie było specjalnie dużo. O dziwo również on zachował równowagę w kwestii słodycz. Jedyne co się mogę przyczepić to nieco zbyt rzadka konsystencja jak na mój gust oraz zbytnia lepkość.  Ale to naprawdę szczegóły, bo w połączeniu z orzeszkami karmel mocno przypominał ten ze Snickersa, a takie porównanie jak dla mnie jest na plus.

W ostatnim czasie Milka przestała mnie interesować. Jednak przy tej tabliczce musiałam się złamać. I nie żałuję tego. Przypuszczam, a właściwie jestem pewna, że ta tabliczka okaże się dla niektórych zbyt słodka. Ja sama dam radę zjeść dwie kostki do gorzkiej kawy i mam dość cukru. Jednak nie zmienia to tego, że mi smakowała. Myślę, że dużą zasługę w tej kwestii ponoszą orzeszki – zarówno w formie kremu jak i prażonych połówek. Więc czekolada dostaje ode mnie kciuk aprobaty, ale raczej drugi raz nie kupię, tą tabliczkę to pewnie z kilka dni będę jeść.
Ocena: 8/10
Kaloryczność:100g/549kcal
Gdzie kupiłam:  Żabka
Cena: 9,99zł

Za jakiś czas będzie w Polsce premiera „Harry Potter & the Cursed Child”. Radzę fanom poczytać spoilery zanim wydadzą pieniądze na tej fanfick w książkowej oprawie. Ja po przeczytaniu kilku WTF wątków bardzo szybko wycofałam zamówienie anglojęzycznej wersji. Nie mam zamiaru brudzić mojej miłości do świata J.K. Rowling czymś tak absurdalnym jak SPOILER NA SZARO córka Voldemorta i Bellatrix. Wielkie FUJ.
Pa

02.10.2016

Toblerone, Swiss dark chocolate with honey & almond nougat



Nierostrzygnięty wynik

Siedzę i patrzę się na śpiącego kota i  dumam nad tym o czym on może śnić. Bo, że śni to jestem pewna. Chyba każdy właściciel psa czy kota choć raz był świadkiem jak śpiący zwierzak zaczynał machać łapami, drgać albo nagle zerwał się z posłania ze szczeknięciem/miauknięciem. Obecnie, jak piszę ten wstęp, to uszy mojego starego łazęgi nerwowo drgają tak samo jak mięśnie tylnych łap. Ucieka czy goni? Tego się nie dowiem, ale wiem jedno, w tej rodzinie to chyba tylko ja nie chrapię. 


Toblerone, Swiss dark chocolate with honey & almond nougat, szwajcarska ciemna czekolada z nugatem miodowo- migdałowym. Z  czekoladą tej rozpoznawalnej marki miałam do czynienia dwukrotnie. Z rozczarowująco nijaką mleczną i z całkiem smaczną białą. Jak widać byłam rozdarta: czy Tablerone jest warty szumu czy jest przereklamowanym produktem. Dlatego, by w końcu przechylić szalę w którąkolwiek stronę, zakupiłam trzecią z czterech dostępnych w Polsce wersji – ciemną. 

Smak: czekolada ma oczywiście taka samą formę jak w przypadku wersji mlecznej i białej. Z tą oczywistą różnica, że jest nieco ciemniejsza. To co mnie zdziwiło to mocne mazanie kostki się palcach, niczym mleczna w upalny dzień. Sam zapach nie zapowiadał niczego nadzwyczajnego, ale też nic okropnego, ot deserówka z nieco jakby miodowym aromatem.

Mimo roztapiania się czekolada sama w sobie była dość twarda, ale może to również zasługa nugatu. Co do smaku to można stwierdzić, że produkt jest bezpieczny. Ilość kakao jest na tyle mała, że cierpkość jest niesamowicie delikatna i prawie niedostrzegalna, niczym w Lindt Excellence . Sprawiała jednak, że kostki były bardziej bogate w smaku niż zwyczajna mleczna. Ogólnie była całkiem przyjemna, chociaż słodycz, jak na deserówke, była w sumie wysoka. Ale to może także zasługa nugatu. Twardego nugatu, który wyraźnie dawał po kubkach smakowych miodem. Same orzechy były w tym prawie niezauważalne. Głównie czułam miód.

Więc co sądzę o Toblerone? Czekolada była przyjemna, ale w sumie niczym mnie nie zachwyciła. Szala nie przychyliła się w żadną stronę. Może jakby słodycz była mniejsza, albo zawartość kakao była większa (nie wierzę, że to napisałam) poczułabym coś więcej do tej czekolady niż tylko obojętność.

Ocena: 7/10
Kaloryczność:100g/535ikcal, 25g/134kcal
Gdzie kupiłam: Piotr i Paweł
Cena:6-7zł

Milka będzie w środę.
Pa