28.09.2016

Twix Creamy Peanut Butter cookie bars



I znowu niewypał

Po nieudanych poszukiwaniach Milki z  „masłem orzechowym” zniechęcona i bez żadnych nadziei zaszłam do Piotra i Pawła, bo coś w końcu trzeba kupić. Po krótkim obejrzeniu półek zdecydowałam się na dwa produkty, w tym jeden, który szczęśliwie dla mnie zawierał na opakowaniu słowa peanut butter. Jak nie da się Milką to Twixem.

Twix Creamy Peanut Butter cookie bars, czyli Twix z którego zabrano karmel i zamiast tego dodano masło orzechowe. Powiedzmy, że masło orzechowe. Nie byłam pewna, czy już tej wersji nie jadłam, ale postanowiłam zaryzykować. Ostatecznie zawsze mogłam zrobić „powrót po latach”. Szczęśliwie nie muszę, to mój pierwszy masło-orzechowy Twix.  Był biały, był cappuccino, był w wersji bardziej ciasteczkowej więc nadszedł czas na kolejną odsłonę klasyki.

Smak: w opakowaniu kryją się dwa paluszki, czyli tak jak zwykle. Jednak już zapach wskazywał, że trzymamy coś innego niż klasyczny Twix. Zamiast czekolady i karmelu było czuć jedynie mocny aromat orzechów ziemnych. Trochę mnie jednak zaniepokoił brak czekoladowego zapachu i jak się chwilę później okazało, słusznie mnie zaniepokoił.

Miałam wrażenie, że czekolada była gorsza niż w zwykłym batoniku koncernu Mars. Słodsza, bardziej plastelinowo-plastikowa, mniej mleczna i właściwie trochę mało czekoladowa. Niestety od razu skojarzyła im się z polewą z batona Reese’s. Przy tym pozostawiła nieprzyjemny posmak, jakby zjełczałego tłuszczu. Może to wina transportu? W końcu baton przyleciał do Polski aż z USA, diabli wiedzą w jakich warunkach był przechowywany.

Tam gdzie normalnie kryje się karmel było masło orzechowe. A raczej masa o smaku masła orzechowego. A raczej masa mająca przypominać smak masła orzechowego, ale z niezbyt dobrym skutkiem.  Była sucha, nieco plastyczna, słodko-słona i z dalekim posmakiem orzeszków. W smaku przeważa jednak nijakość wymieszana z tekturą. W składzie orzeszki są wymienione, lecz nie podano ilości. Sądząc po smaku powiedziałabym, że oszczędzono na nich. Szkoda.

Z tego wszystkiego przynajmniej ciastko nie zawiodło. Było kruche, chrupki, nieco maślane i mocno herbatnikowe w smaku. Pyszne i najbardziej charakterystyczne z całego batona. Cała reszta była żałosna.

Nie tego się spodziewałam. I nie do końca rozumiem o co chodzi. Może po prostu zrzucę winą na transport i lekkie popsucie się produktu? Miałam nadzieję na dobrą czekoladę, pyszne masło orzechowe i idealny herbatnik. Z tego wszystkiego tylko ciastko dało radę. Chyba na razie dam spokój amerykańskim słodyczom z Piotra i Pawła.
Ocena: 4/10
Kaloryczność: porcja (2 paluszki)/250kcal
Gdzie kupiłam: Piotr i Paweł
Cena: 6,99zł

Zdecydowanie nie warto wydawać 7 złotych na tego Twixa.
Pa

25.09.2016

Cortez Premium Chocolate, mleczna z zielonym pieprzem, malinami i cytryną



Będzie pieprznie

Pewien salon fryzjerski obiecał, że zrobi dzień darmowego strzyżenia na rzecz akcji „Daj włos”, mniej więcej w sierpniu-wrześniu. Trzeba było tylko uważnie śledzić profil owego salonu na FB. Więc śledziłam. Minął lipiec, miął sierpień i już nastawiłam się, że zaraz będzie, zaraz moje włosy powędrują na peruki dla pacjentów po chemioterapii. Czekałam cierpliwie, ale  pewnego dnia cierpliwość mi się skończyła. Włosy niemal do talii plączą się, przeszkadzają i są po prostu ciężkie, a tu nic z obiecanego strzyżenia. I tak zamiast pójść do innego salonu z wydrukowaną instrukcją ścinania na potrzeby fundacji Rak’n’roll (i z nadzieją, że fryzjerka postąpi według opisu, a nie swojego widzimisię)zaplotłam włosy w cztery warkoczyki i chwyciłam za nożyczki. No cóż, okazało się, że samodzielne obcinanie włosów jest trudniejsze niż pokazują to w emo-teledyskach. Płynąc dalej na tej szali szaleństwa kupiłam w sklepie pewną czekoladę, która z pewnością dla pewnych osób okazałaby się niezjadliwa.

Cortez Premium Chocolate, mleczna z zielonym pieprzem, malinami i cytryną. Musicie przyznać, że to oryginalne połączenie, szczególnie dodatek zielonego pieprzu. Chyba właśnie ta nietypowość zachęciła mnie do kupna, jak szaleć to szaleć, YOLO, carpe diem i takie tam.  O samym Cortezie raz już pisałam, była to bezpieczna śliwka z miodem; dzisiaj tak bezpiecznie nie będzie. Jednak niezmienne pozostaje to, że Cortez jest marką polską, czekolada jest wykonana ręcznie, składniki są naturalne, a sam produkt jest zapakowany w estetycznie wyglądający kartonik z okienkiem. 

Smak: jak widać niżej tabliczka jest bogato obsypana kawałkami suszonych malin. Tu i ówdzie widać  kuleczki zielonego pieprzu, który również daje o sobie znać w zapachu. 

Na początku był kwasek. Kwasek najpewniej pochodzący z cytryny, gdyż miał on ten specyficzny cytrusowy charakter. Następnie pojawiła się słodycz pochodząca od czekolady. Była to słodycz bogata, ale nie przesadzona, aczkolwiek dla wrażliwszych smaków może się taka wydawać.  I mimo, że w czekoladzie zawartość procentowa kakao nie jest jakaś oszałamiająca to i tak wyraźnie czuć pewną hmmm, nie goryczą ale taką wytrawność kojarzącą się z domowym kakao z pełnotłustego mleka i niesłodzonego proszku. Jest w tym również nuta karmelu, niezbyt wyraźna, ale wyczuwalna. Za to same maliny to już inna kwestia, prawie nie czuć ich smaku. Tylko przy porządnym skupieniu się malinowy aromat na chwilę się pojawił. Trochę za mało jak na taką ilość czerwonego dodatku.

No a co z pieprzem? To co wyżej opisałam to były fragmenty bez pieprzu, gdyż te zielone kulki mają bardzo intensywny smaki i spychają całą resztę na pobocze. Jak pieprz smakuje zapewne wiecie. Nie jest jakiś szczególnie ostry, ale po rozgryzieniu zaczęło mnie lekko drapać w przełyku, nie wspominając o pewnej goryczce, która pozostawiła mi mętlik w głowie. Nie wiedziałam, czy mi to smakowało czy nie.

Nie jest to czekolada idealna, ale z pewnością ciekawa. Tak jak wyżej napisałam jestem rozdarta co do obecności pieprzu. Jego ostrość przyjęłam z otwartymi ramiona, ale goryczka jaką dawał po rozgryzieniu … sama nie wiem. Zła nie była, ale wielką fanką również nie zostałam. Drugą kwestią jest zbyt mała obecność malin. Jak miłośniczka malin oczekiwałam bardziej charakternego smaku. Jednak sama czekolada i cytryna spisały się na medal. Ten Cortez jest taką ciekawostką, lecz z pewnością nie dla wszystkich.
Ocena:7.5/10
Kaloryczność:100g/545kcal
Gdzie kupiłam: Czas na herbatę
Cena: 16zł

I tak moje włosy mają tendencję do kręcenia się i wywijania na wszystkie strony, więc krzywe cięcie nie rzuca się bardzo w oczy. Poza tym zawsze mogę mówić, że to artystyczny nieład i tak to miało wyglądać.
Pa

21.09.2016

Lidl, First Nice, ArcyOrzech



Arcy dobre

Dobra, poddaję się. Wstęp robi mi problemy, a raczej mój mózg robi mi problemy ze wstępem. Bo o czym mam pisać? O tym, że ludzie, którzy dzielę zakupy na oddzielne rachunki są na mojej czarnej liście? Że wciągnęłam się w Star Trek (filmy) i debatuje czy warto obejrzeć oryginalny serial? O tym, że im młodsze rekruterki tym głupsze pytania zadają na rozmowie rekrutacyjnej? Nie, lepiej od razu przejdę do produktu.
Lidl, First Nice, ArcyOrzech, baton czekoladowy z nadzieniem arachidowym i kawałkami orzechów arachidowych solonych. Po niedawnym mało udanym batonie Reese’s stwierdziłam, że nadszedł czas na spróbowanie wyrobu lidlowskiego. Wprawdzie nadzienie nie jest typowym masłem orzechowym, ale to szczegół. Dodatkową zachętę stanowiły solone orzeszki. Słone fistaszki w czekoladzie mlecznej? Jak najbardziej „moje” smaki. 

Smak: baton podzielony jest na 5, nieco obłych, kostek ozdobionych byle jakimi kreskami. W zapachu głównie czuć fistaszki, sama czekolada spada na dalszy plan, chociaż jest dość porządna w grubości.

Czekolada nie jest zachwycająca ale mogę napisać, że przewyższa smakiem ostatniego Reese’s (nie żeby było to coś trudnego). Przeważa w niej słodycz, ale posiada mocny mleczny smak, wymieszany z prostym, nieco dziecinnym kakao. Można powiedzieć, że jest bezpieczna. Nieskomplikowana, słodka, nieco maślana, szybko się rozpuszcza i nie pozostawia paskudnego posmaku. Jaka czysta mleczna tabliczka byłaby nudna, ale w wypadku tego produktu ona jest tylko tłem dla divy.

Diva, znaczy nadzienie jest kremowe, ale nie rzadkie. Dało się chwycić w palce lecz nie była to sucha modelina jak w przypadku babeczek Reese’s. Ale w końcu nie jest to masło orzechowego, ponownie przypominam. Oprócz wyraźnego posmaku fistaszków jest w tym pewna mleczno-maślana nuta. I całość mogła być przesłodzona jakby nie obecność soli, która podkreślała fistaszkowość nadzienia. Nie była ani przesadna, ani zbyt mała, poziom idealny.

ArcyOrzech mógłby być nieco bardziej orzechowy, ale i tak bije Reese’s na głowę. Tak myślę, że jakby wziąć masło orzechowe z amerykańskich babeczek i czekoladę z lidlowskiego batona, to byłaby zasłużona dziesiątka.
Ocena: 8/10
Kaloryczność: 100g/537kcal, porcja(42g)/228kcal
Gdzie kupiłam: Lidl
Cena: 0,99zł

Ale ostatnio się zimno zrobiło. Sezon na puchate swetry i gorące herbaty pite litrami się rozpoczął.
Pa

18.09.2016

Ritter Sport Macadamia



Orzechowy łup

Jak to się stało, że z zapasów słodyczy, do których nie wiedziałam jak się zabrać, dotarłam do pustego kredensu. I to nie pustego w znaczeniu „coś tam mam, ale nie ma na to obecnie ochoty” ale naprawdę pustego. Wprawdzie miałam jednego batona, którego planowałam dać jako powtórkę po latach, ale rzut oka na datę ważności sprawił, że zamiast do gęby produkt poleciał do kosza – rok i dwa miesiące po terminie to jednak trochę za dużo jak dla mnie. Musiałam więc coś zakupić, coś łatwo dostępnego, ale chociaż trochę ciekawego. Jak dobrze, że poszłam do Piotra i Pawła.

Ritter Sport Macadamia, czekolada mleczna z kawałkami orzechów makadamia. Niby przestałam już szaleć za ritetrkami, ale na widok tej czekolady  nie mogłam powstrzymać odruchu by sięgnąć dłonią, i wrzucić produkt do koszyka. Zwłaszcza, że nie mamy tutaj do czynienia z maślano-kanalizacyjnym nadzieniem, ale z kawałkami orzechów. I chociaż moje doświadczenia z makadamia nie było raczej pozytywne, stwierdziłam, że trudno oceniać orzech po jego szczątkowych ilościach w przesłodzonym mlecznym napoju. Więc oto przedstawiam nowość na polskim runku: „królową orzechów” w mlecznej, alpejskiej czekoladzie.

Smak: na pierwszy rzut oka ten ritter nie różni się za bardzo od wersji z orzechami laskowymi. Kwadrat podzielony na równe kostki, ze spodem upstrzonym to tu, to tam sporymi kawałkami orzechów. Zapach również był przyjemny – mocno orzechowy z nutą kakaowej słodyczy.

Czekolada jest dość prosta w smaku. Mamy klasycznego mlecznego Rittera. Jest mocna słodycz balansująca na granicy przesłodzenia. Jest również wyraźna mleczność wymieszana z dziecinnym rozpuszczalnym kakao, nadając produktowi czekoladowej ale nieskomplikowanej głębi. I wszystko byłoby cacy gdyby nie pewien nieco odległy pierwiastek smaku pochodzący chyba od orzechów: zatęchłość.

Nie wiem czy to urok orzechów makadamia, czy to „urok” niewłaściwe przechowywania, ale same orzeszki mają właśnie nieco zatęchły posmak, który, na szczęście, po chwili gryzienia znika. Na jego miejsce wkrada się nieco drewniany i podpalony posmak. Trochę jak prażone orzechy laskowe, jednak nieco słodkie oraz bardziej tłuste.

Do samej czekolady nie mam zarzutów. Nie ma co oczekiwać od mlecznego rittera nie wiadomo jakich cudów. Oczekiwałam gładko rozpuszczającej się czekoladowej słodyczy i to dostałam. Jednak mam wrażenie, że nie zostanę fanką orzechów makadamia. Wprawdzie jak zniknął  posmak stęchliny były smaczne, ale wolę produkty, które mnie tak na dzień dobry nie zaskakują.
Ocena: 7/10
Kaloryczność:100g/ 581kcal
Gdzie kupiłam: Piotr i Paweł
Cena: 7,89zł

Z tym batonem to nie żartowałam, serio tak przeterminowany.
Pa

14.09.2016

Reese’s Nut Bar



Bolesne powroty

Wielokrotnie stwierdzałam, że gust mi się powoli zmienia. Słodycze robią się za słodkie, a dawne koszmarki o wysokiej zawartości kakao przestały straszyć, a zaczęły nęcić. Biorąc to wszystko pod uwagę zapewne część dziesiątek z początków bloga obecnie nie dostałoby takiej oceny. Dlatego też z lekką obawą podeszłam do produktu marki, która do tej pory otrzymywała dość wysokie noty. Jak będzie tym razem?

Reese’s Nut Bar, crunchy peanuts, peanut butter, creamy caramel and chocolate flavoured coating. Czyli baton z chrupiącymi orzechami, masłem orzechowym, kremowym karmelem i polewą O SMAKU  czekoladowym. Tak, „o smaku”. Mimo swojej sympatii do marki to jakbym w sklepie doczytała tą część to z pewnością odłożyłabym produkt z powrotem na półkę. Zwłaszcza, że nie był tani. Ale się stało, baton kupiłam, więc  przeżyję te „o smaku”. Mimo, że parę osób poinformowało mnie, że produkt jest delikatnie mówiąc do bani. 

Smak: na dzień dobry ujrzałam totalnie upaćkane karmelem opakowanie, a mój nos został zaatakowany przez aromat orzechów ziemnych wymieszanych z benzyną. Zapowiada się pysznie!

Chyba nikogo nie zdziwi informacja., że „czekolada” wcale nie smakuje jak czekolada. Jest słodka, proszkowa, nieco plastikowa w smaku i to chyba od niej pochodzi aromat benzyny. To smakuje jakby ktoś, kto nigdy nie jadł czekolady, miał za zadanie odwzorować jej smak jedynie na podstawie opisów zrobionych przez tybetańskiego mnicha, który miał styczność jedynie z jedną sponiewieraną tabliczką Hershey’s od amerykańskiego podróżnika.  Da się to zjeść, ale taka z tego czekolada jak z dorsza kot.

Baton się klei niemiłosiernie, przez karmel, który nie chce pozostać na miejscu. Wcale nie jest kremowy. Ma wodnisty smak i nieco miodowy charakter, a tego jednak w karmelu nie poszukuję. Pius jest koszmarnie słodki, wręcz zamulająco słodki. Dobre są orzechy, ale naprawdę trzeba wyjątkowego talentu żeby zepsuć orzechy.

No i jest masło orzechowe. Przez sentyment do marki powiem, że nadal jest dobre, ale po zjedzeniu tyle maseł orzechowych o świetnym składzie, nie mogę powiedzieć, że Reese’s jest na podium. Za mało orzechowe, a za bardzo plastelinowe. Również ilość soli jest niewystarczająca jak na ilość cukru.

Słaby produkt, bardzo słaby. Za słodki, ze sztucznym czekoladopodobnym produktem, za słodki, z badziewnym karmelem, za słodki, a masło orzechowe jest po prostu rozczarowujące. I jest za słodki. Nie polecam.
Ocena: 4/10
Kaloryczność:100g/530kcal
Gdzie kupiłam: Piotr i Paweł
Cena: 7-8zł

Zjadłam, ale tylko ze względu na to, że kosztowało to tyle, ile kosztowało.
Pa