31.07.2016

Zotter Labooko Coffee



Po prostu kawa

Makijażowa strona YT zaczyna mnie już nudzić. W końcu ile można oglądać recenzje tych samych produktów na tych samych pięknych i gładkich twarzach? Po co mi patrzeć na to co kupiła (ekh dostała ekh) dana vlogerka? Makijaże, które są podobne do poprzednich makijaży i totalnie nudne. Oraz na co mi nabijać wyświetlenia osobie, która widząc popularność głupiego challengu, postanowiła nałożyć na facjatę 100 warstw podkładu, upodobniając się do rozpuszczającej się woskowej figury. Albo nakładająca na usta 100 warstw szminki, wywołując u mnie obrzydzenie samą miniaturką. Nie rozumiem tego nowego trendu na YT i nie chce rozumieć. Powodzenia w zmywaniu tego wszystkiego i życzę braku wysypu pryszczy. Które z pewnością by się u mnie pojawiły, gdybym próbowała tak skatować twarz. Chyba przerzucę się na oglądanie dokumentów na YT.


Labooko Zotter Coffee, czekolada kawowa. Zaszłam do pobliskiego eko sklepu i ku swojemu lekkiemu niezadowoleniu ujrzałam zdecydowane pustki na stoisku z czekoladami Zotter. Z drugiej strony, nie miałam zbyt wielkiego problemu z wyborem. Kawową tabliczkę zawsze z chęcią przyjmę.
Oczywiście, jak to z serią Labooko bywa, mamy do czynienia z dwiema małymi tabliczkami. Według informacji na opakowaniu w produkcji wykorzystano ziarna kawy arabica z Meksyku i Kolumbii oraz ciutkę indyjskiej robusty. Dodano przy tym, że to czekolada dla typowych sów i miłośników kawy. I chociaż sama listów do Hogwartu nie dostarczam, to ta druga kategoria – miłośników kaw- jak najbardziej do mnie pasuje. 

Smak: już zapach zapowiadał czystą rozkosz podniebienia. Kawa z mlekiem z dodatkiem czekolady – czy to może być niesmaczne? Tabliczka jest bardzo miękka, prawie maślana, topi się w palcach. Dlatego nie przedłużałam oględzin.


Pierwsze co mnie uderzyło to mocny kawowy kop. Jednak nie jest to szatańskie espresso, które postawiłoby martwego na nogi. Jest to świetne caffe latte podane w porządnej kawiarni, która stawia na jakość swoich składników. Nie ma w tym taniego posmaku byle jakiego rozpuszczalnego kawowego proszku. Przy tym jednak był to smak delikatny, ułagodzony. Po prostu  brakowało mi w nim goryczki. Również i mleczność się objawia, ale jest przy tym bardzo łagodna i nie rzuca się na pierwszy plan, nie spycha kawy z piedestału, tylko stoi obok. Brakowało mi w niej tylko większej głębi. To tak jakby zamiast mleka tłustego użyto tego 1,5%. Zawsze jednak to lepiej niż 0%.


Słodycz w tej czekoladzie posiadała pewien palony pierwiastek, nieco karmelowy wręcz. Poziom słodyczy był jak dla mnie idealny, chociaż momentami ocierał się o granicę przesłodzenia.  Jednak  nawet  przesłodzenie karmelowym cukrem trzcinowym nie byłoby niemile.

Jedliście z pewnością jakąś kawową czekoladę. Jak nie Merci, to może Bellarom, czy inna marka.  I najtrafniej jest chyba tego Zottera porównać do odpicowanej wersji tych produktów. Kawowy, słodki i maślany z pewnością zasmakuje dużej rzeszy ludzi. Jednak, jak sami chyba widzicie po długości opisu, jest jak na Zottera dość zwyczajny i prosty. Wolałabym jakby czekolada była bardziej kawowa i gorzka, a mniej łagodna, bo chociaż była „błoga” to jednak nie zadowoliła mnie w pełni.
Ocena: 9/10
Kaloryczność:100g/566kcal
Gdzie kupiłam: Zdrowa Spiżarnia
Cena: 17zł

Mam nadzieję, że będzie można kupić w Empiku nieprzetłumaczoną wersję Harrego Pottera. Nie mam ochoty czekać do października na polską premierę „Przeklętego dziecka”.
Pa

27.07.2016

N.A! Nature Addicts, Fruits & Chocolate



Naturalnie nic porywającego

Nic na siłę. Jeśli nasze dotychczasowe hobby przestało nas pociągać to przydałoby się od niego odsunąć i przestać się zmuszać. I nieważne, że tyle czasu już w nie zainwestowaliście, że inni ludzie wiedzą i chwalą wasze wysiłki, że tyle pieniędzy w nie wsadziliście. Przykładowo ja, po kilku latach intensywnego rysowania, straciłam do tego serce. Przestałam, po jakimś czasie rozdałam kredki, papier zużyłam do drukarki, a gumki i ołówki przepadły w niebyt. I co ciekawe, po 3 latach artystycznej niemocy, zapał do rysowania powrócił w dwójnasób. I to z lepszymi umiejętnościami! Dlatego czasami, jak coś nas nuży, warto zrobić przerwę. Jeśli coś naprawdę kochacie robić, to powrócicie do tego.


N.A! Nature Addicts, Fruits & Chocolate, Dark 70% cocoa, Himbeere, czyli owocowe żelki w ciemnej czekoladzie. Wyprodukowane w Belgi, przesłane przez Nesje, zjedzone przez mnie – taki układ to ja lubię. Próbując rozszyfrować napisy po nieangielsku stwierdziłam, że producent szczyci się brakiem konserwantów, a galaretka jest zrobiona w 100% z owoców- jabłek i malin. Żelatyny w tym chyba też nie ma, wiec jest to produkt bezpieczny dla wegan. A nie, nie jest, widzę miód, sorry. Dodatkowo użyto tu czekolady gorzkiej. Znaczy prawdopodobnie w smaku będzie bardziej deserowa, ale przynajmniej 70% to już jest coś.

Smak: żelki są w kształcie małych kwadrato-prostokątów(linijką mierzyć nie będę, niektóre są kwadratowe, a inne prostokątne, tyle). W dotyku słodkie, a w zapachu twarde. Zaraz, nie, chwila. odwrotnie. Nawet nie próbowała oddzielić czekoladę od żelki, równie dobrze mogłabym oddzielać kurz od popiołu – czekolada jest zbyt cienka na taki zabieg.

Pozostając przy czekoladzie to początkowo czuło się lekką cierpkość i goryczkę, przy zadziwiająco małej ilości cukru. Pozostawia wrażenie wysuszenia i popiołu, jednak im bliżej owocowego środka tym bardziej dało się wyczuć, że żelka wpływa  na smak polewy, która pod koniec zrobiła się słodka.

Żelka jest bardzo ciemna. Ni to czarno-czerwona, ni to bardzo ciemn purpura. Ładnie, moja gotycka dusza aprobuje. W konsystencji jest (żelka nie dusza)twarda niczym stwardniała marmolada. Przy tym jest zarówno kwaśna jak i słodka, jednak bardziej kwaśna, niczym zielone jabłka. Masa posiada pewne malinowe zacięcie, jedna zastanawiam się, czy jakbym dostała te bryłki „w ciemno” to czym bym zgadła jaki to konkretny owoc. Bo właściwie to przez cały czas w głowie pałętało mi się skojarzenie z różanym nadzieniem z pączków – tylko mniej słodkim.

Nie ma co za bardzo podsumowywać. Smaczne? Owszem. Urocze? Jak najbardziej. Czy bardzo interesujące i porywające za kubki smakowe? No nie powiedziałabym. Ale wiecie, wielką fanka żelek nie jestem.  
Ocena: 8/10
Kaloryczność: 100g/406kcal
Gdzie kupiłam: dostałam
Cena: jak wyżej
Jeżeli wkurzacie się, ze macie problem z dodaniem komentarza to nie martwcie się. Sama czasami mam problemy żeby odpowiedzieć na wasze komentarze. Blogger to kobieta wątpliwej reputacji.
Pa

24.07.2016

Tesco Finest Peruvian 70% Dark Chocolate



Zaskakująco dobre

W dniu dzisiejszym ogłaszam wszem i wobec, że mam 25 lat. I ani dnia więcej! Nie ważne co mówi moja data urodzin, ona kłamię niczym polityk w czasie kampanii wyborczej! I z pewnością nie jestem 3 lata przed trzydziestką. Nie i już! Mogę za to co roku obchodzić 25 urodziny. Bo tyle mam lat i już *tu wstaw tupniecie nogą* 

Tesco Finest Peruvian 70% Dark Chocolate, czekolada gorzka single origin. W czwartek musiałam spojrzeć prawdzie w oczy: moja skrytka ze słodyczami wiała pustką* Wprawdzie gdzieś tam w szafce leżała paczka ciasteczek, ale w taki dzień, dzień przybliżający mnie do kryzysu wieku średniego, recenzja ciastek nie była tym czymś. Z braku laku powędrowałam do najbardziej badziewnego Tesco w kraju i wybrałam jedyną czekoladę, która nie wywoływała skrzywienia ust w grymasie niechęci. Swoją drogą smutny to czas w którym na widok ukochanej Milki odczuwam mdłości. 
*słodycze  z wymianek itp. trzymam w innym miejscu, żeby się nie myliły. 
Tesco Finest… no cóż. Jeden wyrób spod tego szyldu już jadłam i zły nie był. Nie nazwałabym jednak tego produktem wysokopółkowym, raczej niżej średniopółkowym. Ale widać, że Tesco aspiruje by być postrzeganym jako coś ekskluzywnego. Single origin i to jeszcze  z północnego Peru! Ba, nawet na opakowaniu sugerują co powinniśmy poczuć! Dojrzałe owoce, mieszanka lekko kwaśnych jagód i delikatny miód! Czy to prawda, czy fantazja producentów? Przekonamy się!... a raczej ja się przekonam, bo to ja mam tą tabliczkę nie wy, sorry. 

Smak: dawno, dawno temu w fabryce czekolady pewien świstak siedział i zawijał je w takie sreberka. Niestety z powodu cięć płac świstaka zwolniono i przerzucono się na plastik. Po obijaniu się od jednego pośredniaka do drugiego, świstak w końcu znalazł zatrudnienie w innym miejscu. Jednak z powodu ostrego artretyzmu w palcach nie mógł zawijać – zamiast temu kazali mu zgrzewać końcówki sreberka. 

I chociaż to miłe, że pracodawca dostosował miejsce pracy pod schorowanego zwierza, to my musimy zmagać się z niepraktycznym, zbyt małym kawałkiem srebra. Za moich czasów (czoko zakłada babcine okulary i zaczyna się bujać na krześle biurowym)sreberko było na tyle duże i trwałe, że po otwarciu, dało się w nie z powrotem zawinąć pozostałą resztę na później. Nie to co teraz! Szczęśliwie zniszczone pozostałości sreberka skutecznie zastąpiła folia aluminiowa. Perfekcyjna Pani Domu zawsze przygotowana!


Smak (próba 2): moje palce natrafiły na coś dziwnego. Na gładką taflę, która przypominała polakierowany drewniany stół lub marmurowy blat. To było takie „zimne” w dotyku. Nie wiem kiedy ostatnio miałam tak twardą i gładką, niczym wypolerowana, czekoladę. Nie jest to wada, raczej spostrzeżenie inności. Za to wygląd jest raczej przeciętny. Kostki łamią się z lekkim trzaskiem, a dźwięk powstały podczas stukania jednej kostki o drugą przypominał walenie o siebie klocków lego. Tak, musieliście to wiedzieć. Może komuś się ta informacja przyda.  Za to w zapachu rzeczywiście wyczułam coś jakby owocowego i jagodowego. Tylko nie wiem, czy to czasem mój umysł nie płata mi figli.

Najpierw poczułam…  gorzką czekoladę, żadnego owocowego rąbnięcia nie było. A po chwili, kurcze rzeczywiście, pojawił się lekki, nieco kwaskowaty posmak owoców. Do pierwszego posmaku goryczy dołączyła orzeźwiająca kwaskowata nuta, wymieszana z delikatną słodyczą. Tylko czy ten smak jest jagodowy? Moim zdaniem nie, to inny owoc. Im bardziej się skupiałam na tym pierwiastku tym bardziej mi uciekał nie pozwalając się zidentyfikować. Nieco jakby suszone jabłka może? Ostatecznie po czwartej kostce przyznałam się do porażki, nie potrafię stwierdzić jaki to owoc.

Z każdym kolejnym gryzem tabliczka była jakby coraz mniej gorzka. Pierwsze, nieprzyjemne dla mnie, wrażenie piołunowości całkowicie zanikło. W zamian moje usta zalała głęboka, słodka kakaowość. Bogata w smaku, ale równocześnie dość łagodna i przyjazna dla przeciętnych kubków smakowych. Czekolada topiła się nieco oleiście i powolnie, ale nie opornie. Po wszystkim czułam w ustach pewne wysuszenie oraz posmak jagodowych owoców.

Przyznam, ze się mile zaskoczyłam. Kupując tą czekoladę spodziewałam się przeciętności i jednego wielkiego MEH. Zamiast tego otrzymałam czekoladę naprawdę dobrą jak na ten przedział cenowy. Właściwie mogę chyba powiedzieć, że ta tabliczka smakowała mi bardziej niż Lindt Excellecne, które przecież kocham. Nie jest to czekolada super wykwintna, ale naprawdę warta uwagi.
Ocena: 10/10
Kaloryczność:100g/577kcal
Gdzie kupiłam: Tesco
Cena: 7,99zł

Gdybym nie wiedziała, to bym powiedziała, że byłam pijana podczas pisania fragmentu o świstaku. Zapewniam, że byłam trzeźwa, tylko dostałam głupawki.
Pa

20.07.2016

Lindt, Baranek z czekolady mlecznej



Zamiast pokemonów złap baranka

Nigdy nie byłam fanką pokemonów. Nigdy nie obejrzałam ani jednego odcinka tego anime, nie zbierałam kapsli z ich wizerunkiem, nie grałam w gry, ani nie posiadałam jakiejkolwiek rzeczy związanej z nimi. Może dlatego nie potrafię zrozumieć tego szału na Pokemon Go. Broń Thorze nie krytykuję osób grających w tą grę, po prostu nie rozumiem o co wielkie halo. Ze szczególną mocą drapie się po głowie jak czytam, że ludzie łapią te stworki podczas jazdy samochodem (nagroda Darwina się kłania), na cmentarzach czy w muzeach Holocaustu. Ba, i nie widzą w tym nic zdrożnego czy niewłaściwego! Nikt nie zabrania się bawić, ale trzeba zachować zdrowy rozsądek i nieco przyzwoitości! A tak na marginesie, jakby gdzieś byłą petycja żeby zrobili potterową wersję tej aplikacji to dajcie znać. Taką grę mogłabym ściągnąć.



Lindt, Baranek z czekolady mlecznej. Tak, tak, wiem, że jest lipiec, a nie marzec-kwiecień. Wiem, że Wielkanoc już dawno za nami. Ale baranka dostałam w ramach wymianki z Nesją i dopiero teraz postanowiłam go otworzyć. Właściwie to baranek czy owieczka? Baranek brzmi bardziej wielkanocno, ale różowa wełna i kokardka przy łbie wskazują raczej na płeć żeńską. Z drugiej strony w tym wieku faceci też mogą nosić różowe odzienie i mieć tyle kokardek ile zapragną – nie mi oceniać*. Nie ma opisu, który tłumaczyłby sprawę. Za to w składzie znalazłam orzechy ale chyba w linijce „może zawierać”. Z resztą, zaraz się zobaczy.
*ciekawostka: ubieranie dziewczynek w róż a chłopców w niebieskie ubrania jest względnie nowe. Tak gdzieś do II WŚ to chłopcy nosili różowe śpioszki, a dziewczynki niebieskie. Potem powoli zaczęło się to zmieniać.
Mimo przetrąconego kręgosłupa gender-baranek zachował pogodę ducha

 Smak: po totalnej anihilacji sreberka moim oczom ukazał się nieco uszkodzony, ale wciąż w całości gender baranek. Plus dla Lindta za odwzorowanie na czekoladzie baranich rysów, zamiast pozostawienie czystej czekolady bryły. Zapach był przyjemny, a sam zwierz zadziwiająco twardy, musiałam posłużyć się nożem żeby obciąć baranowi łeb.


Od razu poczułam to. Typowy smak doskonałej mlecznej Lindt, dzięki której tysiące osób codziennie, bez większego żalu, wyskakuje z kasy. To jest to! Głęboka mleczność, wyraźne kakao i subtelna maślaność, która jednak  nie dominuje. Nie smakuje to jak słodkie masło, tylko jak doskonała czekolada z maślanym posmakiem. Całość niezwykle gładko się rozpuszcza zalewając kubki smakowe delikatną słodyczą.

Co do orzechów to jednak zostały wymienione jako śladowe ilości. Trochę szkoda, gdyż z orzechami byłoby jeszcze lepiej.

I to właściwie tyle tego. Nie raz pisałam już o mlecznej Lindt, więc nic nowego nie napiszę. Z pewnością mając do wyboru tą figurką, a praliny tej samej marki, zdecydowanie wybiorę praliny.
Ocena:10/10
Kaloryczność: 100g/545kcal
Gdzie kupiłam: dostałam
Cena: jak wyżej


Szczególnie Buzzfeed wariuje. Mam wrażenie, że co drugi „artykuł” jest o pokemonach. Nieco za dużo tego.
Pa

17.07.2016

Manufaktura Czekolady, Smak Polski: Piwo



Polska piwem i czekoladą płynąca

Nienawidzę dywanówek, nienawidzę z całej głębi swoich trzewi, serca, jelit i innych niewymienionych organów.  A jednak mimo wszystko, żałując swoich wyborów życiowych i przepełniona wrogością do wszystkiego w zasięgu  kilometra, posłusznie próbowałam sięgnąć palcami do uniesionych ku niebu stóp. Ze szczególną odrazą spoglądałam na jednostkę płci żeńskiej, która bez zadyszki czy problemu pokazywała jak wykonywać ćwiczenia. Robiąc to samo nie dość, że czułam, iż zaraz utopię się we własnym pocie, to jeszcze musiałam walczyć z własnymi mięśniami, które stanowczo protestowały przeciwko nowym obciążeniom. Nagle poczułam, że coś mi jedno ćwiczenie zaskakująco łatwo idzie - cud, miód malina, mówcie mi Chodakowska!  A nie; spojrzałam na własne odbicie, potem  na tablet i opuściłam tyłek. I nagle unoszenie nogi z pozycji uniesionej na dłoniach deski, zrobiło się niebywale ciężkie. Padłam na twarz. Dosłownie. Czemu to robię? Leżąc z nosem wciśniętym w matę zadawałam sobie to samo pytanie.  Ale to, że kilka ćwiczeń tak mnie wypompowało wyraźnie mi pokazało, że marsze marszami, ale formę mam słabą i powinnam nad nią popracować. Jednak jeśli zacznę zamieszczać selfiki w sportowych ciuchach,  wygięta niczym rozgotowany makaron,  pokazując przy tym mięśnie (HA)brzucha, to macie pozwolenie by mnie strzelić. Im mocniej tym lepiej. 

Manufaktura Czekolady Chocolate Story, Smak Polski: Piwo. Czekolada mleczna ze słodem palonym. Nie mam zamiaru ukrywać, że piwa nie lubię. Od samego zapachu robi mi się niedobrze i jedynym piwopodobnym napojem, który wypije jest Sommersby. Które bardziej smakuje jak jabłkowy Tymbark z procentami niż piwo. Jednak ta czekolada, mimo napisu piwo, z tym bursztynowym napojem jest związana tylko obecnością słodu.  I to był główny powód dla którego zdecydowałam się na kupno tej tabliczki.
Erkhm... literówka czy zamierzony zabieg?
 Smak Polski to chyba względnie nowa propozycja Manufaktury. Nie miałam zamiaru jej kupować, ale słaba oferta sklepu Czas na herbatę mnie do tego zmusiła. Wprawdzie mogłam wybrać wersję z jabłkiem, ale jadłam już raz Manufakturową tabliczkę o smaku szarlotki, więc nie chciałam się powtarzać. Z tej serii jest jeszcze Truskawka i Masło, lecz żadna z nich nie wywołała mojego entuzjazmu. Tak samo jak grafika. Czy ta pani naprawdę musi być tak cycata? Patrząc na to mam wrażenie, że doszło do fuzji słowianek Donatana z Octoberfest.  Opakowanie na minus. 

Smak: kolejny minus jest z powodu kłopotliwego srebrnego plastiku, który pewnie ma jakiś prosty sposób na rozerwanie, ale ja go nie znalazłam. Znalazłam za to scyzoryk i plastik zamienił się w strzępki. Moim oczom ukazała się gładka ciemnobrązowa, chłodna tabliczka. Za to „na dole” nie było już gładkiej powierzchni, spód był upstrzony nierównomiernie rozłożonego jęczmienia. Przy niuchnięciu, oprócz zapachu dobrej jakości czekolady, poczułam właśnie taki lekko zbożowy palony aromat. Z narastającą ochotą połamałam tabliczkę.

Czekolada jest twarda i rozpuszcza się powoli, ale nie w ślimaczym tempie. Gładko i nieco oleiście. Jest to wprawdzie czekolada mleczna, ale czuć w niej bogactwo kakao. Jest jakby lekko kawowa z wyraźną nutą cierpkości, która jednak nie przejmuje dowodzenia. Tak samo jak słodycz, która jest na poziomie minimalnym, bardzo delikatnym. Przez chwilę przypomniał mi się smak kulek Nesquik – kakaowy, ze zbożową nutą i odrobiną soli. Tak jest, sól też wyczułam. Mleczność, chociaż nie jest taka oczywista, nadaje głębi całej tabliczce, jednocześnie nie sprawiając, by czekolada nabrała dziecinnego charakteru.

Tak jak wspominałam ziarenka są nierównomiernie ułożone, co może być wadą, jeśli ktoś się czekoladą dzieli. Przy tym nie są mocno umocowane do tabliczki, przy mocniejszym potarciu odpadają niczym pchły z kota popsikanego specjalnym płynem. W smaku, z jednej strony przypominają mi kawę, a z drugiej ... mace. Hmmm, mózg podsunął mi skojarzenie z mocną kawą zbożową bez mleka, a potem zaś z przypalonymi ziarnami słonecznika. Kurcze, nie obraziłabym się na taką przekąskę! Również i chrupie jak podprażone ziarna, zaś pod koniec w ustach pozostaje posmak goryczy i popiołu. W połączeniu z czekoladą jeszcze bardziej uwydatnia się kawowy posmak ziarenek przez co całość nabiera bardzo wysublimowanego, palonego charakteru, który w samej końcówce daje posmak karmelu. Kocham.

Jest to kolejna tabliczka Manufaktury, która pokazuje, że ta marka stoi na podium polskiego czekoladnictwa. Mamy do czynienia z prostym, ale dobrym jakościowo produktem, który stara się zrobić coś więcej niż tylko zasłodzić klienta. Dzięki niej znowu poczułam jak to jest zachwycić się i wznieść się na szczyty czekoladowej przyjemności. Tylko to opakowanie mnie wkurza. 
Ocena: 10/10
Kaloryczność: 100g/594,5kcal
Gdzie kupiłam: Czas  na herbatę
Cena:13,90zł

Jakby piwo tak smakowało, to bym szybko została alkoholiczką.
Pa