29.06.2016

Yummy Soya Fruit Bar, Cranberry



Nie wyszło, oj nie wyszło

Na początku było opakowanie… A tak po prawdzie na początku musi być produkt, który zostanie zapakowany w opakowanie, ale dokonując wyboru w sklepie na początku zwracamy uwagę na szatę graficzną. Dopiero wtedy kolejnym krokiem będzie wczytanie się z czym właściwie mamy do czynienia.  Dobry grafik, który sprawi, że konsument ujrzy daną rzecz wśród góry podobnych rzeczy, to prawdziwy skarb. I tak firma Yummy ma w swoich szeregach taki właśnie skarb.

Yummy Soya Fruit Bar, Cranberry – Baton z owoców i orzechów laskowych. Jest bezglutenowy, wysoki w błonnik i odpowiedni dla wegan. Wypatrzony w Rossmanie, ale chyba jest również dostępny w Superpharmie. W Rossie widziałam dwie wersję, tę oto z żurawiną i jeszcze jedną z czekoladą. Jednak to żurawina skradła moje serce przez opakowanie kojarzące się ze staroświecką papeterią. Grafika tak mnie zachwyciła, że nawet nie zerknęłam na skład. Błąd. Ten skład - w porównaniu z innymi wege batonami – nie zachwyca. Co tu dużo mówić, jak na coś aspirującego do miana „zdrowego słodycza” lista składników jest zbyt długa i chemiczna. Sama żurawina składa się z 60% z żurawiny, tłuszczów nie zliczę, tak samo jak konserwantów i emulgatorów. Przy czym to, co można wybaczyć zwykłym ciastkom, wywołuje zdegustowanie przy takim produkcie. Od razu minus na dzień dobry, a nawet nie zaczęłam degustacji. 

Smak: jak tylko moje oczy ujrzały tego „batona” od razu zaznaczyłam na mentalnej kartce kolejny minus. To nie baton, a  takie większe ciastko. Nawet pachnie jak ciastko. A dokładnie pachnie jak znienawidzone kruche ciastka z marmoladą wieloowocową. Tylko, że  bardziej wali cukrem niż owocami. Słodycz aż się wwierca w nos. Nie da się uniknąć skojarzeń z Fig Barami, jednak FigBary miały przyjemniejszy aromat, nie taki walący cukrem. Hashtag Yummy, jak sami możecie zobaczyć, jest piegowaty od dodatków i wygląda na nieźle przypieczonego. Przy tym jest tłusty jak łojezu, o czy świadczy wielka mokra plama na papierze na którym robiłam zdjęcia tegoż wyrobu. Czepiam się na siłę? Nie zaprzeczam.

Konsystencja jest specyficzna co najpewniej jest zasługą mąki sojowej. Taka jak wilgotny piasek na plaży wymieszany z plasteliną. Albo z gliną z piaskownicy. Skojarzenia z Quest Barami  się grzecznie przywitało i wygodnie się rozsiadło. O dziwo nie czuć w tym tej słodyczy co była w zapachu, same ciastko było prawie neutralne. Słodycz była głównie napędzana przez żurawinę, która jest bardziej słodka niż kwaśna. I bardziej plastikowa niż owocowa. Przy czym jest również wysuszona na wiór. O migdałach również nie mogę zbyt wiele dobrego powiedzieć bo zostały one zmasakrowane na małe cząsteczki, które bardziej służyły do ozdoby niż do smaku. Niczym liść zwiędłej sałaty na półmisku z wędlinami i jajkami posmarowanymi majonezem.

A teraz najdziwniejsze. Po zjedzeniu nie dość, że miałam całą jamę ustną pokrytą cienką warstwą tłuszczu to dodatkowo miałam uczucie nagłego odświeżenia. Które po chwili zmieniło się uczucie, że mi się język poci i puchnie. Patrząc na skład wcale się temu nie dziwię.

Nie jest to baton dla ludzi pragnących zdrowych odpowiedników zwykłych słodyczy. Nie jest to również baton dla ludzi, którym nie smakowały QB. Ani dla członków  Stowarzyszenia Ochrony Kwaskowatej Żurawiny. Co nie znaczy, że stanowczo odradzam zakupu tego produktu. Nie jest najgorszą rzeczą jaką kiedykolwiek jadłam (ten tytuł ciągle należy do bananowego  koszmaru z Biedronki). Myślę, że na mój odbiór duży wpływ miały oczekiwania po zjedzeniu paru świetnych wege batonów. Może ocena byłaby lepsza, gdybym nie napaliła się na kolejną smaczną wegańską i tanią ciekawostkę.  
Ocena: 5,5/10
Kaloryczność:100g/457kcal
Gdzie kupiłam: Rossmann
Cena: 3,69zł

Firma ma świetnego grafika, ale mają problemy z osobami odpowiedzialnymi za smak i skład. I tyle w tym temacie.
Pa

26.06.2016

Magnum Chocolate Almond



Topie się z gorąca

Każdy ma takie dni. Nie ważne w co się wsadzi ręce – nic nie wyjdzie tak jak powinno. Kreski na oczach wyjdą niesymetrycznie, podkład wejdzie w każde załamanie skóry czy pory, a tusz spektakularnie  rozmaże się na dolnej powiece. Ciasto zmieni się w wielki zakalec, podczas sprzątania zepsujemy odkurzacz, zmywając potłuczemy ulubiony kubek, a spacer po parku skończy się bolesnymi odciskami na stopie i poparzeniami 3 stopnia. W takim dniu człowiek może jedynie cieszyć się, że nie skacze hobbistycznie ze spadochronie, nie pływa z rekinami czy coś w tym stylu. Zły dzień – nawet jedząc czekoladę trzeba być szczególnie ostrożnym, by się nie udławić. Chociaż powiem, że to by była całkiem interesująca śmierć. 

Magnum Chocolate Almond, Almond truffle encased in Magnum classic milk and white chocolate. Czyli migdałowe nadzienie truflowe oblane czekoladą białą I mleczną. W tej kolejności co ja przetłumaczyłam, bo jak widać, na wierzchu jest mleczna czekolada. Kolejność przede wszystkim. Nie będę się rozpisywać na temat tego jak bardzo uważam, że Magnumy są przereklamowane (bo są), ani o tym, że cała tabliczka czekolady Magnum była takase średnia (bo była). W ogóle nie będę się rozpisywać, bo szkoda waszego czasu. Ważną informacją jest tylko to, że produkt nie jest dostępny w Polsce, a dostałam go od Nesji.

Smak: mamy coś w rodzaju grubego palucha (lub cienkiego czegoś-innego, ale ciii, nie będę wam obrzydzać)najeżonego tu i tam kawałkami migdałów. Zapach przyjemny, wyraźnie czekoladowy z obietnicą orzechowości. W przekroju dokładnie widać jak rozłożone są warstwy. Zaczynamy od czekolady mlecznej.

Jest gorąco, jest skwarno, jest duszno jak u Belzebuba pod pachą, samo siedzenie powoduje zalewanie się potem, więc nic dziwnego, że dotknięcie czekolady kończy się jej topnieniem w palcach. Przez to nie dało się jej oddzielić od czekolady białej, więc będzie wymieszanie obu czekolad. Na plus idzie fakt, że nie ma efektu przesłodzenia. Jest za to głęboka czekoladowość, wymieszana z waniliową śmietankowością. Obie czekolady doskonale się uzupełniały. Nie ma się czego spodziewać jakiejkolwiek cierpkości kakao, gdyż masa wynosi tu zaledwie 25%. Czyli mamy do czynienie z bardziej odpicowanym Cadbury. Mniej słodkim, mniej mlecznym, ale bardziej czekoladowo-waniliowym. Kawałki migdałów były smacznym, chrupiącym ale mało znaczących elementem.

Najlepszą częścią tego batona jest nugat. Również jest miękki, również szybko rozpuszcza się w palcach i rozmazuje od gorąca. Jest nieco zatykający i ciut za słodki, ale za to mocno orzechowy w migdałowym stylu. Nie ma w tym ani pierwiastka marcepanu, to czyste migdały. Dodatkowo miałam wrażenie, że wyczułam w masie nutkę soli. Po chwili nadzienie staje się kremowe, wręcz nieco bagienkowe, przy czym słodycz ciągle walczyła o dominację z migdałami.

Dla miłośników magnumowych powłok czekoladowych ten batonik może być prawdziwym hitem. Nawet ja sama mogę przyznać, że były to całkiem smaczne warstwy. Jednak prawdziwy urok tkwi w migdałowej masie – mocno orzechowej i zachwycającej w swej konsystencji. Szkoda tylko, że moje kubki smakowe stwierdziły, że słodycz była ciut za duża. Trochę mniej cukru i byłoby idealnie.
Ocena: 8,5/10
Kaloryczność: 100g/570kcal
Gdzie kupiłam: dostałam
Cena: jak wyżej

Tu wstawcie odpowiednie marudzenie na temat upałów, ja nie mam siły.
Pa

22.06.2016

Ritter Sport Biscuits+Nuts



Na sklerozę czekolada

Zapomniałam o czymś, ale o czym? Zastanawiałam się o tym w niedziele, dumałam nad tym w poniedziałek, i dopiero dzisiaj – we wtorek – z lekką zgrozą przypomniałam sobie o czym zapomniałam. O napisaniu posta zapomniałam! Zazwyczaj próbuje przynajmniej na dwa dni przed mieć opis produktu lub wstęp. A tu albinowska pupa nieopalona, jutro wpis, a ja teraz szybko wyciągam słowa z głowy. Żeby tylko było składnie.
Ritter Sport Biscuits+Nuts (Keks+Nuss), czekolada mleczna z siekanymi orzechami laskowymi i kawałkami chrupiących ciasteczek. Niby nowość, ale nie nowość. Znaczy inaczej, ten smak nowością  nie jest, ale jego gramatura już tak. Z tego co teraz na szybko czytam, widzę, że wcześniej był dostępny w wersji 250 g i w zielonym opakowaniu. Ritter chyba doszedł do wniosku, że mniejsze będą się lepiej sprzedawać i nie tylko uciął ze 150g, ale również zmienił kolor opakowania na taki żółto-kremowy. Zmiana, przynajmniej opakowania ,jest jak najbardziej na plus, te zielone jakoś mi się z gustem gryzło.

Chociaż szał na ritterki mi już nieco minął, to jednak na widok nowej i nienadziewanej mlecznej czekolady to jakoś mi serce lekko zatrzepotało. Nie odleciało w zachwycie, ale jednak nieco drgnęło. Cuda nad cudami - miałam również przy sobie kasę. Nie mogłam nie wziąć, To nawet nie wchodziło w grę.


Smak: mimo, że na opakowaniu jest napisane 100g to mogłaby przysiąc, że czekolada jest cięższa. Oczywiście myśl o zważeniu przyszła mi na myśl dopiero jak zjadłam cały rządek, w porę czas. Zapach jest przyjemny, wyraźnie czekoladowy, słodki i ciutkę orzechowy. Czekoladę trudno połamać przez mnogość twardych dodatków. A jak już się to udało to na wszystkie strony, niczym pociski, poleciały chrupkowe kulki. Poczułam się prawie jak na froncie. Prawie to słowo klucz.

Sama czekolada jest idealnym przedstawicielem mlecznego Rittera. Słodycz stoi na wysokim poziomie, ale jeszcze nie ma się wrażenia, że się wskoczyło do basenu z glukozą. Przy czym całość jest silnie mleczna z lekkim kakaowym zacięciem i tłustością, która wprawdzie od masła nie pochodzi, ale plastikowego smaku margaryny również nie posiada. Ostatecznie jednak trudno jest ocenić samą czekoladę, gdyż dodatki zostały sypnięte do niej przez osobę (maszynę) ze szczodrą ręką. Albo z Parkinsonem, trudno powiedzieć.

Już sam spód czekolady zapowiada, że nie trzeba będzie szukać dodatków z lupą. Chrupiące ciasteczka są tak widoczne jak pryszcze na twarzy nastolatka z problemami hormonalnymi. Z tym że nie wiem czy ciasteczka są odpowiednią nazwą na te kulki. Są to bardzo chrupiące hybrydy paluszków i płatków kukurydzianych. Przy czym są zarówno słone jak i słodkie. Mam wrażenie, że orzechów laskowych jest znacznie mniej, ale są za to mocno wyczuwalne. Ich smak jest intensywny, jednak nie mają smaku podprażania. Są naturalnie słodko-drewniane i nie zawilgocone.

Jest to jedna z lepszych ostatnich ofert rittera. Bardzo słodka, ale do wytrzymania, mocno mleczna z mnogością charakterystycznych dodatków. Omal nie zbliżyła się do kategorii WOW, jednak czegoś mi w niej zabrakło. Może większej kakaowości?
Ocena: 8/10
Kaloryczność:100g/542kcal
Gdzie kupiłam: Bi1 (dawny Real)
Cena: 4,99zł

Nie lubię pisać na ostatnią chwilę, zbyt wielka presja.
Pa

19.06.2016

Chio Taccos i Miel d’ete de France



Miodowe chrupki

Mam podły nastrój ale nie będę wam smęcić. Podły nastrój jest zapewne spowodowany niedoborami w organizmie, więc już zaczęłam walkę o powrót do normalnego(jak dla mnie)stanu psychicznego. Proszę o kciuki żeby zakupione leki wyrwały mnie ze szponów beznadziei, zmęczenia i przygnębienia. A teraz bez dalszego jęczenia o odwłoku Maryni – recenzja.

Chio taccos, Texas Barbecue, chrupki ziemniaczane o smaku barbecue. Cofnijmy się do lat 90 ubiegłego wieku, kiedy mała czoko, wychodząc w poniedziałek z podstawówki wiedziała, że tego dnia będzie mogła wybrać ze sklepu paczkę chipsów. Moja matka, jak wielu rodziców, kręciła nosem na te chemiczne pomioty ziemniaka, ale doszła do wniosku, że nic się nie stanie jak raz w tygodniu zjem małą paczkę. Zazwyczaj wybierałam markę StarFoods i chrupki o smaku pizzy, które miały kształt wampirzych zębów. 

Z czasem przerzuciłam się na chipsy Biesiadne, które kosztowały 50 groszy, urozmaicając je momentami ketchupowymi Maczugami, paprykowymi Chio Chips lub, jak czułam się wystarczającym burżujem, Laysami. Taccos rzadko kiedy gościły u  mnie w pokoju, ale i je jadłam. Pamiętam jak nakładałam te chrupki na place jak pierścionki, ignorując zasadę, że żarciem się nie bawi. I chociaż nie płakałam jak wycofano markę Chio z Polski, tak nie mogłam oprzeć się pokusie, by ze sklepu Scrummy wybrać te chrupki.


Smak: zapach zdecydowanie znajomy, przeważa w nim aromat , hmmm kwaśnawy, ale bardziej słony, bez wyraźnej oznaki ostrości za to z takim tłuszczowym zacięciem. Niestety krążki były na tyle małe, że nie udało mi się w nie wsadzić swoich grubych paluchów. 

Po pierwszym chrupnięciu stwierdziłam, że smak jest bardziej prażynkowy, niż chrupkowy. Jest w tym charakterystyczna nuta smażenia na głębokim tłuszczu. Przypraw nie jest dużo, palce nie robią się brudne ani tłuste. Jednak taka skromnawa ilość przypraw ujawnia się w smaku. Chrupki nie są przesolone, ani ostre, ani kwaśne. Są dość łagodne. Kojarzycie jakiekolwiek chrupki o smaku pizzy, hotdogów czy podobnych stworów? One smakują dość podobnie, mam wręcz wrażenie, że firmy korzystają z tych samych aromatów tylko inaczej nazywają efekt końcowy.

Chrupiące, nieco twardawe, ale pod wpływem śliny szybko się „rozpuszczają” w ustach. Na mój gust są zbyt łagodne, gdyż lubię jak jest ostro, ale i tak była to fajna przekąska. Usta nie spuchły z nadmiaru soli palce nie zrobiły się pomarańczowe od przypraw, nadkwasoty nie dostałam, czyli w sumie okay. Jadłam lepsze, ale gorsze również jadłam.
Ocena: 7/10
Kaloryczność:100g/477kcal, porcja25g/119kcal
Gdzie kupiłam: dostałam (Scrummy)
Cena: jak wyżej



Miel d’ete de France. W końcu pamiętałam, by kontynuować recenzje miodów od Aishy. Pierwszym miodkiem był ten słoiczek z kwiatów pomarańczy. Teraz wybrałam ciutkę ciemniejszy, ale wciąż nie najciemniejszy z całej trójki. Miel d’ete czyli z tego co rozumiem to miód wiejski (???) Dobra, macie tu cytat „Collected by Famille Mary's bees, this golden and creamy honey gathers flavors of french regions. Taste this subtle cocktail of countryside and wild flowers.” Aha, czyli miód z francuskiej prowincji z dzikich kwiatków. Dalej doczytałam, że chodzi o region  Andegawenia, którą zdecydowanie kojarzę historycznie.  Pewnie ktoś się w niej ostro naparzał na miecze czy coś.

Smak: konsystencje tego miodu bardzo mi odpowiada. Jest dość ciekły, lepki, jeszcze nie scukrzony. Taki dość gęsty karmel. Zapach jest wyraźniejszy niż pomarańczowej wersji, poczułam jakbym znalazła się na łące pełnej kwiatów.  Znajomy zapach, czyżby stokrotki? mniszek? Trudno określić , ostatnio dzikie kwiatki wąchałam w dzieciństwie, ale stanowczo znam ten aromat. W smaku również czuć tą kwiatowość. 

Miód jest bogaty, inaczej tego nie można nazwać. Bogaty, wyrazisty i głęboki w smaku. Posiada przy tym mocną słodycz, która idealnie spisze się w wypiekach, gdyż nie jest tak delikatna jak w poprzedniej wersji. Pod koniec w ustach pozostał posmak jak po zjedzeniu słodkich, jabłek zebranych podczas jesiennych zbiorów.

Ten miód ma taką przewagę nad poprzednim, że jego smak nie zginie jak się go doda do potrawy o mocnym smaku. Ma więcej zastosowań niż pomarańczka, co stawia go nieco wyżej w hierarchii.
Ocena: bez oceny
Kaloryczność: niepodana
Gdzie kupiłam: dostałam
Cena: jak wyżej

Jak dobrze, że nie muszę się szykować na żadną imprezę #życieintrowertyka
Pa