27.04.2016

Marabou, Black Saltlakrits



Amerykanie to jednak mięczaki

Co można powiedzieć o osobie, która od dzieciństwa krzywiła się na myśl o lodach truskawkowych, ale z błyskiem w oku czekała na gorące mleko, aby zjeść powstały kożuch? Jak można z nienawiścią odsuwać od siebie chałwę, za to ślinić się na wspomnienie aromatu z piwnicy? Co za człowiek może z pełną obojętnością jeść lukrecję? Co za potwór jest ciekawy smaku SŁONEJ LUKRECJI???
Marabou, Black Saltlakrits – czekolada mleczna ze słoną lukrecją salmiakki. Wspominałam, że jestem ciekawa jak smakuje słona lukrecja. Wspominałam też, że nie mam pojęcia gdzie w moim mieście można kupić taki przysmak. Na szczęście ekipa sklepu Scrummy uzupełniła swój asortyment o lukrecje w tym o czekoladę ze słoną lukrecją. Jak nadeszła pora wybrać coś sobie do recenzji nie miałam żadnych wątpliwości. Widziałam, bez cienia wątpliwości, że to będzie pierwszy produkt, który opiszę. 
... środek polerski???
Marabou jest marką szwecką, istniejącą od 1916 roku. I również i ją spotkał los wielu czekoladowych marek z różnych krajów – została wchłonięta do koncernu Mondelez. I nie oszukujmy się, nie jest to najwyższy poziom czekoladnictwa. To szwedzki odpowiednik czeskiego Oriona, brytyjskiego Cadbury czy niemieckiej Milki. Czyli jest prosto-smaczny. I chyba głównym powodem, dla którego poczułam zaciekawienie do tej czekolady to właśnie dodatki. Oprócz skandynawskiego przysmaku w postaci solonej lukrecji są też „normalniejsze” dodatki: orzechy, Daim, Oreo, miętowy krokant … Tu możecie zobaczyć całą ofertę smakową Marabou. A ja w międzyczasie przejdę do sedna.

Smak: czekolada się nieco połamała w podróży, ale to nic, mi to nie przeszkadza. Zapach jest dość przyjemny, typowy dla mlecznej czekolady, nic nie zwiastowało jakichś niezwykłych smaków. Chociaż nie, chwila! Przy bliższym powąchaniu dało się wyczuć pewną ziołową nutką, ale tylko minimalną. Generalnie czekolada pachniała bezpiecznie.
To nie cała czekolada, tylko niepołamany kawałek
Na początku, podczas rozpuszczania, pojawiła się słodycz mlecznej czekolady. Spokojna i łagodna, milusia.  I wtem zjawiła się lukrecja. Na marginesie to nie wiem czemu niektórym nie podoba się ten charakterystyczny ziołowy smak, kojarzący się trochę z apteką. Nie jest on taki zły! Z drugiej strony ja dostaje drgawek na sam aromat piwa, więc może nie powinnam gadać.

Na początku ziołowość była normalna, lekko słodka lecz bardziej neutralna w smaku. Kolejna sekunda i zjawiła się sól.  I to sól dość mocna. Spróbowaliście kiedyś kwasku cytrynowego? Znacie uczucie niemal ostrego pieczenia na języku tylko w wersji kwaśnej? To uczucie było porównywalne do tego. Sól była tak agresywna, że sprawiała wrażenie kwasku. Miejscami była łagodniejsza, a moment później znowu waliła ostrą słonością. Nie da się tego inaczej określić jako „ostra słoność”.

Właściwie przez cały czas, dając kostce rozpuścić się ustach, musimy liczyć się napływami soli i ziół. Przy takim połączeniu sam smak mlecznej czekolady schodzi na drugi plan. Gdyż sama czekolada nie jest niczym nadzwyczajnym. Ot dobra, smaczna, mleczna czekolada, odpowiednio słodka, kakaowa  i mleczna. Nihil novi sub sole.

Doszłam do wniosku, że z chęcią spróbowałabym czystej słonej lukrecji. Ta w czekoladzie mi w sumie smakowała. Po pierwszym szoku mój organizm stwierdził, że cały produkt jest na plus. Sama mleczna czekolada, chociaż całkiem dobra, byłaby nieco zbyt nudna. Ale dodatek słonej lukrecji sprawił, że tabliczka z bezpiecznej stała się emocjonująca! Ja jestem na tak, ale wiem, że nie każdy podzieli mój entuzjazm. Matka mocno skrzywiona ledwo przełknęła jedną kostkę, a ojciec po spróbowaniu kawałka powiedział coś, co nie nadaje się do powtórzenia w kulturalnym towarzystwie. W niekulturalnym też.
Ocena: 8/10
Kaloryczność: 100g/530kcal, 26g/135kcal
Gdzie kupiłam: dostałam (Scrummy)
Cena: jak wyżej

Jestem dumna, że udało mi się nie rozpisać się we wstępie. Co za wyczyn :D
Pa

24.04.2016

Lindt Champs – Elysees, praliny



Biedne Pola Elizejskie

Niektórzy na wiadomość, że wstaje nieco przed 5 rano robią duże oczy i stwierdzają, że pewnie bardzo wcześnie chodzę spać. Bardzo wcześnie – w znaczeniu o 21, w końcu musze się jakoś wyspać. I nie powiem, czasami jestem tak zmęczona, że rzeczywiście kładę się do łóżka przed 22, ale nie jest to norma. Normą dla mnie jest kładzenie głowy na poduszkę o 22:30, plus-minus parę minut. Ile to godzin snu? Mniej niż 7. Czy to starczy? W zależności od pogody, ciśnienia i mojego cyklu hormonalnego  - czasami starczy. A czasami w południe Morfeusz się zjawia i ględzi mi do ucha, obsypując mnie przy tym piaskiem. Skurczybyk. Dzisiaj jest taki dzień i dlatego nie wiem do czego właściwie zmierzałam zaczynając ten wpis, więc litościwie dla samej siebie przejdę do produktu.

Lindt Champs – Elysees, asortyment 21 nadziewanych pralin czekoladowych. To przynajmniej zrozumiałam z przydługiego napisu na opakowaniu. I chociaż jest to jeden z ostatnich produktów francuskiej paczki od Aishy to jestem pewna, że takie fancy pudełko można także kupić w Polsce.  Chyba tylko w święta ale można. Również jestem pewna tego, że jest to  bombonierka koszmarnie droga i sama z siebie bym jej nie kupiła. 

Tak jak na początku twierdziłam w pudełku jest 21 pralin, po 3 z siedmiu różnych smaków.  Byłam na tyle miła, że większością podzieliłam się z rodziną. A może nie tak miłą biorąc pod uwagę … STOP, bez spoilerów!  Swoją drogą opakowanie jest piękne. Pola elizejskie w zimowym klimacie, co wyraźnie wskazuje, że jest to bombonierka przeznaczona do zjedzenia na Boże Narodzenie. Na co ja mogę tylko stwierdzić – Ojtam ojtam.
Rocher Lait Noisettes: nazwa od razu kieruje skojarzenia w stronę klasyki Ferrero. Tylko od razu widać, że Lindt jest bardziej pękatym i niezgrabnym kuzynek F. Rocher. Ale w końcu nie liczy się wygląd ale środek, co nie? Ten Rocher jest bardzo kruchy ale jednocześnie twardy - niezbyt przyjazne połączenie dla niedawno odkurzane dywanu. W powłoce czekoladowej jest zatopionych od groma malutkich kawałków orzechów, które wspomagają wzrastający okruszkowy sajgon. Wiecie jaka jest główna zaleta smaku tej czekolady? Można ją szybko podsumować! Tylko dwoma słowami:  o fuj. Smakuje staro, jakby przeleżała w kredensie kilka lat. Taką stęchlizną. Ale żeby nie było, nie jest to jedyny smak czekolady.

Jest również mleczna i odpowiednio słodka, ale nie ma tego głębokiego posmaku zwykłej mlecznej czekolady Lindta. Jest płaska niczym polska Milka, aczkolwiek nie tak słodka i plastikowa. Nadzienie jest zbite i jest nieco lepsze od czekolady. Nieco. Początkowo miałam wrażenie, że ugryzłam kawałek słodkiej margaryny, lecz po chwili w ustach rozlał się smak kakao wymieszanego z orzechami laskowymi. Tu również słodycz była na normalnym poziomie, aczkolwiek nie zabrakło tego posmaku stęchlizny. Nie jest to Rocher, to jest coś gorszego, aczkolwiek jeszcze zjadliwe. Ocena:  5/10

Cafe Noir: piękna nazwa. Od razu pomyślałam o ciemnej zadymionej kawiarni mieszczącej się w bocznej ulicy Paryża. Ciemna intensywna czekolada i równie ciemna kawa, nie znająca ani litości, ani nabiału. Moja wyobraźnia zdecydowanie pogalopowała ścieżką huraoptymizmu. Czekolada topi się błyskawicznie w palcach, a tak tego dnia gorąco nie było. Z założenia jest ciemna i nawet jestem skłonna się z tym zgodzić. Ciemna w znaczeniu „nie ma tu mleka, ale z kakao również nie zaszaleliśmy”.  Typowa słodka deserówka z megadelikatną kakaową goryczą i dość mocną słodyczą. Nawet słodsza od Excellence. Maślana jak diabli, przypomina pod tym względem Lindorki, tylko smaczniejsze. Ale i tak szału nie ma.

Nadzienie kawowe jest jeszcze bardziej miękkie i słabo kawowe. Zaraz, czy to serio kawa? Już sama czekolada bardziej kawowo smakowała. To jest bardziej mleczno –kakaowe niż kawowe. Paryska kawiarnia zanikła na rzecz taniego przydrożnego baru, gdzie zamiast kawy podadzą ci płyn zrobiony z cukru,  wody i proszku „Napój kawopodobny”. Bardzo złe nie było, ale kawy w tym prawie nie było. Ocena:  6/10 

Triomphe Blanc: wszelkie nasuwające się skojarzenia odepchnęłam, wykopałam i przegoniłam z wrzaskiem. Pozwolicie, że przejdę do konkretów. Czekolada gładko odchodzi od nadzienia. Nie jest tak tłusta jak poprzednia. Niestety również ma ten zatęchły, nieprzyjemny posmak, który psuje radość jedzenia. Po chwili nieśmiało do głosu dochodzi waniliowa śmietanka i charakterystyczna dla Lindta słodycz. Niestety nie powiem, że był to zadawalający poziom czekolady, nie tego oczekiwałam od tej marki. Ale może orzechowe nadzienie będzie lepsze. I owszem, jest lepsze, bo nie ma starego posmaku. Jednakże jest zbyt mało orzechowe, a zbyt bardzo słodkie abym mogła być z niego zadowolona.  W większej ilości może stać się wręcz mdłe. Ma się nawet wrażenie, że jest w tej masie coś margarynowatego. I nie powiem ogólnie jest zjadliwe, ale od tej marki oczekuje czegoś lepszego niż „zjadliwe”. Ocena:  5/10

W tym miejscu poddałam się i spożycie kolejnych pralin przeniosłam na kolejny dzień

 Lindor Lait: może zwykła mleczna czekolada z kakaowym nadzieniem mnie przynajmniej nie zawiedzie. No cóż, NIE. Mamy powtórkę z Rocher Lait Noisettes. Czekolada smakuje stęchlizną. Po prostu: stęchlizną. I staro. Sorry Lindt, ale WTF? Płaski niezadawalający smak, znaczna słodycz i tłustość. Rozczarowujące jak diabli. Nadzienie jest bardziej kremowe od czekolady i równocześnie bardziej zatęchle. Dobry boże, co ja jem? To Lindt??? Miękka, słodka margaryna z zatęchłym, zwietrzałym kakao. Nawet nie wiem co dalej pisać. Ręce opadają. Ocena: 2/10

Luna: z wielką niechęcią sięgnęłam po kolejną czekoladkę. I jeżeli to nie świadczy wystarczająco o dotychczasowym poziomie pralin to już nie wiem co może świadczyć. Z czym więc musiałam się zmierzyć?  Luna jest twarda. Mamy, białą czekoladę przeplątaną paskami ciemniejszej, mlecznej. Dalej jest coś, co na oko wygląda jak krem karmelowy albo orzechowy i warstwę chrupiącą, znaczy twardą. Znaczy skamieniałą. Czekolada na szczęście nie ma posmaku starości. Na nieszczęście w ogóle nie ma żadnego charakterystycznego posmaku. Jest słodka z pierwiastkiem mleczności, ale to tyle. Jest niczym cienka biała powłoka na tanich wafelkach typu Princessa. Żal.pl. 

Warstwa kolejna jest orzechowa. Orzechy laskowe się kłaniają i to mocno. W końcu jakiś charakterystyczny smak! Zdecydowanie nie da się tego pomylić z czymkolwiek innym. Szkoda tylko, że jest go tak mało. I szkoda, że nieco za bardzo sypnęli tu cukru. Kolejno mamy krem z chrupiącymi orzechami. Smak samego kremu jest daleko orzechowy. A właściwie to taki lukier o aromacie orzechowym. Stwardniały lukier, że tak dodam. Strzelam, że chrupkie kawałki to orzechy, ale ja czułam smak… zgniłych bananów. Dobry Panie zlituj się nad moją duszą. Ocena: 4/10

Kolejna przerwa na opatrzenie ran moich własnych kubków smakowych.

Pyramide Noir: po poprzednich pralinach jedyne skojarzenie jakie miałam to te z trupami. Zaczęłam spodziewać się czekoladowego odpowiednika mumii. Ponownie mamy ciemną czekoladę, która zgodnie z oczekiwaniami smakuje niczym zasuszona mumia. Nie żebym wiedziała jak smakuje mumia, ale przypuszczam, że całkiem podobnie do tego. Tak, tak, stęchlizna i staroć, jak niemiło was widzieć. Jednak ta czekolada różni się od Cafe Noir. Jest bardziej gorzko-kwaśna i zdecydowanie mniej słodka, ale i tak posiada pierwiastek margaryny w sobie. Nie byłaby jednak taka zła, gdyby nie ten obrzydliwy posmak starości  i zepsucia!. I również te nadzienie posiada kawałki, a raczej pył orzechowy. A może waflowy? Nie, jednak waflowy. Nie czuć tu smaku orzechów tylko wafla. Dobra, może być. Ogólnie to krem jest kakaowy i niezbyt słodki. Muszę przyznać, że  ze wszystkich nadzień to on mi najbardziej smakował. Naprawdę, to mogłoby być super smaczne, gdyby nie początkowy posmak. Ocena: 5/10


Meringue: po przekrojeniu zrozumiałam skąd pochodzi nazwa. W kremie zatopione są małe białe kropki, które na początku wydają się ryżowymi kulkami. Dopiero po sekundzie przypomniałam sobie, że meringue to po naszemu beza. Ale po kolei. Czekolada mleczna .. no cóż, jest nieco lepsza niż poprzednie, ale i ona zalatuje starością. I cukrem. Słodycz jest w tym nieco przesadzona. Jednak mam wrażenie, że zostało tu użyte znaczne większe ilości kakao niż w innych mlecznym. Smak jest nieco głębszy ale co z tego skoro wszystko psuje sami-wiecie-co (nie, nie Voldemort)Nadzienie jest zbite i po kolei da się w nim wyczuć słodycz, starość słodkie chrupkie coś, mleczność, coś na wzór kakao i starość.  Równie dobrze mogłabym jeść tekturę posypaną cukrem i szczyptą słodkiego kakao. Na to samo by wyszło. Ocena: 4/10


Otworzyłam pudełko z myślą, że oto czeka mnie boska przyjemność. Wygląd pralin obiecywał niebo. Obiecanki cacanki a głupiemu (czyt. czoko) radość. Zrąbałabym te pralliny nawet jakby były firmy „Słowomir i Spółka z Pęcina Krowiego”, kupione na targu w słoneczny dzień. A co dopiero mówić o Lindt! Po Lindtcie spodziewałam się przynajmniej średniego poziomu, Aisha wysyłając mi te czekolad zapewne spodziewała się, że będą bardzo smaczne. A tu Guciu. Lindt zawiódł i to ostro. Istnieje możliwość, że smak czekoladek zmienił się przez złe warunki przechowywania czy coś, ale przecież inne produkty smakowały całkiem dobrze. Tylko praliny, kosztujące w PiP 40zł, są do niczego. Zjadłam 7, reszta poszła do rodziny. Niech oni się z tym męczą.
Kaloryczność:100g/569kcal
Gdzie kupiłam: dostałam
Cena: jak wyżej

Do końca daty ważności również trochę czasu zostało, więc na to zwalić też nie można.
Pa

20.04.2016

Ritter Sport Weisse Joghurt-Mousse

Bez zawodu


Człowiek nie zdaje sobie sprawy jak bardzo jest zorganizowany dopóki nie  zobaczy jak wygląda prawdziwy człowiek – chaos. Jak patrzę na mojego brata i jego miotanie się z czasem, kończące się najczęściej spóźnieniem to widzę jak bardzo ja sama jestem uporządkowana. I to jest dziwne, bo mój własny pokój i biuro są w stanie, yyy powiedzmy artystycznego nieładu. Ale lubię wiedzieć ile czasu może mi zająć podróż, tak żeby się nie spóźnić. Kilka dni przed pakowaniem się robię listę rzeczy, które powinnam zabrać. Przed ważnymi wydarzeniami odpowiednio wcześniej przygotowuje sobie eleganckie ciuchy żeby nie prasować na ostatnią chwilę. Książki mam ułożone niczym w bibliotece i wiem, gdzie co leży. Słodycze też mam posegregowane żeby wiedzieć od kogo i kiedy je dostałam. Niby drobiazgi, ale bardzo ułatwiają życie.

Ritter Sport Weisse Joghurt Mousse, biała czekolada o smaku jogurtowym wypełniona pianką o smaku jogurtowym. Czyli czekolada z którą moje relacje można facebookowo opisać jako TO SKOMPLIKOWANE.  Najpierw ją chciałam, potem po zobaczeniu słów „czekolada o smaku jogurtowym” odechciałam, a następnie po 2 czy 3 pozytywnej recenzji zaczęłam się nieco wahać. Decyzję za mnie podjęła Nesja, która wysłała tą ritterkę pozbawiając mnie przy tym męczarni związanych z niezdecydowaniem. 

Jak sami możecie zobaczyć czekolada dotarła w stanie nieco eeee wymęczonym. Przez chwilę próbowałam się pobawić w ładne ułożenie kostek, ale minęły czasy kiedy z cierpliwością siedziałam nad puzzlami. Jako tako ułożyłam mniejszą ilość kostek niż zazwyczaj Ritter daje,  trochę zdjęć strzeliłam i dalej wiadomo co robiłam.
 
Smak: słysząc w głowie surowy głos każący mi przestać bawić się jedzeniem zaczęłam kroić i rozdzielać kostkę na poszczególne fragmenty. Czekolada jest miękka i szybko zaczyna rozpuszczać się w palcach. W ustach rozpuszcza się nieco wolniej. A jak już zaczęła to i ja zaczęłam rozumieć pozytywne oceny na blogach. 

Jest mocno śmietankowa z silną waniliową nutą. I chociaż słodycz momentami drapie lekko w gardle nie jest to poziom zamulający. Jest w tym charakterystyczny ale delikatny maślany posmak, który przywitałam z radością, bo obawiałam się trochę innego rodzaju tłuszczu. A co najważniejsze, czekolada nie posiada tego mydlanego, nieco zjełczałego posmaku tanich białych czekolad.

Nadzienie jest niezwykle kremowe i lekkie przy tym. Trochę puszyste, właściwie taka ubita śmietana, W smaku przede wszystkim wyczuwa się typowy jogurtowy kwasek. Znacząco przeważał nad również obecną słodyczą sprawiając, że nie czuło się przecukrzenie. Przy tym nie wykrzywiał gęby. Mleczność, normalna w jogurtowych nadzieniach,  jest subtelna. Niestety krem szybko się rozpuszcza, pozostawiając w ustach jedynie wspomnienie i tłustawą powłoczkę.

Całość jest niezwykle smaczna. Posypuje głowę popiołem i przepraszam  za wszelkie wątpliwości jakie miałam. Jak dla mnie ten ritter wpisuje się na listę ulubionych nisko- i średnio-półkowych białasków strącając na dalsze miejsce białą z całymi orzechami tej samej marki. Czekolada jest świetna, może nieco za słodka i prosta, ale jak na ten przedział cenowy jest  bardziej niż w porządku.. A nadzienie to poezja. Zazwyczaj jogurtowe nadzienia ostro mnie zamulają, ale to było takie odświeżające, takie dobre, że tym razem to nie grozi.
Ocena:10/10
Kaloryczność:100g/586kcal
Gdzie kupiłam: dostałam
Cena: jak wyżej (ale pewnie tyle, ile standardowe ritterki)

Ciekawe czy kiedyś się doczekam się powrotu białej z kokosem.
Pa

17.04.2016

Yan Yan Creamy Vanilla Flavoured Dip Biscuit Snack I Piratki ze Skawy



Piraci w Japonii

Nie potrafię się cieszyć tegoroczną wiosną. Nie dość, że ¾ czasu czuję się jakbym przy dłuższym zamknięciu oczu mogła zasnąć nawet na stojąco, to i również alergia dokucza znacznie bardziej niż w latach poprzednich. I nie tylko ja to zauważyłam. Osoby, które do tej pory nie miały kataru siennego nagle zaczynają kichać na potęgę a alergicy „z doświadczeniem” mają zwiększone dolegliwości. U mnie ataki zaczynały się w okresie sierpień-wrzesień i starczyło, że łykałam po tabletce co drugi dzień. Teraz bez codziennej dawki oczy mnie dosłownie swędzą, budzę się z katarem, w gardle mnie drapie i głowa mi za przeproszeniem napierdala. Nie wspominając o pokrzywce, która co jakiś czas wyskakuje mi na dłoniach i policzkach. Mam ochotę spakować manatki i na pewien czas przeprowadzić się gdzieś, gdzie nie pyliłoby to, co obecnie pyli. Hmm, jak teraz sprawa wygląda w Japonii?

Meiji  Yan Yan Creamy Vanilla Flavoured Dip Biscuit Snack. Kojarzycie Meiji? Już parę ich produktów recenzowałam. Te opakowanie wraz zawartością otrzymałam w ramach współpracy ze sklepem Scrummy, który nie skupił się tylko na asortymencie Amerykańsko-europejskim, ale wszedł również w cześć azjatycką. Właściwie mogłam to również napisać już przy dziwacznych KitKatach.  Ale zapomniałam. Tutaj sprawę mamy prostą: paluszki + krem waniliowy. Niby nic skomplikowanego, ale jak to wyjdzie  praktyce?  Aha, jeszcze jedno, przegródka na krem jest znacznie mniejsza niż się wydaje. Jest głęboka na jakieś 3 cm. Tak, też myślałam, że kremu nawalili do samego dna. 

Smak: sam paluszek jest bardzo chrupki. I od razy może lepiej to powiem, nazwy „paluszek” używam dla ułatwienia, bo jakotako paluszek to, to nie jest. To jest herbatnik w kształcie paluszka. Chociaż nie, wróć! Może nie tyle co herbatnik ile mieszanka herbatnika z krakersem, Ale, że co? – mógłby się ktoś zapytać. Paluszek  posiada krakersową tłustość i dziwny, kojarzący mi się z krakersami,  posmak kminku, którego notabene w składzie nie ma. Za to już słodycz jest typowo herbatnikowa, tak samo jak chrupkość. Ogólnie przyjemna przekąska ale ten kminkowy posmak mnie zdziwił. Nie, nie obrzydził, tylko zdziwił. 

Krem również jest dość dziwaczny. Bardzo gęsty, przypominający smarowidło do chleba. Pachnie waniliowo, to mogę przyznać. Smakuje na początku totalnie niczym, dopiero po sekundzie pojawia się nieprzesadzona słodycz, wymieszana z posmakiem mydlanej białej czekolady i … ananasem???  Wzrok w skład i szukam, szukam i jest! Nie, nie ananas, ale coś co mogło wpłynąć na smak kremu. Papaina – enzym otrzymywany z mleczka zielonych owoców i liści melonowca właściwego (papai). Czy to, to sprawiło, że miałam wrażenie, że czuję ananasa? Możliwe, ale nie mogę tego z całą pewnością stwierdzić.
Razem smakują dość przyjemnie. Bez szału, ale przyjemnie. Lekko słonawy herbatnik fajnie się uzupełniał ze słodyczą kremu, przez co nie czuło się za bardzo dziwnych posmaków. Czuło, ale nie przeważało w ogólnym odbiorze.  

Ocena: 7,5/10
Kaloryczność: porcja(opakowanie 50g)/252kcal, 100g/504kcal
Gdzie kupiłam: dostałam (Scrummy)
Cena: jak wyżej

Ale to nie wszystko!


Skawa, Piratki -  Draże kokosowe w polewie kokosowej. Każdy zna, a kto nie zna ten trąba. Chociaż przyznam, że opakowanie mnie na początku zmyliło, to nie to do czego byłam przyzwyczajona. Jednak informacja z tyłu opakowania wyraźnie mówi, że to draże produkowane przez firmę Skawa. Tylko, że dla Żabki. Czyli mamy znanego Korsarza, tylko złagodzonego na Piratki specjalnie dla Płaza. Jak dla mnie ani nazwa, a ni opakowanie się nie podoba, jest takie na siłę zdziecinniałe. A Korsarz to Korsarz, marzenie dziecka, które zamiast pysznych mleczno-kokosowych draży dostawało kamyki, czyli tanie orzeszki ziemnie w kolorowej, cukrowej skorupce. A teraz jak już się dzieckiem przestało by (przynajmniej teoretycznie) to i draże straciły jakoś urok. Jednak, żeby w końcu napisać recenzję czegoś co jest dostępne w większości sklepach musiałam coś wybrać, padło na to. 

Smak: kulki pachną niczym słodka polewa kakaowa, jak na razie na plus. Nie są one  identycznej wielkości, są mniejsze i większe i w dodatku nie idealnie „kulowe”, miejscami są wręcz kanciaste. Przy gryzieniu stawiają lekki opór. Polewa jest cienka, z resztą nic dziwnego.  Z tego co udało mi się obgryźć to z całą stanowczością i autorytetem (którego nie mam)mogę stwierdzić, że jest badziewna. Tłustawa w sposób wręcz wrzeszczący  „margaryna!”, plastikowa  i powiedzmy kakaowa, tylko w stylu wyrobu czekoladapodobnego. Znaczy jakby ktoś dostał  zadanie odtworzenie smaku kakao bez użycia samego kakao. Czyli cienkość tej warstwy jest zaletą, bo w większej ilości byłoby to niezjadliwe.

Jeżeli chodzi o polewę to zdecydowanie jestem na nie. Pod tym kryje się  twardsza warstwa powłoki cukrowej? Waflowej? Sama nie wiem.  Słodka i chrupiąca w zębach, nic nadzwyczajnego. A teraz najważniejsze: środek kuli, samo jądro korsarza, piratka, kuli. Tu przynajmniej się nieco postarali i dali tego kokosowego aromatu, tak że smakuje nie tylko bardzo mlecznie, ale i również kokosowo. Przyjemnie rozpada się  pod naporem zębów, poczym powoli się roztapia. Nie jest to jednak smak Raffaello. To jest nieco inny mleczno-kokosowy smak. Troszkę chemiczny. 


Nie będę się rozpisywać. Całość jest już bardzo przesłodzona. Po kilku kulkach miałam już dość, bo czułam głównie słodycz, a dopiero mleczny kokos. Rozumiem czemu mi to tak smakowało jak byłam mała, ale teraz czar minął.
Ocena:6/10
Kaloryczność: 100g/466kcal, opakowanie(70g)/326
Gdzie kupiłam: Żabka
Cena: 1,19zł

Co jakiś czas będę musiała robić takie podwójne recenzje.
Pa

13.04.2016

Nestle Grand Chocolate, Foundant Caramel Pointe de Sel, Lait



Zjem se poduszkę

Życie to pasmo stresu. Zaczynamy od martwienia się czy Agata/Paweł będą się z nami chcieli bawić w piaskownicy i czy czasem ktoś nie zaiwani ukochanej łopatki. Potem przychodzi stres związany z uczeniem się literek, cyfr i odpowiednim pokolorowaniem rysunku na plastykę, żeby pani była zadowolona. Kolejne prace domowe, egzaminy większe i mniejsze, rekrutacje do szkół i matura. Wkraczamy w dorosłość i następuje strach związany ze studiami, niepewnością co do naszej przyszłości i przypuszczalnym bezrobociu. Związki, zachodzenie czy też NIE zachodzenie w ciążę. Choroby i śmierć bliskich, kredyty, rachunki do zapłacenia, sprawy w urzędzie, wzrastające wydatki w aptece stresstrestres. Hasła „Miej wyjebane a będzie ci dane”, „Pomyślę o tym jutro” oraz  I tak wszyscy umrzemy” plus dobra słodycz skutecznie przeganiają u mnie panikę, sprawiając, że długotrwały, szkodliwy stres nie ma szans się u mnie zagnieździć na stałe. Chyba byłabym jednak marną terapeutką. 

Nestle Grand Chocolate, Foundant Caramel Pointe de Sel, Lait, mleczna czekolada z nadzieniem karmelowym I solą. Nazwa francuska chyba wystarczająco mówi o pochodzeniu tej czekolady, co nie? I chyba nie muszę również mówić jak bardzo lubię połączenie czekolady, karmelu i soli. Od Lindta do Ghirardelli, taki miks mi po prostu bardzo smakuje. Tylko, że tym razem miałam w dłoniach czekoladę od Nestle, firmy, która raczej nie słynie z wyrobów wysokopółkowych. Nadzieja jednak umiera ostatnia, więc zanim wzięła ten ostatni, przedśmiertelny wdech rozpakowałam czekoladę.

Smak: kurcze, są palety do cieni wyglądające jak tabliczka czekolady, są magnesy, kolczyki, podkładki pod myszkę i breloki wyglądające jak tabliczka czekolady. A tu mamy czekoladę, która wygląda jak sofa lub podłużna poduszka.  Serio takie miałam skojarzenie, sofa jak w pysk strzelił. Zapach jednak meblowy nie jest. Zapach mnie wręcz nieco zaniepokoił. Och owszem, pachniała apetycznie, mlecznie i karmelowo, Ale równocześnie nos wyniuchał również cukier. Nawet nie musiał się starać, aromat słodyczy przeważał na pozostałymi. A to rzadko kiedy świadczy o wyważonym smaku.

Warstw się da się oddzielić ręcznie, nożyk w dłoń i jedziemy. Czekolada jest cienka, rozpuszcza się maślanie, a jej smak plasuje się między polską a niemiecką Milkę. Ta sama mleczność bez kakaowego charakteru, ani ze szczególną głębią, jednak też bez plastikowego elementu. Jest jednak pewna rzecz która różni tą czekoladę od Fioletowej krowy. Jest to słodycz. Tak jak podejrzewałam poziom zacukrzenia był bardzo wysoki. Nie był to może Everest ale Mount Blanc już tak. Nie powiem, sam smak jest prosty i przyjemny, może nawet trochę kinderkowaty, ale serio cukru się za dużo im sypnęło. A nawet nie zaczęłam pisać o nadzieniu!

Nadzienie jest zbite, nieco tłustawe, ale nie margarynowate. I smakuje jak lody Zapp. Ma ten głęboki posmak pysznego karmelu: palony cukier, śmietanka, masło  i pierwiastek anielskości. O dziwo krem ten jest mniej słodki od samej czekolady! Tego się nie spodziewałam. Pozwalając by warstwa karmelu powoli się roztapiała w ustach czekałam na uderzenie soli. Czekałam, czekałam, czekałam i … co, już? Było małe mignięcie soli, taki ułamek, ledwo wyczuwalny. I było to rozczarowujące. Za mało soli, zdecydowanie za mało. Ale z drugiej strony może ta odrobina soli sprawiła, że krem nie jest tak słodki jak można się było spodziewać. W masie są kawałki karmelu, które z powodu dużej twardości mocno chrzęściły. Ale ich smak był na tiptop. Mocno palony posmak, prawie wpadający w orzech z nutą śmietanki i cukru trzcinowego.

Tabliczka jest za słodka. Może nie tak bardzo, że paliłaby w gardle, ale jednak jest w niej ciut za dużo cukru. Za to jest w niej za mało soli. A tak na marginesie: czemu tak trudno dorwać czekoladę z odpowiednią ilością soli? To za dużo, to za mało, ciągle źle! Wracając do Nestle – do samego karmelu się nie przyczepię, karmel był zrobiony wyśmienicie. Ogólnie całość jest bardziej na tak, ale z paroma „ale”.
Ocena: 7/10
Kaloryczność: 100g/559kcal, porcja(3kostki)/140kcal
Gdzie kupiłam: dostałam
Cena: jak wyżej

Żeby nie było, czasami krótki stres może być dobry, działa motywująco. Gorzej jak stres przejmuje kontrolę nad całym życiem. W tym wypadku polecam filozofię „mamtowupie”.
Pa