28.02.2016

Cote D’Or Lait Noisettes Feuillete Praline



Cote D’Or w cieście francuskim

Czasami jedna scena z książki czy filmu tak się wbije nam w pamięć, że samego głównego wątku dzieła nie będziemy pamiętać, tylko tą jedną scenę. Do tej pory mam w głowie opis, jak główna bohaterka miała taką ciążową chcicę, że w środku nocy wyszła do ogródka, by własnym pazurami wygrzebać z ziemi bulwę czy korzeń nieznanej rośliny (która chyba była magiczna, tak BTW)*. Szczególnie w środę ten książkowy moment obijał mi się w łepetynie, gdyż dostałam wtedy napadu wszystkożerłoczności. Jedną ręką wpychałam w  usta paluszki wymieszane z chipsami, a drugą ryłam w lodówce niczym oszalały dzik w poszukiwaniu CZEGOŚ. Gnana szaleństwem swego organizmu nawalałam do miski  gotowanych buraczków, paprykę konserwowaną, pokruszone paluszki, kawałki sera pleśniowego, sos sojowy, resztki makaronu i ostry sos pomidorowy dodając do tego 3 spalone tosty z miodem.  Mam ciążowe zachcianki nie będąc w ciąży! Moje spożywcze delirium skończyło się wyrzutami sumienia, bólem żołądka i zadowolonym pomrukiem uspokojonego organizmu.  Za to moja wątroba mnie chyba nienawidzi. Czy da się to jakoś powstrzymać? Oprócz zaklejenia gęby mocną taśmą?
*poszukałam i znalazłam :„W krainie kota” Doroty Terakowskiej. Tytuł jasno wskazuje czemu zainteresowałam się tą książką. Miałam wtedy z 12-16 lat i wiele się od tej pory nie zmieniło. 

Cote D’Or Lait Noisettes Feuillete Praline, czyli czekolada mleczna z kawałkami ciasta i orzechami laskowymi w nadzieniu pralinowym. Jestem z siebie dość dumna, że udało mi się przetłumaczyć francuski opis bez patrzenia w internet. Inna sprawa, że jak już zajrzałam w Internet by sprawdzić, czy jest angielska nazwa to nie znalazłam takowej. Jedynie wygrzebałam info (wygrzebałam na pierwszej stronie wyszukiwarki), że feuillete to po naszemu zwykłe ciasto francuskie.  Ciekawy dodatek, jeszcze się z takim nie spotkałam.  Już jedną czekoladę tej marki, kojarzącej się z lodami, recenzowałam, więc opisywać się na temat słoniowego loga nie będę. Napiszę jednak, że wstęp, mimo pozorów, ma związek z wyborem tego produktu. Mój żołądek po napadzie „ostro-słono-kwaśno-słodko” potrzebował czegoś spokojnego, milusiego, mlecznego. Szklanka mleka odpadała, ze względu na niechęć spędzenia kolejnych paru godzin w toalecie. Krótkie spojrzenie do paczki od Aishy i wyciągnęłam tego zawodnika. Mleczna czekolada, pralina, ciasto i orzechy – co mogło pójść źle?


Smak: zapach tej czekolady jest specyficzny, trudno mi go określić. Ma w sobie coś, co kojarzy się z prażynkami. Może to użycie tłuszczu wpływa na to skojarzenie? Tabliczka jest bardzo miękka, wręcz rozpuszcza się w palcach. Nie ma szans by podzielić tą czekoladę na warstwy, jest za bardzo miękka i spójna.   I właśnie pierwszą myślą, która pojawia się po włożeniu kawałka do ust jest to, że czekolada jest bardzo miękka, taka musowata.  Kostka się rozpuszcza bagienkowo, niemal zalepiająco.
Słodycz jest silna, ale jeszcze nie przesilona, aczkolwiek blisko jej do tego. Przede wszystkim czuć smak  orzechowej praliny. Silny posmak orzechów laskowych, masła i kakao nie może nie smakować. Przypomina to nieco jedzenie bardziej orzechowej Nutelli w postaci musu. Sami rozumiecie, że  nie ma tu się czego doszukiwać kakaowej cierpkości, to czekolada zbliżona smakiem do niemieckiej Milki. Ma ten sam głęboki mleczny posmak i prostą dziecinną słodycz.

Kawałki orzechów są jak zawsze mile widziane. Tym bardziej jak są to całe orzechy. Nie ma ich tak dużo jak w Nussbeisser  ale to jest akurat zaleta. Można się skupić się czekoladzie, a nie tylko na orzechach. A te są świetne. Nieco goryczkowate, jednak jednocześnie posiadają ten delikatny drzewno-słodki posmak. Poza tym są idealnie chrupkie. A jak jesteśmy już przy chrupkości to nie mogę nie wspomnieć o dodatku ciasta francuskiego. Zapewne każdy wie jak to jest, kiedy po zjedzeniu wypieku z ciasta francuskiego na talerzyku/blacie/stole/ubraniu  pozostały mniejsze i większe kawałki płatów. W końcu ciasto francuskie jest diabelnie delikatne i  obsypujące się przy najlżejszym dotyku. I te właśnie płatki są obecne w tej czekoladzie. Tylko takie chrupkie, jakby jeszcze zostały podprażone na głębokim oleju. Smaku za bardzo nie mają, jedak tak po prawdzie nawet się tego nie spodziewałam.

Chciałam milusią, łagodną i nieskomplikowaną czekoladę i ją dostałam. Do czego by ją porównać? Wyobraźcie sobie mix mlecznej Bellarom z pralinową Ritter Sport plus wrzućcie do środka trochę orzechów z Nussbeisera i otrzymacie tą czekoladę. Inaczej mówiąc jest świetna. Dziwny początkowy zapach zupełnie nie miał odzwierciedlenia w smaku. Cote D’Or coraz bardziej u mnie plusuje. Stworzyli produkt jednocześnie łagodny jak i intensywny w smaku.  Uważam tylko, że dodatek feuillete był zupełnie niepotrzebny i przekombinowany.
Ocena:9/10:
Kaloryczność: 100g/550kcal, 30g/164kcal
Gdzie kupiłam: dostałam
Cena: jak wyżej

Osoby, które recenzowały Monte, pochwalcie się ile komentarskiego SPAMu ostatnio dostaliście. Miałam tydzień bycia miłą, więc 10 opinii opublikowałam, ale teraz bezwzględnie usuwam. Nawet nie chce mi się tego czytać.
Pa

24.02.2016

Zotter Namaste India



Gdyby Wedel się postarał

Nie lubię prosić! Słowa „Kup mi to” nawet w dzieciństwie nie chciały mi przejść przez gardło. Do tej pory wolę posługiwać się aluzjami, znaczącymi spojrzeniami i przypadkowymi postojami przy odpowiednich półkach sklepowych w nadziei, że to wystarczająco jasny przekaz, że chciałabym to dostać.  Myśl, że miałabym pierwsza napisać do firmy z propozycją współpracy również napawa mnie zgrozą. Raz tak zrobiłam, a ostateczna odpowiedź była tak, że tylko utwierdziłam się w niepisaniu do firm. Z tego też powodu jak ktoś sam się pofatyguje i pierwszy do mnie napisze jest to dla mnie powód radości i miłego oczekiwania. Sklep Scrummy nie muszę chyba przedstawiać, co nie?

Zotter Namaste India, Białą karmelowa czekolada wypełniona kremem kakaowym z indyjskimi przyprawami (zawiera alkohol). O wyniku nieoficjalnego głosowania przesądził jeden głos. W poniedziałek rano przeliczyłam głosy i wyszło, że za tym by najpierw pojawił się Zotter były 4 osoby (właściwie pięć, ale Pandy liczyłam jako jeden głos), za Magnumem były 3, więc tej tabliczki też można się niedługo spodziewać.  Teraz czas na kolejne indyjskie spotkanie z Zotterem.  Wprawdzie dodatek alkoholu mógł mnie nieco zniechęcić, ale wszelkie wątpliwości uleciały gdy pomyślałam o przyprawach korzennych. A do tych mam słabość. Tu dodam, że w poniedziałek mocno przemokłam. Do tego stopnia, że musiałam zmienić każdą część garderoby (każdą *znaczące spojrzenie*), a wyciśnięcie skarpetek skończyło się małą Niagarą. Musiałam się więc pocieszyć i rozgrzać indyjskimi smakami.

Smak: pamiętacie najbardziej udaną czekoladę Wedla?  Pyszną biało-karmelową Karmellove? Na pewno pamiętacie. Basia opisała wierzchnią warstwę tego Zottera jako lepsza wersję wedlowskiej karmelki. I nie mogę się z tym nie zgodzić! Dzięki porządnej grubości nie trzeba było się męczyć żeby wyczuć jej smak.  Jest słodycz, zrównoważona, znacznie mniejsza od Karmellove. Ale jest tez mocny smak palonego cukru wymieszanego ze śmietanką. Idealny karmelowy smak! Nieprzesłodzony i taki „milusi”. Gładko rozpuszczający się w ustach, niczym podgrzane mleko skondensowane. A to co było pod tą warstwą było tylko lepsze.

Białe nadzienie to kokosowy nugat. Jak sami możecie zobaczyć na zdjęciu przeważa nad ciemnym kremem. Wygląda niczym pianka, jak mus, ale bardziej przypomina średnio gęsty krem, ani zbity, ani rzadki. Co do smaku to jest jednocześnie słodki i kwaśny. Słodki od mleka, słodki od kokosowego akcentu. Zaś kwasek jest taki odświeżający, owocowy. Jakbym piła mieszanką soku cytrynowego z ananasem. I dzięki temu kwasku nugat nabrał bardziej tropikalnego i odświeżającego charakteru. Nie był „tylko” kokosowy, był wielowymiarowy.  Zatopione w środku wiórki kokosowe były porządne, nie czuć było zatęchłego smaku wilgotnych, starych wiórek leżących w szafie od zeszłej Wielkanocy. Zdecydowanie na plus.

Ostatnia, najcieńsza warstwa to krem kakaowy. I to w nim czai się zarówno alkohol jak i przyprawy.  Możecie na tym  zobaczyć, że tabliczki Zottera się różnią nawet w obrębie jednego smaku. U Basi przyprawy były w warstwie nugatu, zaś u mnie i u Kimiko były wyczuwalne właśnie w ciemnym kremie. Pierwsze co poczułam to palącą ostrość. Nie na tyle żebym rozglądała się za wodą, ale na tyle bym zrezygnowała z pomysłu poczęstowania matki (która za ostrym nie przepada). Powiedziałabym, że to chili i imbir dają popalić, aczkolwiek dało się w tym także wyczuć alkoholowe palenie. Szczęśliwie dla mnie brandy nie była mocno wyczuwalna. Dawała jedynie efekt rozgrzewający. Za to przyprawy korzenne dały moc. Zdecydowanie kardamon i kolendra szalały w tej warstwie tłumiąc nieco posmak kakao, wanilii i cynamonu. To nie był smak łagodnego piernika, to było ostre szaleństwo, niemalże wytrawne przez posmak kolendry. Szczególnie, że słodycz była na poziomie delikatnym.

Zachwycająca! Tym jednym słowem mogę podsumować całą tabliczkę. Strasznie dużo się w niej działo. Niebiańsko słodka karmelowa czekolada, piekielna i charakterna warstwa kremu kakaowego, a między nimi słodko-kwaskowaty, orzeźwiający kokosowy nugat. Pomieszane z poplątanym jednak w ostatecznym rachunku mogę powiedzieć, że była świetna. Szczególnie dla osób kochających korzenne przyprawy. Tak rozgrzała, że przeziębienie mi nie straszne.
Ocena: 10/10
Kaloryczność:100g/473kcal
Gdzie kupiłam: dostałam (Scrummy)
Cena: jak wyżej

Swoją drogą to muszę ustalić jakiś rozsądny „rozkład jazdy”, bo inaczej do następnego roku się nie wyrobię z francuskimi słodyczami.
Pa

21.02.2016

SuroVital, Cocoa, Czekolada klasycznie gorzka

Surowa czekolada i ja


Tu miałam dać wpis wylewający żółć, jad i frustrację z powodu kampanii Activia. Ale zdecydowałam, że szkoda życia, na tworzenie elaboratów czemu, po napisaniu ostatecznego raportu, mam zamiar usunąć swoje konto ze Streetcom. Do wtorku byłam zadowolona z kampanii, ale po wtorkowych telefonach zdanie zmieniłam. Powiem jedno: jeżeli macie bloga i zechcecie recenzować na nim produkty otrzymane z kampanii ambasadorskiej ze strony typu Streetcom, to lepiej żebyście rzygali tęczą, bo inaczej będziecie musieli tłumaczyć się (2 razy) ze swego stylu pisania. Ponieważ dość wysokie oceny nie świadczą o tym, że jest się zadowolonym z produktu. Yhym. Dlatego jestem zadowolona ze współpracy ze sklepem Scrummy, gdyż wiem, że oni nie będą w żaden sposób wpływać na to w jaki sposób opisuję produkty (które pokazałam tu)
A zanim zacznę recenzować słodycze Scrummy, to pozwolę sobie zacząć od czekolady, którą od dnia kupna oglądałam z zaciekawieniem.


SuroVital, COCOA Czekolada klasycznie gorzka. Inaczej mówiąc moich przygód z "gorzkimi" czekoladami część kolejna. Dla ciekawych co mnie podkusiło, by kupić taki produkt odsyłam do tego wstępu. Czas na przedstawienie gościa, który pojawił się tu po raz pierwszy, ale na pewno nie ostatni. Otóż SuroVital jest marką polską, co mnie niezwykle cieszy. Z tego co wyczytałam są jak najbardziej za żywnością raw, czyli takiej nie poddanej działaniom wysokiej temperatury i nie przetworzonej.W ich wypadku konszowanie czekolady odbywa się w temperaturze do 45 stop.C. Ich produkty nie zawierają środków barwiących i konserwantów oraz są wegańskie, co widać na jakże krótkim składzie. Korzystają z kakao odmiany Criollo, które pochodzi z ekologicznych upraw z Peru, z okolic Machu Picchu. O charakterystyce tej odmiany kakao odsyłam tu , zaś aby zobaczyć cały asortyment tej firmy odsyłam tu. Osobiście wolałam najpierw spróbować czystej czekolady, bez dodatków, by sprawdzić, czy ta będzie mi smakować. Będzie?


Smak:  zgrabne kostki są opakowane w grubą folię, która nie dała się rozerwać. Degustacja musiała poczekać, aż znajdę nożyczki. Po otwarciu, jak zwykle, przybliżyłam nos to tabliczki. Zapach jest upajający! Taki głęboki, słodko-kwaśny kojarzący się z chlebem na zakwasie posypanym warstwą kakao.

Czekolada jest gruba, twarda i ciężko było ją przełamać. Ale ja jestem bardziej uparta niż twarda czekolada, głośny trzask i miałam kostkę. Rozpuszcza się opornie, ale jak już zaczęła to zaczęło się robić przyjemnie. Pierwsza myśl: mocna czarna kawa z kapką mleka. Jest tak delikatnie goryczkowata ale z nutą łagodności, takim mlecznym akcentem. Kwasek jest tak subtelny, że tylko delikatnie muska kubki smakowe. Nie jest to kwasek owocowy, bardziej przypomina porządny razowy chleb.

Obok wysuszającej usta goryczy kakao idzie słodycz, pochodząca od cukru z palmy kokosowej. Dzięki temu czekolada wydaje się bardzo przystępna, nawet dla takiej osoby jak ja. Ilość tej substancji słodzącej jest doskonale przemyślana. Nie zasładza, nie dominuje nad goryczą, ale doskonale ją uzupełnia. Daje też łagodne wrażenie karmelowości. A może to zasługa samego kakao?  Pod koniec pojawia się element smakowy, który skojarzył mi się z korą drzewa przesiąkniętą dymem tytoniowym. Przyjemne, aczkolwiek zaskakujące. Po wszystkim, jak cała kostka już się rozpuściła,  w ustach pozostał mi posmak... maślanki.

Spodziewałam się, że ta czekolada będzie wyzwaniem. Myślałam, że surowa czekolada będzie dzika, pełna ostrych smaków, mało przystępna. A okazało się, że było wręcz odwrotnie. To kolejna 70%, która mnie zachwyciła! Owszem, ma lekkiego pazura w postaci wyczuwalnego goryczki, ale dodatek cukru sprawia, że czekolada nabiera łagodności. Poza tym samo kakao nie jest jakieś strasznie kwaśne czy cierpkie. To nie jest produkt Menakao, który mnie zarówno zachwycił jak i przeraził. Tutaj mnie tylko zachwycił. Więc mogę napisać, że czekolada Cocoa jest warta swej ceny, a ekipa SuroVital spisała się na medal. Będę polować na kolejne sztuki.

Ocena: 10/10
Kaloryczność:100g/583kcal
Gdzie kupiłam: Zdrowa Spiżarnia (czekolada jest dostępna w eko-sklepach i w PiP)
Cena:około 10zł

Dla przypomnienia całe tabliczki recenzowały także Pandy Basia, Kimiko i Zofija.

17.02.2016

Kinder Delice Kokos

 Spocony kokos

O jakich właściwie słodyczach pisać? Czy skupić się na produktach łatwo dostępnych dla wszystkich mieszkających w Polsce? Pójść ścieżką eko-wege-bio słodyczy i zacząć częściej wsuwać batony raw? Rozwijać swój czekoladoholizm i wydawać majątek na Prawdziwe Czekolady? A może frustrować czytelników recenzjami zagranicznych produktów? Od samego początku bloga zakładałam, że będę recenzować wszystko, więc na jednej kategorii się nie skupię. Jednak, przez treść jednego komentarza zaczęłam się zastanawiać: czy abym nie zaniedbała trochę słodycze proste, tanie i powszechne? Dlatego też w niedziele z narastającą frustracją maszerowałam wte i wewte przed półką w dziale słodyczowym. A moje zmagania by znaleźć coś co mnie zainteresuje z cierpliwością obserwowała mamuśka, która zaproponowała, że "coś" mi zasponsoruje. W głowie tysiące myśli. A to, że Społem to jednak badziewny sklep, że trzeba było zajść do PiP, że ochroniarz się gapi wręcz bezczelnie, to jadłam, to też, to było wstrętne, a to.... Hmmm, tego na pewno nie opisywałam. Ruch ręką i znowu marsz, tym razem do kasy.

Kinder Delice Kokos, kakaowy biszkopt z mlecznym i kokosowym nadzieniem. Hmm, byłam święcie przekonana, że już ktoś recenzję tego batona/ciacha/whatever napisał. A tu gucio, nie mogę znaleźć. Możecie wstawić w komentarzu linki, które przegapiłam na temat tego kokosowego Kindera, wstawię do wpisu. Jaki Kinder jest każdy widzi. Wprawdzie Mleczna Kanapka mnie nie zachwyciła, ale to mleczną kanapką nie jest. Główna różnica polega na tym, że tego nie trzeba trzymać w lodówce. Można więc zaryzykować.

Smak: obślizgły i spocony - ile osób uznałoby to za pozytywną rzecz jeżeli chodzi o baton, jedzenie, cokolwiek!? Nawet opakowanie w środku jest wilgotne i takie fuj. Z duszą drżącą ze wstrętu chwyciłam za lepki, niczym spocona dłoń, produkt.

Biszkopt jak sami możecie zobaczyć jest okryty czekoladową polewa. Jak na polewę jest dość standardowa, słodka, nieco kakaowa i taka nijaka. Smakuje niczym tania polewa zrobiona z kakao, cukru i margaryny. Owszem, smakuje, ale batony Mars mają ją lepszą. Na plus idą wiórki kokosowe, które nadają polewie nieco charakteru. Sprawiają, że ta powłoka smakuje nieco jak kokosanki,. Ale uwaga, tylko w miejscach gdzie są wiórki, czyli nie wszędzie. Całość wali nieco spirytusem.

Biszkopt ku mojemu zdziwieniu jest suchy. Spodziewałam się mocno nasączonego wypieku biorąc pod uwagę, że całość wali spirytusem (którego w składzie jednak nie ma, ale go czuć). Jest też nieco za słodki jeżeli idzie o biszkopt, a także nieco twardy, Twardy biszkopt, tego jeszcze nie grali. Zdecydowanie lekką chmurką tego bym nie nazwała.

Krem między dwoma biszkoptami jest przede wszystkim tłusty. Słodycz? Na umiarkowanym poziomie. Przede wszystkim  jest mleczny. Kawałki kokosa, które co raz chrzęściły pod zębami dały zaskakująco mało smaku. Znaczy owszem, czuć kokosowy posmak, ale nie tyle ile można było oczekiwać. Ogólnie jest to nieco rozczarowujące.

Powiem tak,  poszczególne elementy były nijakie, ale razem już dość dobrze smakowały. Dało się wyczuć kokos, kakao i mączność biszkoptu, ale dla mnie było to nieco za słodkie przeżycie. Wiem, że niektórzy rodzice traktują to jako słodki zapychacz żeby dzieci się przez chwilę przestały jojczyć o słodkie, ale osobiście dla mnie poziom cukru był ciut za wysoki. Może jeszcze z rok temu bardziej by mi to smakowało, ale teraz jestem bardziej krytyczna. No i ta "spocona"polewa...

Ocena: 7/10
Kaloryczność: 100g/483kcal,  biszkopt/203kcal
Gdzie kupiłam: Społem
Cena: nie ja kupowałam, nie wiem

Dzisiaj powinna być dostawa kolejnych słodyczy do recenzji ;) Zdjęcie zamieszczę na insta.
Pa

14.02.2016

Oreo Milk Choc



A tym razem ciemno

Pomyślcie sobie ile plików tekstowych, muzyki, filmów czy zdjęć przechowujecie w komputerze i nigdzie indziej. Macie jakieś ulubione zakładki w przeglądarce internetowej? Autouzupełnianie hasła? Warte uwagi fanficki czy fanarty, których  pewnie kolejny raz nie znajdziecie w gąszczu fanowskich dzieł? Można więc zrozumieć mój wysoki poziom stresu kiedy, zamiast grzecznie się włączyć, mój komputer nie mógł się zdecydować czy warto odpalić system. Uruchom Windows normalnie? Nie chce. Tryb awaryjny? Spadówa. Tryb awaryjny z dostępem do sieci? Hahaha NIE. Piik, włącza się, pojawia się okno Windows iiiiii cisza, wyłączył się. Znowu piik i znowu nic z tego. I tak po raz kolejny i kolejny i kolejny. Sam z siebie pika i przestaje, ja tylko z drgającą z nerwów powieką obserwowałam rozwój wydarzeń. Z każdym kolejnym piknięciem zastanawiając się, czy już mogę wpaść w histerię czy jeszcze poczekać. Ostatecznie w histerie nie wpadłam, za to wydałam 50 zł żeby ożywić  te pudło. Plus wiszę bratu ciasto za robociznę. Ale wszystko mam z powrotem, łącznie z tą recenzją. 
Oreo

Oreo Milk Choc, kakaowe ciastka Oreo z nadzieniem o smaku waniliowym oblane czekoladą mleczną. Produkt absolutnie niedostępny w polskich sklepach stacjonarnych*, za to we Francji jak najbardziej. I stamtąd przyszło moje pudełko. Jak może pamiętacie już opisywałam wersję z białą czekoladą. Była to chyba najlepsza wersja Oreo jaką jadłam. Więc trzymając te opakowanie byłam pewna jednego: będzie dobrze. Jednak w mojej głowie krążyły myśli pełne niepewności. Czy ten smak dorówna białej? Czy czekolada będzie smakować jak czekolada?  Czy mój tyłek bardzo „spuchnie” po zjedzeniu 12 ciasteczek z których jedno ma 105 kcal? Mogłam się dowiedzieć tylko w jeden  sposób.
*poprawka, podobno dostępny w Auchan i niektórych sklepach PiP
 
Oreo

Smak: jest bardzo kruche, przekrojenie wiązało się z kruszynami i kawałkami czekolady na całym biurku. Zacznę trochę nietradycyjnie, od nadzienia, gdyż podczas przekrajania to cholerstwo odczepiło się od ciastka i wylądowało na moich spodniach. Dobrze, że jest suche, więc żadne plamy nie miały miejsca.  A więc, nadzienie smakuje absolutnie niczym. . Znaczy jest słodkie, słodkie i  słodkie  i może trochę mleczne, ale głównie słodkie. Po prostu jak dla mnie równie dobrze mógłby to być lukier w formie stężałego kremu. Tej części Oreo nie znoszę

Czekolada otulająca ciastko nie jest może najwyższej jakości, ale i tak tego nie oczekiwałam. Słodka, bardzo przypominała coś na wzór mieszanki niemieckiej Milki i amerykańskiego Hersheya. Tłustawa, bardzo słodka i mleczna, ale posiadała tą głębię czekoladowości, która p prostu musi smakować. Dodajmy do tego jeszcze pyszny, suchy, mocno kakaowy i prawie niesłodki herbatnik. Ten element Oreo, w odróżnieniu od nadzienia, mogłabym stale jeść.  Jest po prostu idealny.  Te dwa elementy świetnie połączyły się w jedno, dając wrażenie, że czekolada ma wyższą zawartość kakao niż tylko (przypuszczalnie) 32%.

Oreo
Czy jest to absolutnie idealny wyrób? Nie, nie jest. Już jedno ciasto wali cukrem po kubkach smakowych. Zarówno nadzienie jak i czekolada mają za duży poziom słodyczy. Że już nie wspomnę o tym, że samo nadzienie jest do kitu. Jednak połączenie kakaowego herbatnika  i smacznej mlecznej czekolady jest tak urokliwe w swej prostocie, że nie mogłam dać mniej punktów niż dałam. Jednak mogę powiedzieć, że biała wersja była smaczniejsza.
Ocena: 7,5/10
Kaloryczność: 100g/510kcal, 1ciastko/100 kcal
Gdzie kupiłam: dostałam (paczka od Aishy)
Cena: jak wyżej

Walentynki walentynkami, ale, że żadna marka nie wypuściła na ten czas ciekawej limitki to skandal.
Pa

10.02.2016

Activia Jogurt Naturalny i Truskawka, Malina, Brzoskwinie. Streetcom




A raporty czekają na napisanie

Ed: dano mi do zrozumienia, że mój wpis może zostać odczytany jako negatywna ocena Activii. Otóż informuje, że jako złośliwa bestyja, w zależności od humoru, inwencji twórczej, czy czasu, mogę ironicznie pisać również o produktach, które mi smakują. Posiadam również ograniczone pokłady cierpliwości co do haseł reklamowych i lubię wytykać ich sztampowość i nadmierną poetyckość. Czy to znaczy, że produkt jest badziewny, a ja jestem z niego niezadowolona? Nie. To tylko moja diaboliczna dusza i zamiłowanie do dramatyzowania dochodzi do głosu. Rzekłam.

To uczucie, kiedy po  długim okresie oczekiwania w końcu dostałaś się do jakiejś kampanii spożywczej. To uczucie kiedy się okazało, że musisz zrobić małe przemeblowanie w lodówce by tymczasowe zmieścić 16 opakowań podwójnych jogurtów (czyli w sumie 36 kubeczków). To uczucie kiedy okazało się, że w całym zestawie jest tylko jedno (JEDNO)opakowanie smaku malinowego, za to kilka truskawkowego. To uczucie kiedy z grozą uświadomiłaś sobie, że musisz zjeść choć jeden truskawkowy jogurt. I to uczucie kiedy na maila przyszło ci zawiadomienie, że szykuje się kampania deserów Monte i mogę się zgłosić. Nope, dziękuje, postoję. Nigdy więcej kampanii, która wymaga ode mnie trzymania produktów w lodówce.

Activia. Jogurt Naturalny i Truskawki/ Maliny/ Brzoskwinie. Idealna kompozycja dwóch pysznych warstw – wspaniałych truskawek/delikatnych malin/soczystych brzoskwiń i kremowego jogurtu naturalnego. No cóż, po śliwkowym wariancie miałam nie recenzować pozostałych. Jednak jak już dostałam to  co szkodzi podzielić się wrażeniami. Tu mogłabym przepisać wszystkie informacje, które dostałam  od Streetcom, z ulotki lub z e-przewodnika, ale powiedzmy sobie szczerze: nie jest to nic czego byśmy nie słyszeli wcześniej ze strony Activii. Idealne połączenie… dbać o zdrowie… przyjemność… jogurt bez cukru… bakterie… zdrowe trawienie… codzienna dieta. Jogurty tej marki lubię, ale hasła już nie. Za to owocowe opisy  wywołały uniesienie mojej brwi. Otóż brzoskwinie smakują jak słońce w letni poranek (czyli jak natychmiastowa śmierć, powierzchnia słońca ma około 5500st.C).
Mało intensywny smak słońca
 Maliny jak wspomnienie lata (sztampowo, ale niech będzie) śliwki kojarzą się z trawieniem (no kojarzą, tylko nie wiem chce się myśleć o trawieniu i jego końcowym efekcie w czasie jedzenia), a truskawki… tu widocznie zabrakło inwencji twórczej, gdyż tylko trudno się od nich oderwać (polemizowałabym). Czy jestem złośliwa? Tylko troszkę. Ale zadanie wypełniłam, to co mogłam oddałam w inne paszcze, a to co mi zostało zrecenzowałam. Ambasadorka pełną gębą. Po składy zapraszam na stronę Activii, a po inną recenzję na bloga Szpilki. Dziękuje za uwagę. 

Jogurt naturalny i truskawki: zaczęłam od najbardziej zniechęcającego smaku - truskawkowego. W myśl zasady „lepiej to mieć za sobą”.  Część naturalna jest podobna jak w wersji śliwkowej. Standard. Konsystencja  jest idealna. Ani nie rzadka, ani nie bardzo gęsta, taka kremowa i gładka, bez efektu zatykania przełyku. Posiada delikatną, naturalną słodycz  jednak czuć,  że to kwasek gra pierwsze skrzypce. Co nie znaczy, że ten jogurt jest kwaśny niczym cytryna. O nie, powiedziałabym, że na wadze słodycz-kwasek, kwasek tylko minimalnie jest cięższy od słodyczy. No i ma typowy mleczny posmak, dziwicie się? ta część mogłabym jeść i jeść. Dobra, wdech-wydech, mus owocowy. 
W notatce zapisałam „posiada ohydne obślizgłe  cząstki miękkiej nadgniłej truskawki, które takoż smakują”. Jednak nie sugerujcie się moją niechęcią do truskawkowych produktów. Każdy truskawkowy jogurt, nawet najlepszy, smakuje mi nadgniłą truskawką.  Mnie osobiście cząstki truskawki w kupnych jogurtach nieco obrzydzają, jednak osoba, która nie ma takich uprzedzeń była zadowolona z tego musu, stwierdzając, że się nie znam, bo truskawki są w tym ekstra. Sama mogę przyznać, że część owocowa była delikatnie słodka i mogłaby smakować każdej normalnej osobie. Rany, nawet wiem, że paru osobom ta wersja smakowała. Ale nie mi.. Bo nie lubię truskawek. Na moje szczęście musu zbyt dużo nie było. Za sam jogurt dałabym ocenę wyższą, ale mus ją zaniża. Ocena: 5/10, Kaloryczność:100g/83kcal, 120g/100kcal

Jogurt naturalny i maliny: wersja zdecydowanie bardziej zachęcająca niż poprzednia. Jak widać na zdjęciu przez warstwę jogurtu przebija różowa poświata, która w pozostałych wariantach nie była aż tak obecna. Tu mam wrażenie, że jogurt jest nieco kwaśniejszy niż w śliwce i truskawce. Ale w pozostałych kwestiach przypomina swoich braci. Nie za gęsty, minimalnie słodki, mleczny. A przy tym równie smaczny i "zdrowaśny".o

Za to już wsad owocowy jest słodszy niż w innych wersjach. Teraz znaczniejszy kwasek jogurtu nabiera sensu. Mus malinowy smakuje tak, że nawet na  ślepo wiedziałabym, że to maliny. Czyste, słodziutkie, świeże maliny, zerwane prosto z krzaczka. Kocham ten smak. Owocowy kwasek jest na poziomie minimalnym. W musie pływają strzępki malin i ich pesteczki, co przypuszczalnie może niektórych obrzydzać. Tak jak mnie truskawki. Wszystko ociera się o gusta, bo osobiście gdyby nie recenzja to nawet bym na pestki nie zwróciła uwagę, ponieważ smak jest świetny.Ocena: 8/10 Kaloryczność: 100g/88kcal, 120g/105kcal

Jogurt naturalny i brzoskwinie: ten jogurt, w odróżnieniu od pozostałych, jest bardziej słodki niż kwaśny. Nie wiem czym jest to powodowane. Posiada naturalny kwasek, jednakże smakiem nieco przypominał „naturalnawą” część jogurtu Fantasia. Jest bardziej … śmietankowy od reszty. Czyli jest to gratka dla fanów jogurtów bardziej słodkich niż naturalnych.

Mus owocowy nasuwa skojarzenia z brzoskwiniami w puszce. Nie jest to smak świeżych owoców, bardziej takich przeleżałych w zalewie cukrowej. Co nie znaczy, że nie jest dobry, brzoskwinie w puszce to ja lubię bardzo, bardzo. Tylko uwagę mam taką, że owoce były za słodkie, a miały za mało owocowej  intensywności jak na mój gust. Jednak mogę powiedzieć, iż mimo małej intensywności dało się wyczuć, że są to brzoskwinie.  Ocena: 7/10 Kaloryczność: 100g/89kcal, 120g/107kcal


Podsumowanie jest takie, że najlepszy był wariant śliwkowy, o którym pisałam wcześniej. Na drugim miejscu maliny, które urzekły mnie swoja malinowością, ale zabrakło im pierwiastka urwidupizmu. Potem brzoskwinie, którym zabrakło brzoskwiniowego smaku. Poza podium znalazły się truskawki, co nikogo kto mnie zna nie powinno dziwić. Czy mi smakowało? Owszem, nawet bardzo. 3 były całkiem niezłe. Czy są na tyle dobre żebym miała je kupić? Powiem tak: w tej chwili przejadły mi się, a mój organizm stanowczo zaprotestował przeciw kolejnemu nabiałowi, dając znak, że czas na detoks i odstawienie jogurtów na tą chwilę.  Wracam z podkulonym ogonem do mlek roślinnych. Co ie oznacza, iż już na nie nigdy nie spojrzę. Do Activii mam pewną słabość. Mogę  powiedzieć, że te jogurty są dobrym wyborem dla osób, które chcą zacząć przygodę z naturalnymi jogurtami, ale nadal uwielbiają owocowe warianty. Łagodne w smaku, słodkie, a przy tym smakują "zdrowo"
Pa