17.12.2016

Campbells, Ginger and Sicilian Lemon Scottish Pure Butter Cookies



Co się kryję pod kiltem?

Niczym Batman v Superman, niczym Team Captain vs Team Iron Man czy Bugs Bunny vs Duffy Duck mój rozsądek ponownie musiał walczyć z sercem. Przytłoczona bitwą nad Somną szalejącą w moim jestestwie stałam jak ten kołek i wlepiałam wzrok w puszkę ciastek. Ciastka jak ciastka, niczym interesującym się nie wyróżniały, za to cena – jak to produkt zagraniczny – powalała swoją wysokością i totalnym nieprzystosowaniem do polskich warunków finansowych.  Jednak bitwa domowa toczyła się nie o słodycze, lecz o samą puszkę! Podczas gdy rozsądek wskazywał, że wydanie ponad 30 zł za blaszane pudełko z „meh” ciastkami jest głupotą ponad stan, serce wyło, iż przecie KOTY!!!  KOTY, KOTKI, KOTECZKI, ubrane w szkockie kilty, tańczące przy dźwiękach kobzy! Koty tańczące nie kilty. I chociaż serce wyło rozsądek zwyciężył, dodając przy tym uspakajająco, że może gdzieś znajdzie się podobne pudło – tańsze. Jednak żeby nie serce nie pękło kompletnie z tej rozpaczy wzięłam na pocieszenie inne ciastka. Tak na marginesie dziwne, że moje skamienienie przy półce nie zainteresowało ochrony. Nie żeby było mi źle z tego powodu.



Campbells, Ginger and Sicilian Lemon Scottish Pure Butter Cookies. Jakby nie patrzeć – ciastka maślane tylko, że z imbirem I cytryną. Jeżeli tak jak ja macie lekkiego fioła na punkcie wysp brytyjskich zapewne słyszeliście zarówno o marce Campbells (nie, to nie ci od zupy w puszcze )jak i o tradycyjnych ciastkach „shortbread”. Wprawdzie ja tych ciastek nie mam, ale Campbells podobno słynie z dobrych shortbread*. Nie wiem, nie próbowałam, nie mi to ocenić. Jednak na opakowaniu chwalą się, iż wszystkie produkty są wytwarzane z najlepszych składników. No i kurcze, patrząc na skład nie mogę się za bardzo przyczepić. I dzięki za to bogom pradawnym Allegro i Bagińskiego, bo mimo wszystko wydałam na to 7 zł. Swoją drogą Szkoci wiedzą jak zrobić ładne opakowania (ale bez kotków *sad face*). Ze wszystkich dostępnych w sklepie maślanek ta wersja była najciekawsza, bo powiedzmy szczerze, wydając tyle kasy to chcę dostać coś lepszego niż zwykłe słodkie ciastka o smaku masła i cukru. Jak szaleć to szaleć.
*według internetów jest różnica między ciastkami maślanymi a shortbread. Głównie w ilości cukru i temperaturze pieczenia

Smak: ciastko jest twarde i zwarte. Nie kruszy się, nie rozwala i nie łamię się pod naporem dorosłych obowiązków. Przy czym nie jest suche w dotyku. Pozostawia na palcach delikatna tłustą warstewkę, jednak nie można w żadnym wypadku nazwać je nasączonymi tłuszczem jak włosy po kilku godzinach pracy w  tanim fast-foodzie.  Zapach ciastek jest bardzo przyjemny. Nieco maślany, delikatnie słodki i naturalnie cytrynowy.

Mimo twardości nie ma problemów z przełamaniem bryłki. Pod naporem zębów wszystko zamienia się w wilgotny piasek na plaży tylko, że bez szkła po butelkach, ludzkich (i nie tylko) odpadów biologicznych i rybiego zapachu. Jest przyjemnie słodko, lecz nie w sposób przesadzony, cukier jest tu na poziomie minimalnym. To co przeważa w smaku to masło. I wiem, że dla osób nielubiących tego tłuszczu będzie to wada, jednak mi to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie. W tle zaś przebijała cytrynowa nuta, która niczym nie przypominała aromatu różnorakich detergentów. Była to cytryna zachwycająca prawdziwością.

I byłaby zasłużona 10, bo  ilość cukru, konsystencja i smak – to wszystko było zachwycające, ale zabrakło tu pewnego elementu, który miał być: imbiru. Wprawdzie raz czy dwa miałam wrażenie, że coś miękkiego się plątało podczas gryzienia, ale smaku imbiru jako takiego nie wyczułam. Szkoda, bo to mogło być interesujące. Podsumowując Lubicie masło? Możecie ryzykować, nie lubicie – unikajcie. Gdyż nazwa „butter cookies” do czegoś zobowiązuje.

Na sam koniec dodam, że jeżeli kiedykolwiek zahaczę o WB to dokonam zapasów ciastek typowo wyspiarskich. Przeglądam teraz ofertę marki Walkers i się ślinię do monitora. Opakowania do mnie wołają.
Ocena: 8/10
Kaloryczność:100g/489kcal
Gdzie kupiłam: Piotr i Paweł
Cena:7-8zł

Nie wiem jak w innych miastach, ale muszę pochwalić Douglas w Alfie. Skoro ja w czasie sobotniego szaleństwa odbyłam miłą pogawędkę ze sprzedawczynią i dostałam fajne próbki to o czymś świadczy. Podczas gdy wizyty w Sephorze wciąż kończą się zimnymi potami ze stresu, łokciami trzymanymi blisko ciała (jeszcze bym coś strąciła!!!) i unikaniem oceniającego spojrzenia konsultantek. Dobrze, że prezenty mam już za sobą.

Pa

21 komentarzy:

  1. uwielbiam takie ciacha ;) mam teraz pod domem Piotra i Pawła,więc będę szukać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozejrzyj się, ale przygotuj się, że one do tanich nie należą. :)

      Usuń
  2. Ciastka wyglądają smacznie, ale nie widze w nich nic takiego co skłoniłoby mnie do zakupu - wolę inne jedzenie chyba :D

    A co do Douglasa to też wolę go od Sephory :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedynie moja obsesja skłoniła mnie do zakupu, o tak to rzeczywiście nie zachęcają :)

      Usuń
  3. Uwielbiamy masełko a maślane ciastka to już w ogóle <3 Skoro nie czuć tutaj sztucznej cytryny to jest mega plus :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak naturalna jak w domowym cieście :D

      Usuń
  4. Ciastka maślane? Meh. Tylko czekoladowe u mnie, najlepiej te z Tygodnia Brytyjskiego w Lidlu. Przy okazji, jestem oburzona na sklep Biedronka: ledwo co mi zasmakowały M&M's z ciemną czekoladą i już ich nie ma?! Domagam się powrotu!!!

    Mam zupełnie odwrotne doświadczenia z siecią Douglas. Poszłam na darmową lekcję makijażu (żeby w końcu przestać wyglądać na lat 16) a kobieta powiedziała że mam cudowną cerę i w ogóle nie powinnam się malować. "Za 20 lat to pani doceni". Absolutnie żadnych podkładów bo za ciężkie, żadnych kresek bo za ciężkie, tylko krem nawilżający, lekki puder i błyszczyk. "Ale ja tak właśnie robię i wyglądam na 16 lat. Chcę wyglądać na przynajmniej osobę która jest na studiach!" "Ale po co to pani? Zacznie pani teraz chodzić z ciężkim makijażem a za 15 lat nie będzie pani mogła wyjść bez niego z domu bo twarz taka zniszczona. Póki pani może, niech się nie maluje bo nie ma po co". Rozumiem że sprzedawczyni pewnie z doświadczenia to mówiła (kilogram tapety na twarzy) ale przez to nic w sklepie nie kupiłam a założenie tych darmowych lekcji zdaje się że miało być takie by dopasować do klienta pasujące kosmetyki i by klient je kupił? Przecież jakiś zysk z tych lekcji musiał dla sklepu być. A teraz sprzedawczyni na mnie nic nie zarobiła a ja się zirytowałam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam pojęcia co teraz jest w Biedronkach i Lidlach, bo te tłumy mnie odstraszają. Czego tak się ludzie do tych sklepów rzucili to nie wiem. :D
      Trochę pani niedoinformowana, bo teraz kosmetyki nie niszczą tak cery jak te dawniejsze. Dziwne, że nie chciała zwiększyć swojej sprzedaży. Ale w jednym muszę ją obronić: z tego co wiem to makijaż jest odgórnie narzucony. Znaczy konsultantki muszą się tak malować do pracy jak im góra każe.
      A jeśli nadal szukasz "lekcji" to polecam YT. Karolina Zientek, a z zagranicznych Lisa Eldridge - do tych dwóch mam zaufanie. Jest jeszcze RLM, ale nie mogę przełknąć jej sposobu mówienia jak do przedszkolaków.

      Usuń
  5. Aż dziwne, że przy 10% dodatku imbirowego, go nie czuć. Anyway, jadłabym!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może za bardzo przetworzyli imbir i stracił on większość smaku.

      Usuń
  6. Każdy powód do zakupu jest dobry, ja czasem daję się ponieść fanaberii. A ciastka niestety zupełnie nie dla mnie. Przyjaciel przywiózł mi z W.B. herbatniki imbirowe Fox's, nie byłam jednak w stanie ich jeść i po dwóch sztukach oddałam resztę koleżance. Imbir - niet.

    PS Ja się czuję źle dokładnie we wszystkich drogeriach i perfumeriach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to te mogłyby ci jednak przypaść do gustu, imbir jak dla mnie był niewyczuwalny :D
      Nawet w Rossmannie? Od kiedy ochroniarze przestali w nim chodzić za klientkami krok w krok przyjemność z zakupów u mnie wzrosła.

      Usuń
  7. O nie, zdecydowanie nie moje klimaty ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, że imbir odstrasza :)

      Usuń
  8. Imbir łączyłem w pomarańczą (w daniu), ale nigdy nie z cytryną. Z masłem też nie, ale to mały szczegół.

    Może nie jestem już ciastkowy, jednak cytrynowy, maślany (rogale z kruszonką!) i przede wszystkim imbirowy, już tak. Z tego co piszesz myślę, że byłbym zadowolony lecz nie powalony. Pewnie gdyby je spłaszczyć i ubić, smak dodatków byłby bardziej wyraźny. Tylko to już nie byłyby kruchulce ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Imbir cytryna i gorąca woda to napój idealny na chorobę <3 parę razy próbowała i świetnie rozgrzewa.
      Albo mogli dać szczyptę przypraw, żeby zachować kształt :D

      Usuń
  9. Jak można nie kochać maślanych ciasteczek, no nie ma szaaaans. To porównywalne dobro do do chałki posmarowanej masłem na grubość 4cm. A jeszcze do tego wiadro mleka i ja mogę umierać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Narobiłaś mi ochoty na chałkę z kakao <3

      Usuń
  10. Coś mi dziś i druga kawa nie pomogła, bo dalej nie rozumiem wstępu. Jakie koty? Gdzie? xD

    Ciekawa jestem, czy ciastka posmakowałyby mi, skoro lubię ciastka maślane, ale samego masła wręcz nienawidzę. Może nie przekroczyły jeszcze granicy maślaności, jaką dopuszczam? Hm, szkoda tego imbiru, rzeczywiście.

    Douglasa omijam, bo nie lubię sklepów z kosmetykami, chociaż... tam przynajmniej Litwinów nie ma (naprawdę nie rozumiem sensu brania czterech ogromnych kartonów z truskawkową Gratką). :>

    OdpowiedzUsuń
  11. Odpowiedzi
    1. Dla wszystkich fanów maślanych ciasteczek :D

      Usuń

Włączyłam moderację komentarzy, dzięki temu nie powinno już być weryfikacji obrazkowej.