30.12.2015

Nestle, Baton Bros



Bros before ho…. nieważne

Myślałam czy czasem nie zrobić posumowanie roku. Wiecie, słodycze z najlepszą oceną, najbardziej niesmaczne słodycze, produkty zasługujący na miano „wypierdek szatana” itp., itd. Ale po chwili sobie uświadomiłam, że to by wymagało większego nakładu pracy niż miałam na to ochotę. Znaczy nie wzięłam dwóch dni wolnego od pisania artykułów, by pisać blogową epopeję. Więc krótko: z całą pewnością  mogę powiedzieć, że dla mnie największym odkryciem 2015 roku były czekolady Zottera. A co skradło wasze serca w przemijającym roku?

Bros, napowietrzony batonik czekoladowy. A może bąbelkowa mini czekoladka? Nie mam polskich napisów, więc tylko zgaduję. A zresztą, nieważne. Jak produkt wygląda sami widzicie. Właściwie to przypomina dostępny w Polsce Aero. Mam tylko nadzieję, że będzie smaczniejszy.
Jak możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej baton składa się z 6 zgrabnych czekoladowych kostek. A w środku każdej czekoladowej kostki jest powietrze napowietrzona czekolada. Zanim zaczniecie kręcić nosem na powietrze w czekoladzie to pragnę tylko was poinformować,  że wybrałam ten produkt specjalnie. Nadal  nie za bardzo mam ochotę na pełnowartościową tabliczkę. 

Smak: czekolada wierzchnia jest bardzo cieniutka, a jako, że nie różni się smakiem od napowietrzonego środka, to nie będę się na niej za bardzo skupiać. Po prostu jest  dobrze rozpuszczająco się w ustach czekoladą i tyle. Gdyby nie struktura to bym nie byłą w stanie odróżnić jej od „nadzienia”.

 Środek ma tą specyficzną twardo-kruchość. Wiecie, taką typową dla bąbelkowych czekolad. Mleczna, naprawdę bardzo mleczna. Taka nieco w stylu Cadbury, ale nie do końca.  Cukru nie pożałowano. Przypuszczam, że jakby to było w formie całej tabliczki to bym nie dała rady jej zjeść.  Taka niewielka  w końcu ilość i tak sięga granic przesłodzenia. Nie ma w tym smaku prawdziwego kakao. Jest to bardziej  prosta milkowa, nieco tłustawa czekoladowość.

Krótko bo krótko, ale tu naprawdę nie ma co się rozpisywać. Jest to po prostu bardzo słodka, prosta mleczna czekolada. Jedyną atrakcją może być napowietrzenie, ale tak szczerze pisząc to mnie to już nie jara. Taki smaczny batonik na szybko.
Ocena: 7/10
Kaloryczność: 100g/554kcal, 24g/133kcal
Gdzie kupiłam: dostałam
Cena: jak wyżej

Praliny Lindor (te zwykle mleczne kulki) się zepsuły, smakują jak słodka margaryna :(. Nie dałam rady zjeść, oddałam.
Zotter będzie w niedziele.
Pa

27.12.2015

Activia, Jogurt Naturalny i śliwki



Aktywne DIY

- Miałaś nie kupować niczego w grudniu
- Wiem mózgu, ale to jest dobre!
- Tak wygląda twoje oszczędzanie?
- Mózgu, mam trochę oszczędności, czasami mogę sobie pozwolić na…
- MAŁO!!!  Nie starczy !!! A jak trzeba będzie zwiewać z kraju??? Odłóż te czekolady!
- !!!!!!

Ktoś obserwując mnie mógłby pomyśleć, że spokojnie czytam skład czekolad. Ktoś by się pomylił. W mojej głowie odbywał się ekwiwalent rozbijania talerzy o ścianę, wypominania nieopuszczonej deski klozetowej, tego, że od miesięcy nie można się doprosić naprawienia cieknącego kranu i w ogóle wyprowadzam się do mamy!!! Ty zwisie męski!  Inaczej mówiąc odbywałam mentalną bitwę zakupową z własnym mózgiem, który protestował przeciwko zakupowi trzech drogich tabliczek. Ostatecznie doszliśmy do kompromisu: kupiłam tylko jedną tabliczkę.  I chociaż przy płaceniu nadal coś tam burczało, że lepiej bym kupiła nowe spodnie, to mogłam to zignorować na rzecz poinformowania sprzedawczyni, że owszem, wiem, że to będzie pyszne. W końcu to Zotter.
Aleee jeżeli spodziewaliście się, że ten wstęp oznacza recenzję Zottera to hahaha , ale nie. Po świętach i kilogramach cukierków czekoladowych ostatnie na co mam ochotę to czekolada ( i sałatka jarzynowa, help). Wstęp napisałam, bo mnie taka wena strzeliła po pysku. Z lewa i prawa i poprawiła kopniakiem w zad. Tak więc zamiast Zottera jogurt.

Activia, Jogurt Naturalny i śliwki. Jest i po dłuższej przerwie jogurt. Muszę przyznać, że mam pewną słabość do Activii. Nie wierzę w te ich marketingowe gadki  o płaskim brzuchu, ale jogurty mi smakują. Jednym z powodów dla których nie mam zapasu Activii w lodówce to chęć ciekawość innych produktów. Co razem z moja nietolerancją na produkty nabiałowe i racjonowanie tychże sprawia, że rzadko kiedy jem  kobiece odnóże Danone.  Jednak na widok nowych jogurtów me serce zabiło gwałtownie, a ręce, bez udziału głowy, wsadziły mały dwupak do koszyka. Mózg nie protestował, bo to nie ja płaciłam. 

Zamiast znanej wersji już wymieszanego jogurtu owocowego, w kubeczku mamy część naturalną, a na samym spodzie część owocową. Trza samemu mieszać. Hej, w końcu DIY jest nadal modne! Dostępne są 4 smaki: malinowy, śliwkowy, brzoskwiniowy i truskawkowy. Mogę powiedzieć że malinowy jest bardzo dobry, ale dzisiaj skupię się na śliwkowym. Jeżeli  zaś chcecie  znać inny punkt widzenia na temat tego akurat smaku, to polecam wam blog Szpilki, która niedawno opisała zarówno malinowy jak i śliwkowy.


Smak:  wrażenia z pierwszego niucha -  czuć wyraźnie kwaskowato-jogurtową nutę, taką naturalną. Śliwek nie czuć. Sam jogurt jest przede wszystkim kwaskowaty. Powiedziałabym, że  zalatuje trochę kefirem. Gładki o przyjemniej konsystencji, ani nie za rzadki, ani nie dławiąco gęsty.  Chyba jednym z powodów dla którego nie jestem fanką homo serków jest ich gęstość. Po prostu nie przepadam ze gęstym nabiałem.  Wracając do jogurtu, posiada on pewną słodycz, ale taką delikatną, naturalnawą.

Wsad śliwkowy, chowający się na samym dnie kubeczka,  składa się ze strzępek śliwek w jakby syropie.  Nie jest mocno słodki, jest wręcz mało słodki. Razem ze słabiutki kwaskiem,  dało się wyczuć smak śliwki, aczkolwiek mógłby być bardziej intensywny.  Strzępki były dość mięsiste, takie jak prawdziwe śliwki.

Po wymieszaniu wszystkiego otrzymamy naturalnie kwaskowaty jogurt o lekkim śliwkowym posmaku  i z subtelną słodyczą. I mogę powiedzieć, że mi bardzo smakowało. Nie mogę jednak powiedzieć czy bardziej mi smakowała malina, czy to. Chyba są na podobnym poziomie w smakowaniu. Wszystko zależy jakie jogurty preferujecie, bardziej słodkie czy bardziej naturalne. Mi typowe słodko-owocowe jogurty już tak nie smakują, więc z przyjemnością zjadłam tą Activię.
Ocena: 8/10
Kaloryczność: 100g/ 86kcal, 120g/103kcal
Gdzie kupiłam: Bi1 (dawne Real)
Cena: powyżej 3 zł

Komuś jeszcze się dni mieszają?
Pa

23.12.2015

Milka Bonbons, Milchcreme mit Haselnussstuckechen



Haselnusssssssssss, pardon. S mi się zacięło

Jako, że stwierdziłam, że nie ma sensu robić jutro dodatkowego życzeniowego wpisu, jak w latach poprzednich, to życzenia będą razem z recenzją. 

 Z okazji świąt wszystkim czytelnikom, niezależnie od wyznania( czy jego braku) życzę spokojnych dni, spędzonych w miłej, radosnej atmosferze, bez zbędnych rodzinnych kłótni. Smacznych potraw, pachnącej choinki i zadowolenia z podarków. I miłego oglądania Kevina samego w domu. A dla osób wierzących, dodatkowo wspaniałych przeżyć duchowych i udanej pasterki.

Milka Bonbons, Milchcreme mit Haselnussstuckechen, czyli praliny Milki w kształcie kul armatnich z nadzieniem z mlecznego kremu i kawałkami orzechów.  Naprawdę bardzo świąteczne słodycze. Samo urocze opakowanie to potwierdza! Tak właściwie to wydaje mi się, że na Wielkanoc było coś podobnego, tylko, że praliny miały kształt jajek. Czy jest to dostępne w Polsce? Całkiem możliwe, nie wiem, ostatnio będąc w sklepach próbuje przechodzić obok działu słodyczowo-świątecznego z zamkniętymi oczami. Powodując przy tym parę kolizji z wózkami, ludźmi i półkami.  Więc nie wiem czy takie praliny są, może wy wiecie? Ja wyciągnęłam ten produkt z francuskiej paczki, więc wiadomo, pewnie i tak będzie lepszy niż to, co sprzedają w Polsce, norma. 

Smak: zapach już potwierdza to co wiedziałam od pierwszego wejrzenia, to będzie lepsze niż wszystkie polskie Milki wzięte razem. To taki mocny mleczno-czekoladowy aromat, taki naprawdę głęboki.
Przepiłowałam kuleczkę (i mój paznokieć) na pół. 

Warstwa czekolady z łatwością daję się po kawałku odczepić od nadzienia. Hmm, smak pasuje do zapachu. Jest mocno mleczny i taki silnie czekoladowy. To mleczna czekolada z moich dziecinnych marzeń. Posiada śmietankowo-maślany akcent, nie tylko w smaku, ale także w konsystencji.. Słodycz jest, ale nie taka jak polskie Milki,. Nie ma śladu przesłodzenia, ani śladu plastiku. Rozpuszcza się w ustach niczym masełko.

Nadzienie, ślicznie biało-żółte nadzienie. I wiecie co?  Rzeczywiście jest mleczne! Nie wierzę, że to piszę, ale: Lindt, ucz się! Tu nie mam żadnych wątpliwości co do smaku, to nadzienie jest mleczne z nutą wanilii. Rany, jakie to dobre. Gładko się rozpuszcza, pozostawiając lekko tłustą powłokę. Tu także nie ma miejsca na przecukrzenie. Wprawdzie jest nieco słodsza od czekolady, ale i tak nie przekroczyła tej cienkiej granicy. Jedynie kawałki orzechów nieco zawiodły. Jest ich tam trochę, to przyznam, ale smaku za bardzo nie dają. Lekko chrupią i nie kaleczą podniebienia, tyle z zalet.

Wiecie, nie spodziewałam się, że to będzie takie dobre. Owszem, jest to prosta słodycz, niewymagająca jakiejś szczególnej analizy, ale kurcze, jest to smaczna prosta słodycz. Gdyby te kulki były w wersji tabliczkowej to pewnie zeżarłabym całą tabliczkę przy jednym posiedzeniu. Trochę żal zmarnowanego potencjału w postaci orzechów, ale  i tak ocena będzie mocna.
Ocena: 9/10
Kaloryczność: 100g/580kcal, 6,3g/37kcal
Gdzie kupiłam: dostałam
Cena: jak wyżej

Jeszcze tylko dziś do pracy i wolne.
Pa

20.12.2015

Vivani, Czekolada gorzka z chili



Kolęda o chili

Jakiś czas temu jęczałam o hałasujących sąsiadach lubujących się w „muzyce” techno-hiphop-discopolową. Na szczęście od  dłuższego czasu żaden odgłos nie odchodzi z tego felernego mieszkania. Jako, że przypuszczam, że ewentualne trupy zaczęły by już gnić i śmierdzieć (a nic nie śmierdzi), to myślę, że cichaczem zwiali. I jest cisza i spokój. Noooo, może względny spokój. Nie mieszkam w pustelni przecież. Jednak ten przypadek wywołał u mnie ostatnio przemyślenia: czy ja czasem nie katuje sąsiada z boku piosenką, którą  obsesyjnie puszczam w kółko? Nie mam wypasionych głośników, nie puszczam jej na full, ale w moim bloku dźwięki przenoszą się z zadziwiającą łatwością.  Szczególnie w łazience. Trochę to krępujące.

 Do sedna, którego nie ma. Dostałam kolejnego świra i katuje wszystkich dookoła jedną piosenką i będą dalej katować aż sama nie zaczną nią rzygać. Skończyła się? No problemo! Play od nowa. Wy też wpadacie w kompulsywne słuchanie jednego utworu?
A jeżeli chcecie wiedzieć jaka to piosenka to proszę. Puszczając ją możecie mieć pewność, że albo ją słucham, albo za chwilę będę słuchać. Chyba, ze puścicie ją w nocy, wtedy śpię.
Vivani Edel Bitter Chili 70 % Cacao, czekolada gorzka chili Bio. Po pysznej białej Viviani było tylko kwestią czasu zanim się skusiłam na kolejną wersję. Tym razem padło na ukochane chilli. Trudno ukryć, że kocham połączenie pysznej czekolady z pikantnością ostrej papryczki. W tym wypadku mamy do czynienia nie z deserowym wyrobem, jak w przypadku Lindta, ale z czystą gorzką czekoladą o bezpiecznej 70 ilości procentowej kakao. Bio kakao tak dodam. Bio kakao z Ekwadoru, co mi żadnej różnicy za bardzo nie robi. Byle była smaczna. Swoją drogą to podobają mi się opakowania Viviani, prosta tekturka, a w środku posrebrzany papierek, który łatwo daje się odwinąć. W odróżnieniu od sreberek zgrzanych razem. 

Smak: po rozwarciu sreberka moich oczom ukazała się brązowo-czerwona tabliczka, o nieco tanim wyglądzie. Ale mi to nie przeszkadza,  wolę proste kostki niż przekombinowane ecie-pecie (na ciebie patrzę Milka!).Zapach? Słodko-kakaowy, na razie nie czuć piekielnej ostrości. Czekolada złamała się z przyjemnym dla ucha trzasku. Tak, zdecydowanie jest twarda , powoli się rozpuszcza. Najpierw usta zaatakowała sucha cierpkość. Nie ma w tym kwasku, jest wręcz delikatnie słodka.

Wśród gładkości czekolady trafił się dziwny, lekko twardawy, mały element, cóż to jest? Achh! I w tym momencie poczułam, pikantność. Najpierw delikatnie szczypie, by po chwili rozpalić małe ognisko. Mały twardy element to płatki chili, które co jakiś czas trafiały się w tej małej kostce. Gdy fala ostrości zeszła na bok, kakao nabrało pewnego specyficznego smaku. Przyjemny, aksamitny, łagodny, może nieco mleczny? I wcale nie cierpki. Z zadziwiającą wręcz słodyczą. Przełknęłam ślinę i AHHHHHH! Ogień, ogień, ogień! Przełyk mi się pali! (I’m hot, Hot damn).To było wręcz agresywne. Podstępne chili uśpiło moją czujność i zaatakowało, jak już mi się wydawało, że straciło na mocy. To była wręcz masochistyczna przyjemność. Stojący obok kubek herbaty w trymiga został opróżniony.

Kojarzycie reklamę Alpen Gold i pytanie, po ilu kostkach się uśmiechniecie? Mogę powiedzieć, że ja zaczęłam się uśmiechać zanim połowa pierwszej kostki rozpuściła się w ustach. To była pikantna doskonałość. Z pewnością nie jest to czekolada dla osób o wrażliwych żołądkach (czoko patrzy w kilku kierunkach i dostaje zeza), wrażliwych na ostrość kubkach smakowych (czoko zerka w stronę  matki*) czy po prostu nielubiących takiego połączenia (czoko zamyka oczy, bo od strzelania spojrzeniami rozbolały ją gałki). 

Mogę powiedzieć, że ta czekolada jest zdecydowanie ostrzejsza niż Excellence i w dodatku smaczniejsza! Pyszna czekolada, ostre chili, moje spuchnięte i zaczerwienione usta glonojada…. Czegoż chcieć więcej? Jeśli zerkniecie na recenzję Basi to zobaczycie, że w ocenie ostrości mamy inne zdanie. Nie wiem czy to skutek różnicy między samymi tabliczkami, czy ja, nie próbując jeszcze wersji z Manufaktury, nie miałam jeszcze prawdziwie ognistej czekolady.  Naprawdę trudno powiedzieć.
*zrób coś miłego, podziel się dobrą czekoladą a zostaniesz oskarżona o terroryzm spożywczy i atak na życie i zdrowie :/

Ocena: 10/10
Kaloryczność:100/591 kcal
Gdzie kupiłam: Zdrowa Spiżarnia (pss, Zottery wróciły)
Cena: około 11zł

Wiecie, że z moich prywatnych, osobiście zakupionych słodyczy zostały mi tylko 2 czekolady i nic innego?  Większość moich zbiorów stanowią produkty francuskie, więc po świętach będę musiała dokupić coś polskiego.
Pa