29.11.2015

Chupa Chups Crazy Dips i Nuttela B-ready



Bądź gotów na szalone maczanie… źle to brzmi

Znowu mogłabym marudzić na dowolny temat. Bogowie wiedzą, że coś by się znalazło. Mogłabym, trochę przez łzy, obśmiać co się teraz dzieje w polityce. Mogłabym też zarzucić temat wspomnień z dzieciństwa. Ale tego nie zrobię, bo nie mam dobrego pomysłu co dokładnie napisać, jakimi słowami. Więc daruje wstęp i gładko przechodzę do produktów z paczki Scrummy.
 Chupa Chups Crazy Dips Cola popping candy +lollipop, Extra Sour Lemon flavour. Lizak o smaku cytrynowym ze strzelającą posypką o smaku coli. Ręka do góry, kto pamięta czas, gdy te lizaki były dostępne w większości sklepów.  Poprawcie mnie jeżeli się mylę, ale te lizaki, popularne w latach 90/00(???) jakiś czas temu zniknęły z polskiego rynku. A szkoda, bo pamiętam jaka to była radocha. Widząc ten produkt  w ofercie sklepu wzięłam go z powodów nostalgicznych. Czy trzeba coś więcej? 

Smak: posypka składa się z dwóch elementów. Z jednej strony mamy słodkie kamyczki o smaku coli, a z drugiej coś na wzór strzelającego kwasku cytrynowego. Już po wysypaniu odrobiny na papier moje ucho wyłapało syczący, cichutki odgłos, który mógłby mi umknąć jakbym hodowała „miodek” w uszach. Ale nie hoduje, więc dobrze wszystko słyszałam.  Głośniej zaczęło strzelać, jak tylko zetknęła się ze śliną. Pyk, pyk, pyk. Czy to cola? Meh, powiedziałabym, że jest to smak waty cukrowej o smaku hop coli. Bardzo dalekim smaku. Te słodkie kamyczki były wręcz trochę rozczarowujące. Za to te kwaśne… ajjj. One były wręcz niepoprawnie kwaśne. To było wręcz masochistyczne. Zauważyłam też, że to właśnie te kwaśne najlepiej „wybuchają”.  

 Co do lizaka to jest on taki sam, jak większość owocowych lizaków. Nie jestem znawczynią lizaków. Ma zdecydowanie cytrynowo-cukrowy posmak oranżady. Taki sztuczno-cytrusowy, ale nie paskudny. Po prostu nieco sztuczny.  Nie czułam potrzeby żeby go pogryźć, a musicie wiedzieć, że jak mi coś bardzo smakuje, to moje zęby szybko idą w ruch. Tu jadłam z pełna obojętnością.  Co do tej strasznej kwaskowości, to jak się lizak zanurzyło w posypce to rzeczywiście było bardzo kwaśno. Prawie nie do wytrzymania. Ostatecznie lizak sobie odpuściłam, a pozostałość posypki wsypałam sobie do gardła. To był błąd. Wyobraźcie sobie coś bardzo kwaśnego strzelające w ustach. No właśnie.

Podsumuję to tak: chyba jestem za stara na takie atrakcje. Było poprawnie, ale lizak trochę mnie zawiódł. Może po prostu spodziewałam  się, że poczuje większą radość podczas strzelania? (bez skojarzeń)Dobre dla dzieci i na tym skończę.
Ocena: 6/10
Kaloryczność:100g/384kcal
Gdzie kupiłam: dostałam Scrummy.pl
Cena: jak wyżej

Nutella B-ready, batonik z kremem Nutella. A właściwie chlebek z kremem Nutella. A właściwie opłatek z kremem Nutella z dodatkiem zbożowych kuleczek. No! Jest to produkt włoski i przez długi czas byłam święcie przekonana, że to taki cienki biszkopt z nadzieniem. Dopiero recenzja Olgi uświadomiła mi jak bardzo się myliłam. I chociaż straciłam większość zainteresowania tym produktem to nie zapomniałam całkowicie. Proszę was. Nutella! To chyba wszystko tłumaczy. Tak macając produkt to nasunęło mi się skojarzenie z Kinder Bueno. Tylko bez czekoladowej polewy. I z innym nadzieniem. Ale forma podobna… chyba.

Smak: opłatek jest dość ciekawy w smaku. Spodziewałam się czegoś neutralnego, a dostałam coś lekko słonego. Serio, to było słone.  Przypominało dobrze wypieczoną chrupiącą bułkę pszenną. Bardzo chrupiące, ale nie sypkie. Suche, jak to opłatek, ani trochę tłuste. Ejj, to naprawdę jest dobre! Wadą jest straszna kruchość. Próby delikatnego rozdzielenia skończyły się unicestwieniem część „chlebka”. 

Clou programu to kremowe nadzienie. Oj tak, kochana Nutella. Co jest takiego w tym kremie, że ciągle mi tak smakuje? Dziecinna radość w postaci kakaowego, mocno słodkiego kremu z orzechową nutą.  Tłustawy, ale bez posmaku starej margaryny.  Plus nieco zalepiająca struktura. Hmm. A te kulkowe chrupki? To jakby zbrylone opłatki, tylko nie tak słone. Ot chrupiący dodatek i tyle.

Nazwa tego produktu jest jak najbardziej słuszna. Przez cały czas miałam wrażenie, że jem świeżą, chrupiąca  bułeczkę grubo posmarowaną kremem. Tylko, że w tym przypadku miałam do czynienia z większa ilością kremu niż bułki i z mniejszą ilością kalorii. Nie jest to „must have”. Można się bez tego obyć, ale mając szanse kupna to polecam spróbować.
Ocena:8/10
Kaloryczność: 100g/498kcal, porcja (19,1)/95kcal
Gdzie kupiłam:dostałam Scrummy.pl
Cena: jak wyżej

Diabli, mój aparat fotograficzny chyba powoli zdycha. Nie jest to specjalnie wypasiony sprzęt tylko zwykła „małpka” za 200zł, ale mimo wszystko… żal. Nikoś, nie odchodź.
Pa

25.11.2015

Menakao Dark Chocolate 80% Robust & Bold



I like (???) to move it, move it…???

Wspominałam kiedyś, ze w gim-liceum byłam zafascynowana klimatami gotyckimi? I jakby nie finanse i brak odpowiednich sklepów to pewnie latałabym w ciuchach żywcem wziętych z wiktoriańskiego horroru nakręconego przez Tima Burtona? Jestem pewna, że o tym wspominałam. No cóż, wtedy i teraz wyglądam jak osoba przeciętna i nie zwracająca uwagę. Wtapiam się w szary tłum, tak jest bezpieczniej. Ale zdarza się, że mam dni mamtowdupie. I wtedy maluje usta na niemal czarny fiolet, włosy obsypuje różowym pudrem, a na powiekach czerń miesza się z czerwienią. Każdemu należy się chwila szaleństwa. A do szaleństwa na pewno należy zakup tejże czekolady
 Menakao Dark Chocolate 80% Robust & Bold. Czyli po prostu czekolada gorzka z zawartością kakao przekraczającą moją sferą komfortu (70%). Co mi strzeliło do głowy, że tą właśnie czekoladę kupiłam? Po moich dwóch doświadczeniach z ta marką wiedziałam, że nie ma bata, na dwóch nie poprzestanę. Po prostu bardzo mi smakowały. Okazja się trafiła jak sklep Świeżo palona miał kilkudniową akcję darmowej przysyłki Paczkomatem. Wtedy to też kupiłam pyszną Willie's Cocoa. Niestety tabliczki, na których najbardziej mi zależało, nie były dostępne. A skoro nie ma tych których pragnę, to chociaż trochę poeksperymentuje. Przekraczanie własnych granic  i tak dalej.  Przypominam tylko, że Menakao  jest made in Madagascar.
Ponownie pozachwycam się opakowaniem, mogącym służyć jako mini pocztówka. Kartonik skrywał czarną folijkę, która nie wiadomo czemu, wzbudziła u mnie niewymowną euforię. Pierwsze słowo: obsydian. Cudo. Tabliczka jak przypominam, jest niewielka, 25 g.  podzielonych na 6 kostek. 

Smak: zapach tabliczki jest taki ziemisty. Kakaowy z nutą jakby pieprznej ostrości.  Na kostkach jest delikatny biały nalot, ale to nic, tym się nie przejmujemy. Na początku, po włożeniu kostki do ust poczułam… nic. Ale po 2 sekundach pojawił się ON. Witaj ostry kwasku, jak niemiło cię czuć. Jest to kwasek bardziej czerwono-porzeczkowy niż cytrusowy.  Jednocześnie wydawało mi się, że w tle coś pikantnego, jakby sugestia pieprzu, próbować się przebić.  Jednak ostatecznie poddała się naporowi suchej cierpkości.   

Owa silna cierpkość po chwili osłabła dając miejsca subtelnemu powiewowi słodyczy. Ale kwasek był przez cały czas obecny, cały czas o sobie przypominał. Jednakże wraz z cierpkością znikło też nieprzyjemne uczucie, że dla własnego dobra powinnam wypluć tą czekoladę.  Zamiast tego pojawiła się dziwna wręcz satysfakcja. W ustach nastała pustynia, plus wrażenie wypicia mocnej niesłodzonej małej czarnej.

Wiecie co jest dziwne?  Moja opinia o  tej czekoladzie zmieniła się w ciągu jednego dnia. W poniedziałek na próbę zjadłam jedną kostkę i tak szczerze, nie smakowała mi. Miałam ochotę wyszorować sobie usta po jej skosztowaniu. Opis zostawiłam sobie na wtorek i biorąc drugą kostkę miałam w głowie już parę wyrobionych zdań. Które ostatecznie się nie pojawiły, bo o dziwo, druga kostka już mi w pewien masochistyczny sposób smakowała. Może nie szalenie,  ale z pewnością  odczucia miałam bardziej pozytywne niż za pierwszym razem. 

Ostatecznie przyznam, że chyba jednak jeszcze nie jestem w pełni gotowa na takie czekolady. Wydaje mi się, że w blogosferze znalazły by się co najmniej dwie osoby, które bardziej by doceniły tą tabliczkę. Menakao 80% jest produktem ciekawym i wywołującym u mnie sprzeczne emocje i głównie z tego względu nie będę żałować jej kupna. I oceny nie stawię, po raz pierwszy w historii moich recenzji. Ja po prostu nie wiem jaką ocenę jej wystawić. Sponiewierała mnie i pozostawiła z mętlikiem  w głowie, ot co.
Ocena: brak
Kaloryczność: tabliczka (25g)/74kcal
Gdzie kupiłam: Świeżo palona
Cena: 8zł

„Z podkulonym ogonem wracam do bezpiecznych 70%” -  to zdanie miało się znaleźć w opisie po pierwszym skosztowaniu. Ogon odkuliłam ale i tak na razie trzymam się na bezpieczną odległość od 80%.
Pa

22.11.2015

Ciastka Milka Coeur Choco i czekolada Das Exqusite Karmel i sól



Na nerwicę cukier

Mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje, że jest korzystna, o ile nie słucha się jej za głośno, że łączy ludzi i odgania stres. Dobra, zgadzam się, ale pod warunkiem, że słuchamy muzykę którą lubimy, i kiedy tego chcemy. Jak nowi sąsiedzi gustują w muzyce będącą połączeniem disco-polo, hip-hopu  i techno, posiadają mocne głośniki, a prośby o ściszenie wylatują im z głowy po 2 godzinach, to wtedy człowiekowi daleko od relaksu. Trzeba liczyć na to, że podjęte oficjalne kroki odniosą skutek. Albo, że uda się załatwić kogoś z ruskiej mafii żeby tam wlazł i rozpieprzył te głośniki w drobny mak. Inaczej się skończy tym, że starym białostockim sposobem poleje im drzwi benzyną i podpalę. 
Cokolwiek ten kot bierze chce trochę
To wręcz zaskakujące jak taka muzyka może rozstroić człowieka. Dostaję duszności, serce mi łupie jak szalone,  chce mi się płakać,  boli mnie w okolicy klatki piersiowej i zaczynam mieć coraz częstsze problemy z migrenami i zawrotami głowy, nie wspominając już o wzmożonych wybuchach gniewu z byle powodu. Prawie książkowe objawy nerwicy.  No nic, proszę o kciuki żeby udało się wykurzyć te jednostki chyba-ludzkie o twarzach tęskniących za rozumem. Bo  wyląduję w zakładzie zamkniętym po dokonaniu mordu będąc w stanie niepoczytalności. Hej, może prezydent mnie ułaskawi zanim mnie nawet aresztują!
 Milka Coeur Choco chocovulling, Cookie sensations. Co to jest dokładnie to chyba każdy widzi, ale I tak  napiszę: ciastka typu pieguski z nadzieniem czekoladowym. Tak jest, mamy ciastka z kremowym nadzieniem, omnomnom. I to jeszcze Milki!  Ale zanim napalicie się na nie to dodam, że pochodzą z francuskiej paczki od aishy. W polskich sklepach takich cudów nie widziałam. Wiecie, jak się stresuje to albo w ogóle nie chce jeść i potrafię cały dzień przeżyć bez żarcia, albo muszę się uspokoić czymś słodkim. Tym razem padło na to drugie.
Zdziwiłam się patrząc na tabele kaloryczną, bo wynikało z niej, że jedno ciastko ma 133 kcal, czyli jest zagrożenie duparośnizmem jak się będzie chciało kilka ciasteczek zjeść. Jednak wytłumaczenie tej ilości  potworków zmniejszających ciuchy jest proste, samo ciastko jest bardzo duże. Jedno w zupełności starczy na zaspokojenie apetytu. W sumie w opakowaniu jest ich siedem. Ciastek nie apetytu

Smak: dobrze wypieczone złotawe ciastko. Na pierwszy rzut oka wyglądające jak zwykły piegusek z czekoladowymi dropsami. No właśnie, na pierwszy rzut oka. Sam wypiek nie jest twardy, jest nieco wilgotny, ale równocześnie  sypki. Jak mokry piasek. Czuć w nim mieszankę cukru i masła. I pewnej mączności wymieszanej z mlekiem.  Czyli podobnie jak domowe pieguski. Czekoladowe kulki są takie jak zazwyczaj są w Pieguskach. Twardawe i kakaowo-słodko-mleczne z jakby chrupiącym cukrem. Nic nadzwyczajnego, ale w sumie smaczne. 

W samym  środku, w samym jądrze ziemi  ciastka  znajdujemy czekoladowy krem. Jest zbity, ale nie stwardniały. Inaczej, jest na tyle gęsty, że trzyma się w ryzach. W smaku najbardziej przypomina niemiecką Milkę, czyli czekoladę maślano-mleczną z kapką kakaowości, ale bez cierpkości. Nieco tłustawe, ale w pozytywnym sensie.
Wyobraźcie sobie Pieguski z kremem czekoladowym. To jest ten smak. Dobre, porządne ciastka. Do których nie mam większych zastrzeżeń
Ocena: 8/10
Kaloryczność:100g/510kcal, 1ciastko(26g)/133kcal
Gdzie kupiłam: dostałam
Cena: patrz wyżej

Das Exqusite Karamell & Meersalz Milkchschokolad, mleczna czekolada z solonym karmelem. A właściwie „delikatna czekolada mleczna z solonym nugatem z karmelu i migdałów”. A właściwie to sama nie wiem, bo z opisów w innych językach wynika „karmelowy nugat”. Nie wiem jak wy, ale ja widzę różnicę. Dla ułatwienia będę po prostu pisać karmel. Produkt ten dałam dzisiaj, bo stwierdziłam, że kurcze, trzeba dać coś co jest łatwo dostępne w polskich sklepach, żeby ludzi  nie denerwować zagranicznymi produktami.  

 Jak pewnie dobrze wiecie Das Exqusite jest marką dostępną w każdym Rossmannie. Osobiście mnie nie zachwycają, ale widząc połączenie karmelu i soli nie byłabym sobą jakbym tego nie wzięła. Opakowanie, jak widać, ma nasuwać skojarzenia ze Szwajcarią. Tylko trochę ta szwajcarska flaga kłóci mi się z grafiką czekolady, karmelu i soli. Zwraca uwagę owszem, ale mi się nie podoba. O! Fani grubych kostek z pewnością nie będą zachwyceni widać cienkość, niczym u Lindta Excellence. A czy smak będzie równie zachwycający jak w Lindcie?

Smak: zapach uhuhu, kurcze. Zapach kojarzy mi się z tanimi pralinkami z nadzieniem karmelowym. Z takiej naprawdę słabej bombonierki. No to już wiem, że Lindta nie będzie. Hmm, cukier. Słodycz na pierwszym planie. Kurcze, nie tego chciałam. Po chwili coś chwyciło i pojawiło się subtelne echo milkowej mleczności. Ale to takie jest płaskie, że szok. Nie jest to głęboka mleczność jak w Cadbury, tylko płaskość na poziomie nawet niższym niż polska Milka. Lub wyższym, zależy jak patrzeć.

W czekoladzie zatopione są kawałki twardego, drobnego karmelu. A jak się je rozgryzie, to usta są wręcz zalane słoną falą. Tu muszę przyznać, soli nie pożałowali,  jest więc jeden plus. Jednakże bez gryzienia sól jedynie daje słabe echo. Pozwalając by kostka się powoli roztapiała w ustach, nie poczujemy naporu słoności.  Karmel jest dość twardy, ale daje się dość łatwo rozgryźć, wydając przy tym dźwięk wzbudzający obawę o stan uzębienia. I chociaż nie ma mocnego smaku to jednak czuć, że to lekko nadpalony, słodkawy, karmel.

Podsumowując ta czekolada troszkę mnie zawiodła. Wprawdzie nie spodziewałam się nie wiadomo jakich cudów, ale jednak miałam  nadzieję na nieco lepszy produkt. Do soli i karmelu nie mam zastrzeżeń, to sama czekolada mnie nie uwiodła. Była zbyt płaska i nijaka. Ciutkę lepsza jakość i naprawdę ten produkt mógłby podbić mój żołądek. Ale nie podbił.
Ocena: 6,5/10
Kaloryczność: 100g/536kcal
Gdzie kupiłam: Rossmann
Cena: 4,99zł

Miałam nic nie kupować, ale nie mogłam się powstrzymać. Mam Ritter Sport Vanilia Chai Latte!
Ps: kupiłam również ziołowe środki uspokajające, więc mam nadzieję, że w końcu się normalnie prześpię.

18.11.2015

Chipsy Walkers Salt & Vinegar, napój Snickers Shake



Dziwy nad dziwami, ale jeszcze nie burdel

Jestem złą blogerką. Wiem, że powinnam dodać więcej etykiet, może zrobić bardziej przejrzysty podział. Może zmienić szablon na inny i przede wszystkim zostawiać komentarze pod blogami, które mam na liście obserwowanych.  Ale jak pomyślę ile to mi zajmie czasu to mnie zaczyna „globus” chwytać, że tak się wyrażę. Ostatnio często z byle powodu dostaje owego globusa, zauważyliście? Totalny marazm mnie chwyta i odsuwam zmiany na bliżej nieokreśloną przyszłość, czekając aż mnie weźmie ochota. Obecnie to jedyna ochota mnie wzięła na produkty z paczki Scrummy.  
Walkers Salt & Vinegar, czyli chipsy o smaku octu i soli. Tak, tak, mnie też czasami bierze ochota na chipsy. Takie tam hormonalne zachcianki. Ale dlaczego wzięłam ten konkretny smak? Ocet i sól? Ciekawość przede wszystkich. Już parę razy słyszałam opowieści o tym smaku i z tego co zauważyłam ludziom albo bardzo smakuje, albo bardzo nie smakuje.  A chciałam sama wyrobić opinie. Dodam tylko, że Walker to po prostu Laysy  z Wielkiej Brytanii.
Dobra, jeszcze coś dodam. Z tyłu opakowania widzę informacje o głosowaniu w sprawie przywrócenia ulubionego smaku. W propozycjach:  Lamb&Mint…  whaaaaaa?

Smak: po pierwsze- zapach to typowy czysty ziemniaczany chips ale z dodatkiem kwaśnego octowego aromatu. Zaciekawiona i niezrażona ugryzłam kawałek. I momentalnie poczułam jak usta zalała mi fala kwachu. Na miłość boską ile oni tego dodali! No nie powiem żeby to  było niesmaczne, ale twarz mi wykrzywiło na drugą stronę. Aż mnie mięśnie zabolały. To taki ból jak przy zbyt długim uśmiechaniu się.  Normalnie nitki do liftingu pękają! 

To jest typowy kwach octowy, soli w tym jest bardzo mało. Ale muszę powiedzieć, że to nie wali tak mocno jak normalny, domowy ocet spirytusowy. Jakby tak było, to bym nawet nie tknęła tych chipsów. A jak kwasek nieco zelżał, to mogłam poczuć czysty ziemniaczano-chipsowy smak. No wiecie, jak normalne chipsy z solą bez żadnych papryczek, wasabi, smaku pieczonego gołębia, czy co tam oni jeszcze wymyślają. O dziwo, w dotyku i smaku chipsy nie są bardzo tłuste. Są za to chrupkie, ale nie stwardniałe. Gdyby nie ten przejmujący kwasek mogłyby mi nawet bardzo smakować. 

Jakbym nagrała filmik z mojej degustacji to byście mieli niezły ubaw z moich min. Przy każdym kolejnym chrupku moja twarz uprawiała gimnastykę artystyczną, a usta sprawiały wrażenie jakby chciały się wywinąć na drugą stronę. Na szczęście filmików nie nagrywam, więc nikt nie był świadkiem mojej bogatej mimiki. Ludzie to jedzą w miejscach publicznych? Może są przyzwyczajeni, bo ja się czułam jakbym gryzła coś na kształt cytryny. Jednak, mimo wszystko, mi to smakowało. Gdyby nie smakowało to bym nie brała kolejnego chipsa. A brałam. Może jestem masochistą? (taa, może) Ale mówię, nie mogłabym tego jeść w miejscu gdzie są inni ludzie, bo tylko bym się ośmieszyła.
Ocena: 7/10
Kaloryczność: paczka(32,5g)/169kcal, 100g/519
Gdzie kupiłam: dostałam Scrummy
Cena: jak wyżej

Snickers Shake, napój mleczny o smaku czekolady i orzechów. Już widzę jak u niektórych unoszą się brwi. Nie dość, że chipsy to i jeszcze napój mleczny, od których się ostatnio odżegnuje. Ale kurcze, Snickers to Snickers, a ogólnie cała seria shakeów batonikowych mnie zaciekawiła i przyciągała wzrok. A co jeszcze jest?  Mars, Galaxy, MilkyWay, Skittles, Bounty, M&Ms, Twix i Maltesers – pogrubione to te, które są dostępne w sklepie Scrummy. Coś jeszcze dodać? Nakrętka ma ostrzeżenie, że można się nią udławić, a w etykiecie doczytałam, że po otwarciu należy trzymać produkt w lodówce i spożyć w ciągu 3 dni. Mam nadzieje, że to oznacza, iż przed otwarciem nie trzeba trzymać produktu w lodówce. Bo nie trzymałam. Oj tam, najwyżej się otruje. Fun, fun, fun.
Otwarcie: odetkałam dziubek i przechyliłam butelkę pragnąc złapać moment lania się cieczy do szklanki na zdjęciu. I nic. Nic się nie leję. Mocniej naciskam butelkę zastanawiając się, czy to serio jest takie gęste. Nadal nic. Odstawiam butelkę na biurko, przyglądam się jej i dumam. Po paru sekundach dumania i intensywnego procesu myślowego odkręcam zakrętkę z dziubkiem i zrywam sreberko zabezpieczające otwór butelki. Z pokerową miną z powrotem nakręcam dziubek i przystępuje do nalewania.


Smak: konsystencja na pierwszy rzut oka wydaje się jak mleko,. Dopiero jak już sobie walnęłam kielicha to przekonałam się w jakim błędzie byłam. Wprawdzie nie było to gęste, ale rzadkie też nie. O, mam odpowiednie słowo: zawiesiste. Może nieco proszkowate. Wiecie, jak domowe kakao robione z niesłodzonego proszku (zachciało mi się kakao) 

O rany, to nie jest przesłodzone! To jest wręcz delikatnie słodkie. Serio, spodziewałam się ataku cukru, a tu nawet ostrzegawczego przemarszu wojsk nie było. Jedynie przyjacielskie pomachanie jednego żołnierza.Co do reszty smaków to zdołałam poczuć kakao i pewną mleczną nutę. Plus nieco zatęchłe orzechy. Za to karmelu niestety nie poczułam, szkoda.

Powiem wam jedno, jakby Mullermilch miał właśnie taki poziom słodkości to bym go kupowała na litry. Na plus idzie smak kakao i wrażenie delikatności. Na minus brak karmelu i słaby aromat orzechowy. I właściwie to jestem nawet ciekawa innych smaków. I na przyszłość będę wiedziała jak otworzyć tą butelkę.
Ocena: 7/10
Kaloryczność: 100ml/70kcal, 350ml/246kcal
Gdzie kupiłam: dostałam Scrummy
Cena: jak wyżej

Deszcz pada, deszcz pada, czoko się wkur…  em denerwuje.
Pa