30.09.2015

Heidi Grand’or Florentine



Grande zaskoczenie

Zmienia się harmonogram wpisów. Nie ma sensu iść dalej tym systemem co do tej pory, czyli co drugi dzień z możliwością poślizgu. Denerwuje mnie taka nieregularność, a i prowadzenie bloga w taki sposób, zamiast cieszyć i dawać satysfakcję.  Zaczyna przypominać przykry obowiązek. Tak po prostu, nie mam siły na codzienne pisanie „po kawałku” żeby się ze wszystkim wyrobić. Przestaje mi to sprawiać radość.
Więc zdecydowałam, że od dnia dzisiejszego notki będą pojawiać się w dwa konkretne dni: w środę i w niedzielę. Dwa wpisy, na tyle powinno mi energii starczyć. Wiem, że jestem rozlazła i nieenergiczna i bardzo was za to przepraszam, ale kiedyś obiecałam sobie, że jeżeli blogowanie zacznie mnie męczyć, to rzucę to w cholerę. Na razie nie rzucam, tylko daje sobie czas do odetchnięcia. A teraz koniec smutów, mam w końcu jakąś pozytywną recenzję. Zdziwieni? Ja też.

Heidi Grand’or Florentine, czekolada mleczna z chrupiącą warstwą migdałów w karmelu. Heidi, Heidi, co ja z tobą mam. Większość z próbowanych do tej pory smaków okazała się, delikatnie rzecz ujmując, niezbyt udana. Nie powinno więc dziwić, że nie mam ochoty na dalsze przygody z tymi rumuńskimi produktami. Nie śpieszy mi się do letniej kawowej limitki. Ale jakiś czas temu dostałam tą czekoladę. I chcąc nie chcąc  końcu musiałam ją otworzyć.  Najlepiej było szybko mieć ją za sobą. No i tu przyszedł mały szok.

Smak: chrupiąca warstwa migdałowa kryła się na spodzie czekolady. A sam zapach czekolady? Nie powiem, całkiem przyjemny. Z duszą na ramieniu i z pewnym zrezygnowaniem wgryzłam się w ułamaną kostką. I wmurowało mnie. 

Czekolada jest dość twarda, rozpuszcza się z pewnym oporem. Ale jak się już rozpuszcza to  na pierwszy plany wysuwa się mleczność wymieszana ze słodyczą. Ale nie jest to słodycz przytępiająca wszelkie zmysły. Balansuje na krawędzi, ale jej nie przekracza. Jest i kakao, słabe lecz dające o sobie znać. Jest  tym pewna szorstkość i suchość. Nie ma miejsca na margarynowy posmak czy trącenie wyrobem czekoladopodobnym.  Całkiem porządna czekolada, nie najwyższych lotów, ale porządna i smaczna. A jeszcze nie zaczęłam nawet migdałów

Złoto-brązowa warstwa łatwo daje się odczepić od czekolady. Chrupiąca i tak migdałowa, że mogłam tylko mruczeć z zachwytu. Czyżby go uprażyli wcześniej?  I ten karmel! W postaci stałej, o charakterystycznym posmaku palonego cukru. I masła. Wyraźnie czułam masło. Co zachwycające to, to, że ten karmel wcale nie był mocno słodki, on był idealne słodki.

Ten produkt zabił mi niezłego ćwieka. Już się pogodziłam z myślą, że Heidi to marka nie warta większej uwagi. A tu mi wyskakuje produkt bardzo smaczny. Dobra, porządna czekolada z pyszną warstwą migdałów w idealnym maślanym karmelu. Nie za bardzo rozumiem o co chodzi. Mam mętlik w głowie. Ryzykować z kolejnymi tabliczkami czy jednak, w imię zasady „jedna jaskółka wiosny nie czyni”, jednak odpuścić sobie dalsze próby. Muszę mocno zastanowić. A  czekolada dostaje zasłużoną oceną.
Ocena: 8/10
Kaloryczność: 100g/511kcal
Gdzie kupiłam: dostałam
Cena: jak wyżej
  
Tak poza tym jestem zła, bo nigdzie nie ma letniej limitki Ritter Sport. Już niedługo zimowa będzie, a ja nie miałam szansy spróbować cytrynowej wersji. FOCH
Pa

28.09.2015

Nestle, czekolada Aero Bubbly



Przekłuta bańka

Nachalna reklama może zniechęcić do produktu. Nachalny spam może sprawić, że człowiek postanowi, że prędzej robale zeżre niż dany produkt. Strony, które wybierają ambasadorów do różnych kampanii (streetcom, trnd, rekomenduj.to, itp.) powinny, razem z paczką produktów, wysyłać listę czego NIE robić, podczas promowania i reklamowania otrzymanych batonów, płynów do płukania czy srajtaśmy.  Ludzie aż tak głupi nie są, by się nie zorientować kiedy tekst jest kalką ulotki reklamowej. Szczególnie jak post na forum jest napisany z konta z małą ilością wiadomości. Doprawdy, jak już dostaliście coś darmo o promowania to róbcie to przynajmniej z głową i wysilcie się trochę.
Nestle Aero, Bubbly Milk and White Chocolate. Napowietrzona czekolada mleczna I biała. Tak ostatnio stwierdziłam, że tak poluje na nowości, ciekawostki, mało spotykane czekolady, że zapominam o niepozornych słodyczach kryjących się na półkach sklepowych. Więc pomyślałam, że naprawię ten błąd. I tu pojawił się kłopot pod tytułem „Czy ja cię recenzowałam czy też nie?”  Kit Katy? Chyba wszystkie, Snickers. Mars, Lion, Knoppers , tak, was pamiętam. Ale 3bit, czy opisywałam 3bita??? A orzechową Princessę? Spłoszona rozglądałam się po słodyczach, a domagający się uwagi pęcherz nie ułatwiał sprawy. W końcu wzrok mój padł na batony Aero i z ulgą, nie myśląc ani trochę, powędrowałam do kasy.

Czy baton ten mnie  w jakikolwiek sposób ciekawił? Ani trochę. Lubię napowietrzone produkty, lubię deserki Aero z Biedronki, ale batoniki? Nieeeee. Ale kurcze, tu przynajmniej byłam pewna, zę nie opisywałam tych batonów. Więc macie. A ja następnym razem wezmę sobie listę czego jeszcze nie opisywałam. 

Smak: jak Aero wygląda każdy widzi. Stawiał nieco oporu przed złamaniem, ale nie z takimi twardzielami sobie radziłam. Trzask, prask i mam. Zabawne, ze napowietrzone nadzienie tak bardzo było twarde. Cienka warstwa czekolady mlecznej smakuje podrzędnie. I pisze to z przykrością. Niczym w tanim, lekko przestarzałym batoniku. Jakby chociaż smakował jak polewa z Marsa czy Snickersa to bym tak nie grymasiła. Tłustawy, ale nie margarynowy, przynajmniej jakiś plus się znalazł. Mleczny, o smaku kakao dla dzieci. I z posmakiem przeterminowania. Takiej staroci. Staroci która mnie zdegustowała, bo nie tego szukam w słodyczach. Ale może nadzienie będzie lepsze. 

Nadzienie, wbrew napowietrzonej nazwie, jest twarde, ale jednocześnie kruche, Znaczy sypie się niczym wszy z bezdomnego. Nieco przesłodzone (nadzienie, nie wszy) z mocnym akcentem w postaci mleka w proszku. Też przeterminowanego. Miało taki nieprzyjemny kwaskowaty posmak. Z dodatkiem słabiutkiej stęchlizny.  Nieee, ja się tak nie bawię. 

Trafi łam na czarną serię. Kolejny nieudany produkt. Miało być pysznie i lekko. W zamian dostałam przeterminowaną w smaku czekoladę, zbyt słodką o nieprzyjemnym posmaku. Jako sposób spożycia polecam szybkie wpakowanie do gęby i natychmiastowe popicie kawą lub herbatą.  Drugi raz z pewnością nie kupię.

Ocena: 4/10
Kaloryczność: 100g/557kcal, porcja(17,5g)/98kcal
Gdzie kupiłam: Rossmann
Cena:2,19zł (chyba)

Muszę wprowadzić pewną zmianę. Dowiecie się o niej w kolejnym wstępie.
Pa

25.09.2015

Jacobs momente, typ cappuccino – typ karamell



Momente, a gdzie ta kawa?

Zazdroszczę osobom, które mają możliwość położenia się spać  środku dnia. I to nie chodzi o to, ze jestem tak zalatana i zapracowana, ze nie mam czasu na drzemkę. O nie, czas bym spokojnie znalazła. Chodzi o rodzinkę. Taak, połóż się do łóżka o godzinie 16, a zaczną się pytania: co mi jest, czy źle się czuję, mam gorączkę, może coś przeciwbólowego? Nawet kot usiądzie naprzeciwko i będzie się wlepiać z wyraźnym znakiem zapytania w ślepiach. Wszyscy są przyzwyczajenie, że w ciągu dnia zdrowa się nie położę, więc jak już się położę to pewnikiem jest to oznaka choroby. I spokoju mi nie dają, ja się irytuje i zmęczenie  mija. A i pewnie i tak, mimo wielkiego zmęczenia bym nie zasnęła. Bo jest jasno. A jak jest jasno to Morfeusz zamiast sypać mi tym piachem po gałkach ocznych to tylko kiwa z politowaniem łbem i idzie powkurwiać osoby, które muszą zachować przytomność. Swołocz. Znużona wleczę się więc do kuchni by się czymś pobudzić. Herbata, kawa, a może napój kawopodobny?
 Jacobs momente, typ cappuccino – typ karamell. Czyli z tego co wnioskuje po napisach, składzie i wyglądzie jewst to rozpuszczalny napój kawowy tupu cappucino o smaku karmelowym. Ostatni produkt z paczki niemieckiej od Aishy. W końcu sobie o nim przypomniałam i stwierdziłam, że hej, czemu nie? Nie oszukuje się myśląc, że to kawa, kawy w tym jest zaledwie 1,6%. Za to jest cukier, cukier z mleka(???), syrop glukozowy i aromat. I jakieś witaminki E. Zanim zaczniecie łapać się za głowę co ja piję, to oświadczam co następuje: 
Ja czoko, w pełni władz fizycznych (wątpliwe) i umysłowych (jeszcze bardziej wątpliwe) jestem świadoma, że nie piję kawę tylko chemię. Biorę na siebie całkowitą odpowiedzialność za swoją osobistą radioaktywność, która zapewne nie nastąpi, gdyż nie wypiję całej cysterny w.w. napoju na raz. Ponadto oświadczam, że wśród najczęściej spożywanych napoi jest niesłodzone espresso, herbata zielona, herbata czarna i woda. Filiżanka słodzonej kawopodobnej chemii mi tak bardzo nie zaszkodzi. 
A skoro to już mamy za sobą to przechodzę do produktu.

Smak: nie będąc do końca pewna sposobu przyrządzania wsypałam 3 łyżki do słoiczka i zalałam gorącą, ale nie wrzącą wodą. Po czym oblizałam łyżeczkę i stwierdziłam, że jak w płynie nie wypali to mogę to żreć jak Vibovit. A tak na marginesie, wiecie jak bardzo nie lubię robić zdjęć szklankom? Kombinowanie jak tu się ustawić żeby siebie nie odbić to mordęga. Na początku, po zalaniu, wszystko zamieniło się w piankę, która po chwili zamieniła się w smętną, cienką warstwę na wierzchu. Moim oczom ukazał się płyn koloru zakawionego mleka. Taki kamelowy. 

Po pierwszym łyku poszłam dosypać ze dwie łyżeczki, bo to było cienkie. Lekko słodka woda. Ale w sumie może dodałam za dużo wody jak na taką ilość proszku. Nawet nie wiem ile pojemności ma mój słoik. Drugi łyk i ostatecznie stwierdziłam, że lepiej nie będzie, za to może być znacznie gorzej. Była lekko słodka woda? Teraz była bardziej słodka woda z dalekim kawowo-karmelowym aromatem. I kropelką mleka. To było płaskie w smaku. Nie spodziewałam się mocnego kawowego smaku, ale miałam nadzieję na coś, co przynajmniej kawą trąciło. Nie trąciło. Karmel też był ledwo zauważalny. Cukier grał pierwsze skrzypce.

Nie wiem czy to prawda, ale kiedyś usłyszałam od osoby, która w Niemczech mieszka od ponad 20 lat, że Niemcy lubią kawę słabą, słodką i z dużą ilością mleka. No to rzeczywiście, taki produkt mógłby wtedy posmakować. Cappuccino to napój, który teoretycznie ma dużą ilość mleka, ale składnikiem podstawowym jest kawa. Ale już bym nawet tą minimalną ilość kawy wybaczyła, jakby całość miała mocniejszy mleczno-karmelowy smak. A  tu  z tym też było za słabo. Resumując: za mało kawy, za mało mleka, za mało karmelu, za to za dużo cukru. Wykorzystam do wypieków, do tego się idealnie nada. No i do jedzenia na sucho. Na sucho to jest to omnomnom.
 Ocena: 2/10
Kaloryczność: 100g/405kcal, 1 tasse*(12,5g)/50kcal  *czymkolwiek to jest
Gdzie kupiłam: dostałam
Cena: jak wyżej

Następna recenzja w poniedziałek.
Pa

23.09.2015

Ritter Sport Mini Bunter Mix, Joghurt



Święty jogurtowy Graal

W poszukiwaniu inspiracji do wstępu wlazłam na Pudelka „Zamyślony Bieber o zachodzie słońca”. Pozamiatane, dziękuje, kurtyna opada, do widzenia. Tam inspiracji nie znajdę. Może tumblr? Kotki, Thorin, Władca pierścieni, Orlando Bloom, australijski brodaty wokalista death metalowy zajmujący się wrestlingiem  cosplayujący słodkie dziewczęce postacie z anime… HĘĘĘĘ??? No nie powiem, dopracowane ma te stroje, ale nogi to mógł ogolić. Spróbuje Facebooka „Uchodźcy …” NOPE, wyłączam. E, walić to, macie taki wstęp. I tak nie ma nic związanego z produktem
Ritter Sport Mini Bunter Mix, Joghurt. Czekolada mleczna nadziewana kremem z jogurtu odtłuszczonego.  Tak, w końcu udało mi się zdobyć jogurtowa ritterkę. Boże, jak dawno na nią polowałam. Nic to, że jest to miniaturka, sprzedawana w zestawie z innymi ritterkami. A właściwie to nawet lepiej, bo mam również wersję z płatkami kukurydzianymi.  I może powinnam zrobić recenzję zbiorczą, ale naprawdę mi się nie chce. Nie będę szukać żadnego pokrętnego tłumaczenia, po prostu mi się nie chce. 
Robię to na szybko bo ten produkt jest dostępny w Biedronce w tymczasowej ofercie, więc szybko trzeba iść i kupować. Tylko jedna rada, przyjrzyjcie się różnym zestawom. W moim są dwie jogurtowe, dwie z płatkami i po jednej z nugatem, ciastkiem, orzechem laskowym, marcepanem i pełnomleczna. W innej widziałam po dwie marcepanowe i jedna z płatkami. Dalej się nie przyglądałam, bo zależało mi głównie na jogurtowej i płatkowej. Coś jeszcze? A, opakowanie zawiera 9 czekoladek po 16,67g. Czyli cena, według mnie, jak najbardziej korzystna.

Smak: ta tabliczka jest urocza, taka mała i kwadratowa. Nawet nie wiem czemu mnie tak rozczula, ale rozczula. Zapach. Powiem szczerze, mnie nie zachwycił, był taki cukrowo-czekoladowy. Z naciskiem na to pierwsze. Czekolada, o dziwo, łatwo daje się oddzielić od nadzienia i urkh. Słodycz, silna, mocna słodycz. Znacznie słodsza od przeciętnej ritterki. Poziom Milki jak w pysk strzelił. Może nawet bardziej. Na szczęście dla moich kubków smakowych nie wyczułam plastiku. Była delikatna mleczność i maślaną tłustość ,ale ogólnie było to przytłumione przez cukier. Łyk gorzkiej herbaty na przeczyszczenie (nie takie przeczyszczenie)i zabieram się do nadzienia.

Zbite, o kolorze zżółciałej bieli. O, no o to mi chodziło. To jest zdecydowanie jogurtowe nadzienie. Mleczno-kwaskowate w ten charakterystyczny jogurtowy sposób. Słodycz tylko lekko przebijała, nie dominując nad jogurtem. Ne powiedziałabym, że nadzienie jest mocno tłuste, bardziej suche jak już. Dobra, ale opisałam poszczególne elementy, a jak smakowały wspólnie. Razem z nadzieniem czekolada już nie przerażała swoją słodyczą, aczkolwiek nadal stoję przy zdaniu, że mogła być mniej słodka.

Nie jest źle, ale mogło być lepiej. Cieszę się, że mogłam spróbować ten smak, ale jakoś niczego mi nie urwało. Nie tylko z powodu nadmiernej słodyczy. Po prostu są takie  riiterki, które mnie zachwycają, są ritterki, które smakują obrzydliwie i są ritterki, którą są po prostu „meh”. Ta należy do opcji meh. Drugi raz jej już nie kupię.
Ocena:6,5/10
Kaloryczność: 100g/573kcal
Gdzie kupiłam: Biedronka
Cena: 8,99z

Od 10 minut wgapiam się w monitor i nie wiem jak zakończy ć. A więc kończę tak THE END
Pa

20.09.2015

Czekolada Schogetten Black&White



Wszystkie odcienie szarości

Wejście w  godzinach wczesnoporannych do sklepu spożywczego to coś, co z w tym momencie unikam. Ostatnio zauważam grupki dzieciaków wchodzących lub wychodzących ze spożywczaków. Nie trzeba być geniuszem żeby domyślić się, że to efekt nowej ustawy która zabrania sprzedawania w sklepikach śmieciowego jedzenia. No cóż, rodzice, którzy odprowadzają dzieci do szkoły mogą mieć pewność, że pociecha niczego nie kupi po drodze. Ale cała reszta? Powiem to tak, właściciele sklepów położonych niedaleko szkół z pewnością zacierają teraz ręce. Ponieważ jak zawsze, zamiast lekko ograniczyć oferty sklepików szkolnych, zabierając z nich niektóre produkty i dokładnie edukować, również przez dawanie przykładu, to lepiej zakazywać. Uczmy dzieciaki kombinowania i omijania niewygodnych przepisów od najmłodszych lat, z pewnością im się to w przyszłości przyda.
Nie hejtuje zdrowego odżywiania i akcji zapobieganiu otyłości wśród dzieci, hejtuje głupie pomysły i zakazy, które na starcie nie miały szans
Schogetten Black &White, czekolada mleczna z mleka alpejskiego z nadzieniem waniliowym i kawałkami ciastek kakaowych. Jak skończyłam wylewać żale i jad na pomysły Ministerstwa to czas wylać kubeł jadu na czekoladę. Czy jestem z góry uprzedzona? Nie, ja po prostu pisząc te słowa, jestem już po degustacji tego produktu. Ale po kolei.  Jakby mnie ktoś spytał co mnie podkusiło by kupić tą tabliczkę to bym wskazała na napis „new”. Nic innego, tylko to. Liczyłam głupia, że może limitka czy nowość, czy co to do diabła jest, będzie smakować lepiej niż podstawowe wersje.  Jak sami widzicie Schogetten zobaczył popularność ciasteczkowych czekolad i postanowił przyłączyć się do tego grupowego walca. Szkoda, że najpierw nie nauczył się dobrze kroków.
No dobra, może jestem ciutkę uprzedzona. I lekko złośliwa. 


Smak: po rozerwaniu sreberka poczułam… nic. Absolutnie żadnego zapachu. Dopiero jak niemal zaczęłam szorować nosem po kostkach to coś poczułam. Oj słabo się zaczyna. Przynajmniej kostki są ładne. Czekolada jest miękka, ale niczego innego się nie spodziewałam, w końcu jest mleczna i przetrwała falę upałów. Pierwsze co się czuje to słodycz, zbyt wielka słodycz.  Jest w tej czekoladzie coś mlecznego, nie powiem, ze nie, ale z przewagą plastikowego posmaku. Tłuste jak cholera. I w ogóle nie smakuje czekoladowo. Smakuje jak słodka, plastikowo-mleczna margaryna o smaku figurek czekoladopodobnych o smaku kakaowym. Nie aprobuje, ani trochę. 

Nadzienie jest z białego, mlecznego  kremu upstrzonym kawałkami ciastek. W nim owszem, poczułam, pewną mleczność wymieszaną z aromatem migdałowym. Lecz i tu miałam wrażenie, że mam w ustach margarynę. Ciastka kakaowe są ledwie namiastką prawdziwych kakaowych ciastek. Sa prawie bezsmakowe. Jakby ciastkom Oreo dać 9 punktów na skali kakaowości to tym by trzeba dać 3, litościwie może 4. I one są najlepsza częścią tego produktu. Błagam.

Jakbym miała ustawić ciastkowe czekolady  od najlepszej do najgorszej to by całość szła tak: Bellarom Neo – Milka Oreo 300g – Cadbury Oreo - Milka Oreo 100g -...-  Schogetten B&W.  Milkę Chips Ahoy nie biorę pod uwagę, bo to były zupełnie inne ciastka. A Schogetten? Słabo, po prostu słabo. Do recenzji wzięłam 3 kostki. I tak jak z pierwszą kostką ocena wynosiła 6, tak przy kolejnych ocena stopniowo się obniżała. Im więcej jadłam tym bardziej mi nie smakowała.  Da się ją zjeść, przy gorzkiej kawie i nie myśląc o tym co w ogóle jemy. I w ten sposób mam zamiar ją spożytkować. Jest za tłusta, za słodka, za mało czekoladowa i kakaowa by mi mogła smakować „ot tak”.
Ocena: 5/10
Kaloryczność: 100g/558kcal
Gdzie kupiłam: Chorten
Cena:3,49zł

Następna recenzja w środę.
Pa