30.07.2015

Hello Day Glamour, Owsianka Maliny i kiwi



Goodbye

Moja magiczna kula działa bez zakłóceń. Widzę dokładnie jaka będzie  treść  90% komentarzy. Z tego powodu  przez to długi czas wahałam się, czy wstawiać recenzję tego produktu. Ostatecznie jednak stwierdziłam, że się nie ugnę. Nie po to, to kupiłam, by teraz chować głowę w płatki owsiane. Jestem lwem, usłyszcie mój ryk! A tak właściwie nie ryk, ale lekkie westchniecie. STANOWCZE i WŁADCZE westchnięcie żeby nie było. No! 
Hello Day Glamour, Owsianka  Maliny i kiwi, płatki owsiane z mlekiem, malinami i kiwi, wzbogacone w witaminy C & E oraz selen. Pierwszy raz usłyszałam o tej owsiance już jakiś czas temu. Wydaje mi się, że na jakimś portalu była akcja testowania tej marki. Tak mi jakoś świta, ale może źle świta, żarówki dawno nie zmieniałam. Nie pamiętam czy się nie zgłosiłam, bo trzeba było się jakoś wysilić za bardzo, czy się zgłosiłam, ale po prostu się nie zakwalifikowałam. Ostatecznie nie dostałam darmowych owsianek, nie widziałam ich też w sklepach, więc zapomniałam o tej marce. Do czasu kiedy wypatrzyłam ją w Hebe. Zanim  się zorientowałam wychodziłam z tej drogerii z nowym podkładem (L’oreal True Match, nie polecam, warzy się na skórze) i z dwoma owsiankami. Koniec historii.

W pierwszym momencie pomyślałam, że mam do czynienia z produktem brytyjskim. Ten angielski opis i opakowanie zrobiło swoje. Dopiero po dokładnym przeanalizowaniu opisu i strony internetowej doszłam do wniosku, ze mamy do czynienia z polskim produktem, tylko takim przeznaczonym również na rynek zagraniczny. W ofercie mają takie gotowe owsianki jak Energy (banan), Focus(truskawka), Fit (jabłko i rodzynki)i niniejszy Glamour. Wydaje mi się, ze w Hebe nie było Energii, bo z pewnością wzięłabym wersję bananową zamiast z kiwi. Nie żebym kiwi nie lubiła, ale jakoś mi nie pasi z owsianką. Były za to jeszcze Focus i Fit, nie będzie nagrody za zgadnięcie co wybrałam z tych dwóch.
Stwierdziłam, że jabłko i owsianka to połączenie pyszne, ale ostatnio w testowanych gotowcach ten smak się parę razy przetaczał. Maliny i kiwi to coś innego, dziwnego, jeszcze nie wiem czy smacznego. A co z tą nazwą, Glamour? Według tego co zostało zapisane „Selen pomaga zachować zdrowe włosy i paznokcie. Witamina C pomaga w produkcji kolagenu (…)a witamina E pomaga w ochronie komórek przed starzeniem.” Nie wątpię, ale nie wiem ile kilogramów tej owsianki musiałabym zjeść żeby te wszystkie dobroczynne składniki miały szanse się ujawnić.  Znowu mamy do czynienia z typowym pitupitu zdrowotnościowym.  Ale przyznam jedno, skład nie jest koszmarnie zły. Teraz może w końcu  dojdę do sedna, chociaż chciałabym kiedyś zrobić wyśmiewającą notkę o „zdrowych produktach”. Może kiedy indziej, materiału mam aż nadto.

Smak: zazwyczaj przy takich produktach już przy otwarciu uderza w nos mocny zapach słodyczy, mleka w proszki i czegoś owocowego. W tym przypadku niczego takiego nie poczułam, był tylko słaby zapach płatków owsianych. No dobra, zalewamy wodą, mieszamy i czekamy. A co po czekaniu? Beton proszę państwa, beton. Cala woda została wchłonięta, a całość konsystencją przypominała coś co się używa w usługach budowlanych. Brakowało tylko gwizdów za przechodzącą dziewczyną.  Ale czego ja marudze? Ja lubię gęste papki! 
Na pierwszy rzut oka, jeszcze przed zalaniem, najwięcej widać malin. Dopiero na zdjęciu dopatrzyłam się wtapiające się w tło kostki kiwi. Po zalaniu i wymieszaniu zniknęły totalnie. O dziwo całość jest mało słodka, za to lekko kwaskowata. Tak właściwie to czuć głównie płatki owsiane z lekkim mlecznym posmakiem i dalekim kwaśnym echem. Przy dalszej konsumpcji doszłam do wniosku, że to było zdecydowanie za mało słodkie, a maliny zmieniły postać z ciekawych i smacznych owoców na wkurzające kwaskowate nasionka. Kiwi? Jak już pisałam po wymieszaniu nie mogłam go znaleźć. Zniknął? Rozpuścił się? Diabli go wiedzą, nie było  tym nic co by smakiem przypominało kiwi. Co tu się stało? 

Za mało słodkie, za mało owocowe, nie ma kiwi – mogłabym tak zakończyć ten opis, bo ten produkt nie zasługuje na nic więcej. Ale mam wenę to rozbuduje. Owsianka ta mogłaby stanowić idealną podstawę do której można by było wrzucić co nam się żywnie podoba. Ale jako typowy gotowiec na szybko? Nie, nie i jeszcze raz nie. Równie dobrze można samemu wsypać do miski szklankę płatków owsianych, szczyptę mleka w proszku i wrzucić pół kwaśnej maliny. Na to samo by wyszło. To było strasznie jałowe i prawie bez smaku. Przypuszczam, że producenci tworząc tą owsiankę kierowali się wspomnieniami przedszkolnych śniadań robionych przez nieudolne kucharki. Nie smakowało i nie najadłam się tym nawet w połowie. Jestem na nie.
Ocena:4,5/10
Kaloryczność: 100g/375cal, porcja(50g+140ml wody)/188kcal
Gdzie kupiłam: Hebe
Cena:2zł (w promocji, za dwie płaciło się 4zł)

Za to chyba pokochałam tofu :D
Pa

27.07.2015

Lody na patyku Toblerone




Czekolada czy lody?

„Przepraszam, czy mogłaby pani pożyczyć 2 złote?” Zazwyczaj na takie odzywki reaguje albo ostrym, chrapliwym NIE, albo olaniem pytającego. Tym razem jednak w pierwszym momencie zaczęłam sięgać do torebki. Wzięło mnie z zaskoczenia. To nie był żul czy żulietta, cyganka z otumanionych dzieckiem czy kaleka, który pod koniec dnia magicznie ozdrowieje.  Nie, to była czysta, ubrana w dziwne, ale porządne rzeczy, kobieta prowadząca za rękę na oko 7 letniego chłopca. Pierwszą moją myślą było to, że chce kupić dziecku loda, a akurat nie wzięła pieniędzy. Po sekundzie włączył mi się jednak tryb „podejrzliwość granicząca z paranoją” i odmówiłam. Zresztą dostaję alergii na słowo „pożyczać” gdy jest wymawiane przez osobę, która mi z pewnością niczego nie odda. Następnego dnia idąc z mamuśką znowu natknęłam się na tą samą kobietę. I znowu była prośba o 2zł. I już wszystko jasne, krótkie warkniecie NIE i odciąganie zaskoczonej mamuśki, która już miała dłoń w torebce. Dwa dni potem, razem z matką, obserwowałyśmy jak paniusia zaczepia kolejne osoby. Każda odruchowo sięgała po portfel. Niektóre się opamiętywały, ale niektóre dawały. Przyznam, pani jest sprytna. 
Wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni do żebraków o określonym wyglądzie i zapachu, więc za bardzo już nie robią wrażenia. Ale zadbana kobieta z dzieciakiem prosząca z uśmiechem o niewielką sumę? Wzbudza zaufanie przez co wyciągamy odruchowo pieniądze. I wiecie co mnie wkurza? Mieszanie w to dziecka. Ale co zrobię, nic nie zrobię. Skoro policja i straż miejska nie radzą sobie z cygankami klęczącymi pod kościołem z półprzytomnymi dziećmi na rękach, to co mają zrobić z kobietą w ruchu? Jedynie mogę ostrzec innych mieszkańców Białegostoku, by uważali na krótko obciętą blondynkę ubraną w seledynowe i lazurowe ciuchy z parasolką w ręku i z dzieciakiem. Trzy razy widziałam ją w okolicy Lipowej i Rynku Kościuszki. Są przecież specjalne organizację pomagające ubogim osobom, pamiętajmy, że dając jałmużnę wspieramy cwaniaków i pijaczków. I po tym apelu, przechodzę do ciekawej cześć.
Lody na patyku Toblerone, czyli lód kakaowo-miodowy z kawałkami czekolady mlecznej z miodem i nugatem migdałowym i z kawałkami białego nugatu w polewie z mlecznej czekolady Toblerone. Masło maślane z masłem w polewie masłowej z kawałkami masła. Nazwa taka zamotana, że nawet nie próbowałam ogarnąć gdzie i w jakiej postaci jest czekolada, nugat i miód. Już parę osób pisało o tym produkcie, więc nie będę się za bardzo rozpisywać. Przypominam tylko, że należy on do tej samej rodziny co lody: Milka, Oreo, Daim i Jacobs, czyli do grupy Mondelez. Producentem jest Zielona Budka należąca do R&R Ice cream. A w zagranicznej ofercie R&R Ice Cream mamy lody Cadbury i czekoladową wersję Oreo. Zaraz spazmów dostanę i tak to się skończy.

Smak: a może zaczniemy od wyglądu? Bo wygląda nawet ciekawie. Wprawdzie jest mały, ale byłam na to przygotowana. Polewa jest upstrzona, niczym trawnik przed blokiem psiarzy nielubiących sprzątać po swoich pupilach. Tylko w odróżnieniu od rzeczonego trawnika ten widok był przyjemny i cieszący oko. Powłoka czekoladowa była niezbyt gruba ale przyjemnie chrupiąca. Zatopione kawałki nugatu  przyklejały się lekko do zębów, sprawiając, że język się nieźle nagimnastykował próbując usunąć klejącą masę ze szkliwa. Również kawałki migdałów znalazły się w tejże polewie. Co do samej czekolady to po prostu rozpływała się w ustach. Bardzo mleczna i słodka z dalekim kakaowym echem. Było w niej coś miodowego. No nie, jak dla mnie ta polewa jest znacznie smaczniejsza niż przeciętna mleczna tabliczka Toblerone.  Po rozprawieniu się z polewą nadeszła kolej na masę lodową. Środek jest puszysty i jednocześnie tłustawy, taka tłusta lekka chmurka. Mocno kakaowy i nie tak słodki jak polewa ale nadal bardzo słodki. Jednak miodu nie wyczułam, wbrew opisowi. Miejscami wyczuwałam kawałki czegoś, chyba czekolady, ale nie jestem tego pewna, za szybko jadłam, rozumiecie?

Są to lody bardzo słodkie, ale równocześnie pełne smaku. Nie jest to produkt w którym głównie czuć cukier, a reszta jest nie do scharakteryzowania, nijaka. Mamy nugat, mamy orzechy, świetną polewę czekoladową i puszysty, mocny kakaowy środek. Jeden punkt odejmuje za nieco przesadną słodkość i brak miodowego kopa. I za cenę, to nie ma tak dobrego składu bym wybaczyła cenę. Za jakość składników mogę płacić więcej, ale jeżeli cena pochodzi głównie „za markę” to trochę mi wąż w kieszeni syczy. Jednak raz na jakiś czas można kupić. Kto nie jadł niech nadrabia swój błąd.
Ocena: 9/10
Kaloryczność:100g/360kcal, 66g/238kcal
Gdzie kupiłam: Piotr i Paweł
Cena:3,79zł (w promocji)

Następny wpis będzie w czwartek.
Pa

25.07.2015

Ciastka Cadbury z czekoladą i nugatem



Drogocenne ciacha

Muszę posprzątać w pokoju. Nie jestem pedantką, co to, to nie. Nie przeszkadzają mi spodnie leżące na krześle zamiast w szafie,  nie zwracam uwagi na leżącą na biurku gazetę, której od dwóch tygodni nie przeczytałam i czytać nie będę. Głównie pilnuje by żadne żarcie, brudne talerze, czy szklanki mi się nie walały po pokoju, kurz przeżyje ale obcą cywilizację w misce śniadaniowej nie zdzierżę.  Jednak mimo wszystko, co jakiś czas następuje ten etap, w którym bajzel jest na tyle duży, że zaczyna mi przeszkadzać. Dlatego też dzisiaj nie będę się rozpisywać, szybki wstęp i zabieram się do odgruzowania. 

Cadbury Luxury Cookies Nougatine, czyli ciastka z kawałkami czekolady i nugatem. Kupione w Krakowie w Kuchniach świata za astronomiczną kwotę.  No cóż, sama bym tego nie kupiła, bo 11 złotych za ciastka typu pieguski to trochę dużo jak na moją skąpą kieszeń. Ale kupili to  rodzice, więc wszystko w porządku.  Ten produkt jest dla mnie zagwozdką. Nie istnieje na oficjalnej stronie Cadbury. To, w połączeni z francuskimi  słowami, pozwala mi sądzić, że te ciasta są produkowane głównie na rynek francuski. Może się mylę, nie wykluczam tego. Może wy wiecie o co chodzi z tymi ciastkami?
Opakowanie jest duże, w środku miałam 9 pokaźnych ciastek. Miałam, bo tak jak w przypadku Werther's Originals, nie mogłam się powstrzymać przed wcześniejszym zeżarciem prawie całego opakowania. Czy są takie dobre? Przekonajcie się.

Smak: dobrze wypieczone ciacho ma w sobie od groma większych i mniejszych kawałków czekolady. Po dokładnym rozwaleniu i pokruszeniu zdołałam  wyodrębnić smak samego wyrobu mącznego. Suchy, zadziwiająco mało słodki z charakterystycznym posmakiem sody. Bardzo, bardzo kruchy i ziarnisty. Miejscami zawierał twardy, słodkawy element, który po ugryzieniu obłapiał zęby, pewnie to ten nugat. Większość kawałków  czekolady było sporawych. Ale nie smakowały jak normalna czekolada Cadbury, nie tak mleczne a bardziej kakaowe. I nie tak słodkie. Serio, dało się wyczuć pewną kakaową cierpkość, zaraz po słodyczy. Bardzo maślano-tłusta, rozpływała się w ustach. Mam wrażenie, że momentami trafiałam na minimalne okruchy orzechowe, ale równie dobrze mogły być to stwardniałe okruchy ciastkowe.

Całość jest pyszna , naprawdę pyszna. Jak dla mnie jest to ulepszona wersja Piegusków. Porcja jest solidna, nie przesłodzona z, o dziwo, naprawdę dobrą kakaową czekoladą.  Jakby tylko jeszcze dodać kawałki orzechów, mhhhm. No i cena, ceny nie da się przeskoczyć.
Ocena: 9/10
Kaloryczność: 100g/505kcal, ciastko/115kcal (bałam się, ze więcej)
Gdzie kupiłam: Kuchnie świata
Cena:11zł

A teraz serio muszę iść posprzątać.
Pa

23.07.2015

Kinder Country, Cream&Crock



Coś się spier… nie udało się



Gdybym miała wierzyć w to co jest powypisywane w horoskopach na temat mojego znaku, to bym wpadła w niezłe kompleksy… tego wpadłabym w znacznie większe kompleksy niż mam teraz. Przykładowo „Na imprezach, bankietach i wystawnych przyjęciach czują się wspaniale” wręcz przeciwnie, zawsze mam ochotę zwiać z imprez grupowych. „Są świetnymi organizatorami, wokół nich skupia się życie towarzyskie” nie potrafię zorganizować nawet jednodniowego wyjazdu do Warszawy, a ci mi z życiem towarzyskim wyskakują. „Nigdy nie chowają urazy, wspaniałomyślnie wybaczają innym krzywdy i przewinienia” jestem pamiętliwa jak diabli, a wspaniałomyślnie mogę najwyżej komuś strzelić w dziób. „Mają gest i są szczodre nawet dla nieznajomych” skąpstwo to moje drugie imię, a nieznajomy proszący na ulicy o pieniądze w najlepszym wypadku może liczyć na ignor. Nawet nie będę dalej tego cytować, bo nawet formy wypoczynku mi nie pasują, nie znoszę plaż, lubię piesze wycieczki za to nienawidzę gier zespołowych i tańca. Śmiech człowieka ogarnia, chyba urodziłam się w złym okresie. 
Ten wpis jest inspirowany tym, że dzisiaj zaczyna się panowanie mojego znaku zodiaku. I nie, nie mam dziś urodzin, Olga ma, ja mam jutro. Jutro więc spróbuje naciągnąć kogoś na wyprawę na lody, bo w końcu hej, to mój dzień niech składają mi hołd. A teraz koniec tego pierdu, pierdu, recenzja czeka.
Kinder Country, Cream&Crock, krem mleczny ze zbożami i czekoladą mleczną. Pewnie będę ostatnią osobą piszącą o tym przedstawicielu rodziny Kinder. Nic to, nie mam parcia by być pierwszą recenzentką jakiegoś produktu. Do rzeczy. Mam przed sobą plastikowe jajowate opakowanie, skrywające biały mleczny krem pokryty czekoladą i zbożami ekspandowanymi . Teoretycznie brzmi pysznie. Teoretycznie jest to batonik Country, tylko jakby pozostawiony w rozgrzanym samochodzie. Czyli jest to słodka breja. Jako osoba, która lubiła, gdy pod koniec jedzenia lodów, w miseczce pozostawała taka nadtopiona półpłynna masa, nie mam nic przeciwko. Wszystko brzmi pięknie, jednak po lekturze wszystkich recenzji podchodzę to tego produktu, może nie nieufnie, ale z lekką rezerwą. Może być pysznie, a może być to przesłodzony glut. Raz kozie śmierć, otwieram.

Smak: na bogów, to jest twarde! Chyba za długo przeleżało w mojej szufladzie.  Biały krem w ilości minimalnej jest typowym białym kremem Kindera. O średniej słodyczy i mocnej tłustości. Bardzo waniliowo śmietankowy. Jest go jednak zdecydowanie za mało. Ledwo udało mi się wyodrębnić jego smak.  W całości dominuje smak mlecznej czekolady wymieszanej za zbożami. Czekolada to też typowa Kinderka. Bardzo mleczna i zdecydowanie słodsza od kremu. Co już sprawia, że całość nabiera cukrowej mocy. Jest gęsto, oblepiająco i błotnisto. Jakbym powoli zatapiała się czekoladowym bagnie i spazmatycznie chwytała powietrze. Ziarna? Tak po prawdzie to nie zagłębiałam się w ich smak. Miały zbożowy posmak i były twardawe. Moim zdaniem było ich nieco za dużo. Słodyczy i tak nie tłumiły, a zajmowały miejsce białemu kremowi.

Źle nie było, ale dobrze też nie. Mimo dodatku zbóż, podczas jedzenia ciągle miałam w głowie słowo „ubogo”. Za mało białego kremu, a za dużo słodyczy. Do konsystencji już się czepiać nie będę, może tak miało być, a może to moja wina bo za długo trzymałam te jajo.  Już lepiej kupić normalny batonik Kinder Country, bo właściwie ten produkt to takie MEH
Ocena:6,5/10
Kaloryczność:100g/540kcal, sztuka(21,5g)/116kcal
Gdzie kupiłam: Żabka
Cena: 1,99zł
Nawet nie wiem czy gdzieś można jej jeszcze kupić.
Pa