31.10.2014

Snickers & Hazelnut, Biedronka



Czy jest jakaś różnica?

„Skoro w Japonii mają takie odjechane smaki KitKatów, to pewnie i Snickersy mają ciekawsze” . Taka myśl przyszła mi do głowy jak się zastanawiałam o czym by tu we wstępie napisać. Z pełnym wiec wigorem i ciekawością wyruszyłam w wyprawę po najmroczniejszych czeluściach Internetu. I ze zdziwieniem musiałam stwierdzić, ze po względem Snickersów Japonia jest po prostu mało kreatywna i nieciekawa. Spodziewałam się nugatu o smaku zielonej herbaty, sakury, nawet truskawek, nic takiego nie znalazłam. To było wręcz rozczarowujące. Nippon, co jest?
Snickers & Hazelnut, czyli nasz dobry batonikowy znajomy tylko, że zamiast samych fistaszków mamy również orzechy laskowe. To było do przewidzenia, że się skuszę na ten produkt. To było nieuniknione, jak głupie spoty podczas kampanii  wyborczej. Niby kiedyś już te batony były w sprzedaży, ale ja ich wcześniej nie widziałam. Tym bardziej musiałam to mieć. Początkowo, po zakupie myślałam, że chyba musiałam połamać Snickersa, bo opakowanie dziwnie się gięło pośrodku. Dopiero przy otwarciu zobaczyłam, że zamiast jednego dużego batona mam dwa  mniejsze. Może to i dobrze.

Smak: polewa jest uniwersalna. Niczym się nie różni od innych czekoladowych polew rodziny Marsów. Niezbyt gruba, słodka, mleczna i po prostu smaczna. Nie ma tu większej filozofii, jest dobra i tyle. Warstwa karmelu również jest kropka w kropkę identyczna z normalnymi Snickersami. Jak zawsze jest słodki, lepi się niemiłosiernie, ale jednocześnie jest idealny. No i tu dochodzimy do sedna, czyli orzechy. Czuć wyraźnie, że były prażone, mają ten lekki dymny posmak . Były chrupiące, acz lekko twarde. Ale jakbym nie wiedziała, ze są tam orzechy laskowe to podczas bezmyślnej konsumpcji nie wyczułabym różnicy. Owszem, teraz czułam pewną inność, lecz przecież bardziej się skupiałam na wyczuciu smaku. Różnica była naprawdę subtelna. Na samym końcu jest moja nie ulubiona część: nugat. Bardzo słodki o sztucznym dziwnym posmaku, który mi nie zupełnie odpowiadał. Był zdecydowanie gorszy niż w normalnej wersji. Nie wiem jakie aromaty oni tam wsadzili, wolałam w to nie wnikać. Nie było to smaczne, zjadliwe tak, ale nie smaczne. 
Podsumowując batonik całościowo jest całkiem dobry. Nie było tu efektu wow, orzechy laskowe były za mało wyraźne, było bardzo słodko, a nugat jedzony oddzielnie dał się we znaki. Jednakże jeżeli lubicie Snickersy to ta wersja powinna przypaść wam do gustu.
Ocena: 7/10
Kaloryczność: 100g/489kcal, 37,5g/183kcal
Gdzie kupiłam: Biedronka
Cena: 1,59zł

A właśnie, dzisiaj Halloween, muszę kupić dynię :D

29.10.2014

Baton Grunchy for life: Orkisz



Tylko czemu Grunchy?

Pamiętacie ten szał na dietę Dukana? Na pewno pamiętacie, wszędzie się o tym rozpisywali i pewnie z ¾ gwiazdek żywiło się w ten sposób. Mi wystarczył jeden rzut oka na rozpiskę faz i dozwolonych produktów by stwierdzić, że będę się trzymać od tego z daleka. Nie tylko dlatego, że nie potrzebuje żadnego ubytku w mojej wadze( nie szukam pracy jako eksponat dla studentów uczących się układu kostnego),ale również dlatego, ze to by całkowicie przewróciło mój jadłospis do góry nogami.  Naprawdę, jem mało mięsa, za to wszelkie słodycze, zboża, owoce i warzywa są mi bardzo bliskie. A tu bym musiała początkowo zrezygnować z pysznego, cieplutkiego chlebka  żytniego gruboziarnistego na rzecz takiej przykładowo cielęciny. Nie, dziękuje postoje.  Nie wspominając co dieta wysoko proteinowa może zrobić z nerkami. A zresztą, wystarczy popatrzeć na supernianię żeby wiedzieć, ze nie  warto pędzić bezmyślnie za każdą nową dietą (teraz pewnie jakaś inna jest modna). A teraz przedstawiam produkt, który by zapewne nie zyskał aprobaty doktora Dukana.
Ania, Grunchy for life, Orkisz. Baton powiedzmy że musli, chociaż nigdzie nie widnieje słowo musli, ale dla mnie baton, który w głównej mierze składa się ze zbóż zasługuje na nazwę musli. Żyłabym sobie w błogiej niewiedzy o istnieniu tej linii gdyby nie Olga K i Anonim (nie Gall). Przez nie z większą uwagą przeglądałam półki z batonikami, zdrową żywnością i zbożami. Dopiero przypadkowo w osiedlowym sklepie natrafiłam na te batoniki, leżały w pobliżu kaszek dla dzieci. Oczywiście potem znalazłam je w aptece, a znalazłam je bo szukałam czegoś innego, norma. Na półce leżały trzy wersje, orkisz, owies , orkisz z żurawiną i chyba jakiś z jabłkiem. Wybór ładny i zacny. Wybrałam sam orkisz, bo poczułam mrok w sercu i czarne opakowanie bardziej mi się spodobało. A jeżeli ciekawią was inne bio i niebio produkty Ani to tu macie link do strony. Skład jest bardzo ładny, opakowanie wysublimowane, a zawartość…

Smak: zapach mnie zadziwił, pozytywnie żeby nie było. Pachniał jak toffi, jak najprawdziwsze toffi. To było obiecujące. A smak spełnił tę obietnicę. Słodycz jakby palonego cukru, wymieszana ze śmietanką przypominała mi odpustowe słodkie szyszki z preparowanego ryżu. Dodatek otrębów tylko wzmagał te skojarzenie. Połączenie mąki orkiszowej, syropu ryżowego i tłuszczu sprawiło, że baton nie był rozsypującym się zlepkiem płatków owsianych. Bardziej przypominał miękkie ciasto z ogromną ilością orkiszu. 
Tak, to było dobre, to było naprawdę bardzo dobre. Prosty w sumie skład, prosty ale idealny smak toffi. Wprawdzie bardziej mi smakował batonik Clif, ale to stanowi dobre zastępstwo.
Ocena: 9/10
Kaloryczność:100g/403kcal
Gdzie kupiłam: osiedlowy Chorten
Cena: 2 z groszami


Teraz sobie przypomniałam, ze modna teraz jest dieta bezglutenowa. No cóż, jeżeli komuś to służy, to proszę bardzo. Mi tam gluten nie szkodzi, lubię gluten. Mogę być niemodna.
Pa

27.10.2014

Muller Reis Kompott: Rabarbar



Muller, ogarnij się.

Niech ktoś mi łopatologicznie wytłumaczy jedną kwestie. Czemu pracodawcy zamieszczają ogłoszenie, że mają nabór na to pomoc biurową, zapraszają na dzień praktyk i dopiero wtedy okazuje się, że ta pomoc biurowa to pic na wodę? Na serio, czy osoba idąca w pełnym przekonaniu, że będzie siedzieć w biurze i stukać w klawiaturę/przeprowadzać rozmowy telefoniczne/kserować papiery itp.  tak chętnie przystanie na zmianę tego, co ma wykonywać? W tym wypadku namawiać ludzi na zmianę dostawcy energii elektrycznej. Już widzę siebie jak radośnie wciskam kit naiwnym ludziom, zręcznie omijam niewygodne pytania i omamiam ich szansą zaoszczędzenia paru złotych, bo jak to, nie chce pani mieć tych paru złotych na leki? Yhm, już pędzę lecę, ino wyśle tylko swoje sumienie na wakacje, gdzieś daleko. Czy jest ktoś, kto by chętnie przystał na taką zmianę tego co mieliśmy wykonywać? Osobiście czułam się zaskoczona, zniesmaczona i zażenowana, chociaż tylko stałam i patrzyłam się na to, jak ludzie chętnie pokazują swoje faktury i dowody osobiste obcemu kolesiowi. Serio ludzie, nie pokazujcie każdemu pukającemu do drzwi takich rzeczy, bo tak was zamota, że zanim się spostrzeżecie będziecie ogłupieni podpisywać jakieś dokumenty. A co to ma do dzisiejszego produktu? Absolutnie nic, ale chciałam się tym z wami podzielić.
Milch Reis Kompott: Rabarbar, deser mleczno-ryżowy z wsadem rabarbarowym. Tak zgadza się, znowu Muller. Proszę nie przewracać oczami, bo wam gałki wypadną z oczodołów. Dostępny na razie tylko w Biedronce, tak samo jak wersja agrestowa. Jak pamiętacie czarny bez i śliwki są jeszcze do zakupienia w Żabce, ale pewnie po wyższej cenie, więc możecie wybrać, czy wolicie owady czy płazy. A zresztą nie wiem nawet czy jeszcze w Biedronce są te deserki, mogą nie być. Po tym smaku spodziewałam się lekkiego kwasku, przecież rabarbar jest dość kwaśną rośliną. Więc jak usłyszała, że jest to trochę mdłe i takie nie za bardzo udane, to poczułam się jakby mi ktoś cegłówką przyłożył. Nie fajnie. Odkładałam spożycie jak to tylko możliwe, ale trzeba spojrzeć wrogowi prostu w twarz (czy też w ryż)i podjąć rękawice.

Smak:  wsad owocowy jest… wsad owocowy smakuje jak… rany boskie, nie ma co owijać w bawełnę, wsad owocowy sam w sobie jest obrzydliwy. Nie smakuje jak rabarbar, jest przesłodzony, ma dziwny sztuczny posmak, jest mdły i po prosty błeee. Nie mam pojęcia co poszło nie tak, samodzielnie nie dało się tego jeść. Na szczęście jest jeszcze ryż w mlecznej zalewie. I tu już sprawa ma się lepiej. Ta część nie jest przesłodzona i nie ma dziwnego posmaku. Całość jest intensywnie mleczna i trochę tłusta, a ryż jest nierozgotowany.  Myśląc, że robię wielki błąd wymieszałam odrobinę wsadu z mleczną częścią. I wiecie co? W połączeniu z ryżem wsad stracił swój obrzydliwy posmak , a ilość cukru przestała tak zawadzać. 
I chociaż nie powiem żeby całość stała się wspaniała i arcysmaczna, to przynajmniej stała się zjadliwa. Jednak nadal twierdzę, ze ten wsad nie smakuje jak rabarbar. Sama nie wiem jaką ocenę wstawić, stąd ten znak zapytania.
Ocena: 6(?)/10
Kaloryczność: nie podana
Gdzie kupiłam: Biedronka
Cena: poniżej 2zł

Przez tę ofertę pracy tylko czas zmarnowałam. Czas, który miałam poświęcić na zrobienie chleba. Może dzisiaj mi się uda.
Pa

25.10.2014

Grześki: orzechowe i dziel na 6 kakaowe



Grześki to fajne chłopaki?

Jeżeli nie masz pomysłu jak nazwać produkt końcowy wyciągnij z zanadrza imiennik. Taką logiką kierują się nie tylko rodzice nowych ludzkich produktów(btw. wyobrażacie sobie mieć przyczepioną do ciała metkę z napisem Made in *tu wstaw imię matki*?) ale również producenci, w głównej mierze producenci słodyczy i napoi. Mamy batoniki Pawełki, Wojtki, Macieje oraz Danusie, cukierki Michałki z Wawelu. Z napoi jest Kubuś, Zbyszko oraz Helenka. Pewnie by się znalazły jeszcze jakieś produkty, ale obecnie tyle przychodzi mi do głowy. Dzisiaj skupię się nad jednym imieniem w podwójnej odsłonie. Według Leksykonu imion* osoby tak nazwanesą „nieco oschłe i nie zależy im, aby się umieć komuś przypodobać”. Despotyczni, niedyplomatyczni o silnej woli, lubią stawiać na swoim* Uch och, nie zapowiada się to dobrze
Fajny mam kalendarz?
Grześki Orzechowe, wafel przekładany kremem orzechowym w czekoladzie mlecznej. Lubiłam kiedyś Grześki, znaczy nie tak bardzo jak Princessę czy Prince Polo ale jak dostałam to nie wybrzydzałam. Próbowałam znaleźć informacje od kiedy Grześki są w sprzedaży ale z marnym skutkiem. Strona internetowa jest pod tym względem zupełnie bezużyteczna. Ale dorzeczy, od Grześków zrobiłam sobie paroletnią przerwę, nawet nie pamiętam kiedy ostatnio je jadłam, może w podstawówce. Więc wszelkie zmiany dotyczące wyglądu czy też smaku, różne limitki (jeśli były) i nowości mnie omijały, bo mnie to nie interesowało. Dopiero ostatnio dojrzewała u mnie myśl by ponownie spróbować tych wafli, a wpis na fanpagu od Alicji S. (ochrona danych osobowych) dał mi zachęcającego kopa w tyłek. Z tego rozpędu to nawet 2 wzięłam, a co, jak szaleć to szaleć. Mamy tu wersje orzechową, czyli taką jaką najbardziej lubię, oprócz kokosowej, której Grześki nie mają. Może to i dobrze, ze nie mają, bo…

Smak: polewa czekoladowa jest po prostu słaba. Dawno nie jadłam tak słabej polewy. No serio, myślałam przez chwilę, że jem coś przeterminowanego. Jak słodki, miękki plastik, albo wyrób czekoladopodobny (na jedno wychodzi). Dobrze, że przynajmniej jest cienka, więc nie musiałam się „delektować” tą częścią. Wafel jest normalny, waflowaty. Suchy, kruchy i lekko obsypujący się. W końcu doszliśmy do nadzienia. Przez chwile się zastanawiałam, gdzie się podział ten orzechowy smak, uciekł ze strachy przed polewą czekoladową? Dopiero po chwili poczułam coś tak jakby orzechowego, ale to nie jest poziom jakiego bym oczekiwała. To jest orzechowe echo, a nie smak. Szczerze to bardziej czułam jakiś dziwny, obcy posmak, który sprawił, że po raz kolejny sprawdziłam datę ważności, bo to niemożliwe żeby produkt tak nieprawidłowo smakował. A jednak możliwe, chyba, że podczas przechowywania coś poszło nie tak.

 Nadzienie było słodkie, słabo orzechowe, trąciło margaryną i miało dziwny posmak. No nie wiem, produkt się sprzedaje, czyli ktoś to kupuje, czyli komuś to chyba smakuje. I mam zagwozdkę, czy po prostu produkt nie trafił w mój gust, czy po prostu miałam pecha i wzięłam wybrakowany wafelek. Zjeść zjadłam, ciągle mając nadzieje, że mi posmakuje. Wiecie chyba, co się mówi o nadziei, co? Ocena jest taka a nie inna, bo jednak dało radę się to zjeść, tyle mojego.
Ocena: 3/10
Kaloryczność 100g/545kcal, 36g(wafel)/196kcal
Gdzie kupiłam: Auchan
Cena: 0.96zł



Grześki Dziel na 6 kakaowe, wafel przekładany kremem kakaowym. Pierwsza kwestia, co ja mam tu do kurzej nędzy dzielić na 6? Toż to przeciętnej wielkości wafel, tu nie ma co dzielić. Druga kwestia to absolutny brak czekoladowej polewy. I chociaż przy Góralkach-Horalkach nadal protestuje przeciw skandalicznemu ograniczeniu tej warstwy, tak tu już nie mam nic przeciwko. Biorąc pod uwagę smak polewy w orzechowej wersji to nieobecność czekolady uważam za zaletę. 

Smak:  wafel jest suchy, chrupiący i lekko się osypuje. Smak lekko słodkawy, bardziej w stronę neutralnego. Łatwo odrywa się od nadzienia, które jest niezbyt grube. Krem jest dziwną słodką wariacją na temat smaku kakaowego. Tak właściwie to jest bardziej mleczny niż kakaowy. Znaczy, ten smak kojarzy mi się z tanimi małymi wafelkami na wagę, tylko, że tamte są smaczniejsze. Na plus idzie fakt, krem nie jest przesłodzony.  I naprawdę nie ma co pisać o tym produkcie. Zły nie jest ale dobrym też bym go nie nazwała. To jest taki średniak, którego się zje i szybko zapomni, że się zjadło. Strasznie suchy i nijaki. Pewnie znajda się fani, ale ja do nich się nie zaliczam.
Ocena: 6/10
Kaloryczność: 100g/527kcal, 26g(wafelek)137kcal
Gdzie kupiłam:Auchan
Cena: 0,78zł

Dzisiaj podejmę kolejną próbę upieczenia chleba. Ostatnia skończyła się mega zakalcem, więc jestem ciekawa jak pójdzie tym razem. Czas włączyć „Eye of a tiger”, nałożyć wojenny kamuflaż i zwyciężyć… z chlebem. Skopię mu tyłek, piętkę, whatever.
Pa

23.10.2014

Lindt Excellence Dark, Lime Intense



Cytrusowa jesień

Mam wrażenie (i nie tylko ja), że ostatnio na blogach słodyczo/śniadaniowo/żarciowych zaroiło się od produktów Mullera. Ja sama nie jestem wyjątkiem. Żeby więc nie zasypać (czyt. oblać) totalnie tej części blogosfery jogurtami, deserkami, mlecznymi ryżami i mlekami smakowymi odsunęłam na inny termin otwarcie Muller Reis z rabarbarem. Ino tylko sprawdzę datę ważności, bo nie uśmiecha mi się jeść przeterminowany produkt. Stanęłam więc przed zadaniem, co wybrać? Szybkie spojrzenie do pudełka ze skarbami i mam, to będzie odpowiednie. Wprawdzie  ta czekolada nie jest za bardzo odpowiednia na tę porę roku,  ale na zimę tym bardziej nie, a do wiosny nie przetrzyma. Znaczy tyle, że produkt jest bardziej letni niż zimowy ale jeśli smak jest dobry to cały rok można jeść, nie?
Lindt Excellence Lime Intense, ciemna czekolada z limonką. Wypatrzyłam ją po raz pierwszy w gazecie, już daaawno. Jeszcze przed lipcowym wylotem. Jednak dopiero udało mi się ją kupić jakoś w hmm sierpniu albo wrześniu. I będąc zupełnie szczera mało mnie nęciła, nie wołała syrenim głosem „Weź mnie, weź mnieee”. Jednak z braku ciekawszych produktów stwierdziłam, ze Lindt to Lindt, i przynajmniej jako tako smaczne to będzie. No i jeszcze była kwestia ochroniarza, który z dziwnym wzrokiem obserwował moje poszukiwawcze manewry. Rozumiecie, chciałam mu udowodnić, że jednak coś wezmę i nie jestem złodziejką na rozeznaniu. I tak rzucając ostatnie zwycięskie spojrzenie panu ochroniarzowi „Widzisz, kupiłam coś. Moja gimnastyka przy półkach nie była bez sensu, jestem uczciwą obywatelką” wyszłam, dzierżąc w dłoniach limonkową czekoladę z niejasną myślą, że to było całkiem bez sensu.

Smak: sam zapach upajał. Głęboko kakaowy z cytrusową nuta i lekką słodyczą. A smak! A smak jest jeszcze lepszy. Naprawdę uwielbiam ciemnie czekolady Lindta. Przy nich odczuwa się przyjemność smakowania wyraźnego smaku kakao, jednocześnie nie czując jak gorzkość zalewa kubki smakowe. Jest idealnie słodkie, nie do zasłodzenia, do kosztowania. Przez całość nieśmiało przebija się lekko kwaskowaty i równocześnie słodki smak limonki. Trochę przypomina mi owocowe galaretki, tylko, że to jest mniej słodkie. Jednak jest pewno ale, kawałki limonki. Jak czekoladę się po prostu gryzie i połyka to nie przeszkadzają, ale jak już człowiek chce się delektować i trzyma kostkę w ustach do rozpuszczenia, to już jest pewien problem. Skórki są tak takie gumowate i trochę twarde, a po rozgryzieniu gorzkie. Nie przeszkadza to w przyjemności jedzenia ale troszkę drażni podniebienie. 
Z tego to też powodu nie mogę dać pełnych punktów, wolałabym nieco bardziej miękkie kawałki
Ocena: 9/10
Kaloryczność:100g/519kcal
Gdzie kupiłam: Społem
Cena: zabijcie ale nie pamiętam, poniżej 10zł

Zdecydowanie muszę dokupić czekolad, mam ich za mało.
Pa