29.09.2014

Lody Noblissima Walnut, Lidl



Tym razem inne orzechy

Nie wiedziałam o czym dzisiaj napisać, czy wybrać nowy smak Mullermilch (jeżyny) czy może lepiej wziąć na celownik lody. Rzut monetą (amerykańską, jakoś zaplątała mi się w portfelu) zdecydował. Do tego drugiego prędzej czy później wrócę. Możliwe, że później, bo w tamtym tygodniu przeszłam się do Auchana i „nieco” zaszalałam. Wpis jest dzielony na dwie części, w pierwszej będzie normalnie o żarciu, a w drugiej będzie łańcuszek. Łańcuszek w który wrobiła mnie Olga K. (DZIĘKI). Macie więc wybór, czy chcecie czytać te 7 faktów o mnie, czy też wolicie nawet nie zaszczycić tego spojrzeniem. I nie bójcie się, nikogo nie nominowałam, kto chce niech weźmie udział, droga wolna. Tak więc czas na tę bardziej interesującą część.
Lody Noblissima Walnut czyli po prostu lody śmietanowo-mleczne o smaku orzechowym  z karmelizowanymi kawałkami orzechów włoskich. Na pewno większości znane i … no czy lubiane? Spoilerować nie będę czy mi smakowały. Są to lody z polecania, dokładniej z polecenia, które znalazło się na FB bloga. Znaczy wydaje mi się, ze to o te lody chodziło, czy są jeszcze jakieś orzechowe litrowe lody w Lidlu? Bo szczerze mówiąc byłam tak zamotana, że od razu pomyślałam o tych i te chwyciłam nie patrząc na inne duże opakowania. Zresztą i tak oferta lodowa znacznie zmalała i nie mogłam znaleźć już  batoników lodowych. Taka sierota ze mnie, że też wcześniej ich nie kupiłam. Jak widać wzięłam lody z Noblissimy. Kupiłam je mimo, że jak wcześniej wspominałam, siedząc w domu mam ochotę zwinąć się w kłębek pod kocem, z gorącą herbatą w dłoniach. Nie zwijam się, bo jestem uzależniona od kompa, a na komputerowym krześle nie da się zwinąć w kłębek, wiem bo próbowałam, siniak zniknął po paru dniach. Ale w końcu, lody to lody, chociaż nie dla wszystkich marek byłabym zdolna na takie poświęcenia.

Smak: pierwsze co poczujemy to delikatny mleczno-śmietankowy smak porządnych, nierozwodnionych lodów (mimo, że woda w składzie jest). Jest tez słodycz, nieco większa niż w Haagenach ale nie przesadnie. Produkt nie jest przesłodzony. Po chwili zostajemy powaleni przez intensywny smak orzechów włoskich. To ja rozumiem. Orzechy walą w nasze kubki smakowe z siła rozpędzonego tira. Zachwyt pełną gębą. A oprócz samego smaku orzechów mamy jeszcze atrakcje w postaci średniej wielkości kawałków tegoż orzecha. Jest ich dużo, widać, że nie poskąpiono tego produktu. Są lekko słodkie, nie twarde ale też nie rozmiękłe. Dodatkowo sprawiają, że te orzechowe lody są rzeczywiście orzechowe.
 Normalnie cudo i to za niewygórowaną cenę. Niecałe 7zł za litr tak dobrych lodów jest ceną wręcz śmieszną. Algida orzechowa może się przy tym schować. Bardzo smaczne i względnie tanie, czego chcieć więcej.
Ocena: 10/10
Kaloryczność: nie podano
Gdzie kupiłam: Lidl
Cena:6,99zł


27.09.2014

Jif Creamy Peanut Butter i Cadbury Roasted Almonds



Wielka oleistość

O ile dobrze pamiętam  (nie chce mi się sprawdzać) to jest to chyba ostatni produkt ze Stanów, w którym istotnym składnikiem są fistaszki. Wprawdzie zostało mi jeszcze kilka produktów do opisu ale jest ich naprawdę mało i o żadnym nie mogę napisać, że zawiera masło orzechowe, czy, że jest masłem orzechowym.  Pewnie jeżeli kojarzycie co wcześniej napisałam na temat nagłego zrozumienia osób, które nie lubią tego typu produktów, to wiecie czego się spodziewać.
Simply Jif Creamy Peanut Butter, totalnie gładkie masło orzechowe. Żeby nie było, ja tego nie kupiłam. Jak raz wróciłam ze szwendania się po Manhattanie to już ten słoiczek na  mnie czekał. No i co mogę powiedzieć. Na pewno ma gorszy skład niż te z Trader Joes . Niby nie ma tych dodatkowych składników dużo  ale rozbestwiłam się poprzednim produktem i wielkiego entuzjazmu ta lista u mnie nie wywołała. Jest cukier, jest melasa, są tłuszcze roślinne i są kwasy tłuszczowe. Wiecie, że zazwyczaj nie przejmuje się tym co znajduje na etykiecie ale tym razem sprawdziłam, bo jak Trader Joes udowodnił, można sprzedawać doskonały produkt składający się jedynie z orzechów i soli. Jeszcze parę słów o marce Jif, zanim przejdę do smaku. 
Jest to firma produkująca głównie masło orzechowe, powstała w 1958 roku i według słów na oficjalnej stronie, szybko stała maślanym ulubieńcem. Mamusie szybko się poznały na eeee „superior” smaku powstałego z prażonych fistaszków. W ciągu lat oferta poszerzyła się o masło ze zmniejszoną ilością tłuszczu  („fajny” to ma skład, super po prostu), z kwasami Omega 3 (masło orzechowe z olejem z anchois i sardynek i żelatyną z tilapii, smacznego) z naturalnym składnikami (zawiera 90% orzechów, pozostałe 10% to niepotrzebne dodatki)masło z orzechów laskowych, masło orzechowe ekstra puszyste (?), wersje z migdałami oraz z nerkowcem. No i jeszcze  smakowe masło orzechowe do maczania rożnych produktów. Ogólnie im dłużej patrzyłam to tym bardziej czułam nasilające się obrzydzenie. Jeszcze tylko wersja z orzechami laskowymi, migdałami i nerkowcami jakoś apetycznie brzmiały. Reszta, już mniej.


Smak: może przesadziłam z paskudnym smakiem, taki paskudny to on niej jest, właściwie jak przeskoczy się ten etap, który mnie bardzo obrzydza, to całość jest całkiem niezła. Smak  fistaszków jest wyraźny, czuć delikatną obecność soli, a nie czuć za bardzo słodyczy, niby wszystko w porządku. A skoro niby wszystko w porządku ze smakiem to czemu tak mi to masło nie pasuje? Ponieważ powyżej opisane smaki nie są pierwszą rzeczą jaką można wyczuć po skosztowaniu tego masła. W pierwszym momencie człowiek ma wrażenie, że wsadził sobie łyżkę margaryny do ust, aż chce się to wypluć. Po chwili robi się jeszcze gorzej bo margaryna zamienia się w olej. Przypominało mi to, aż za bardzo, momenty w którym musiałam wypić olejek rycynowy . Po prostu na samo wspomnienie mnie bierze na mdłości. Dopiero po tym etapie poczułam smak orzeszków, jednak samo czekanie na ten moment było pewną udręką. I kurcze, nie dam rady tego jeść w tej postaci, za bardzo mnie to obrzydza. U mnie to ma związek właśnie z nieprzyjemnymi skojarzeniami, nie mogę stwierdzić, czy u innych reakcja byłaby ta sama. Z tego co czytam ta marka naprawdę jest lubiana, więc widocznie innym to nie przeszkadza. Mi to przeszkadza, jeść tego nie będę, zużyje do ciastek czy innych wypieków. Ocena jest trochę obiektywna (smak okay) ale też nieco subiektywna (ten olej, fuuuj), spróbowałam ją wypośrodkować, bo sama nie wiem jak to ocenić.
Ocena: 5/10
Kaloryczność: porcja (31g)/180kcal
Gdzie kupiłam: USA
Cena: patrz wyżej



Cadbury Dairy Milk Roast Almond, kolejny produkt pod szyldem Cadbury, tym razem jest to mleczna czekolada z prażonymi migdałami.  O Cadbury nie ma co się rozpisywać, bo już parę ich produktów recenzowałam i prawie za każdym razem mi smakowały (prawie, Cadbury Creme Egg czyli czekolada z lukrem). Z dostępem do tej brytyjskiej marki nie miałam żadnego problemu, była w każdym sklepie, drogerii i warzywniaku. Z ciekawostek dodam, że dystrybucją Cadbury na terenie USA zajmuje się Hershey.

Smak: mleczna czekolada Cadbury jest ciągle taka sama. Posiada bardzo głęboki mleczny posmak, słodka na poziomie Milki i tak samo jak Milka nie ma w niej śladu kakao. Tłustawa, bez zjełczałych niespodzianek. Dobra stara Cadbury, nie dla osób szukających w czekoladzie niezwykłych doznań smakowych i wykwintności ale smaczna dla lubiących zwykłe mleczne słodziaki. W tej wersji mamy dodatek prażonych migdałów. Trochę szkoda, że te migdały nie były w większych kawałkach, wtedy ten produkt znacząco by zyskał na wartości.  Jednakże i tak dało się wyczuć te mini kawałki orzechów. Delikatnie chrupały nie kalecząc przy tym podniebienia. Wprawdzie ich smak był nieco za słaby jak na mój gust ale dał się wyczuć.
 Wolałabym bardziej solidne migdałowe uderzenie z lewego sierpowego, niż ten lekki plaskacz anemicznej nastolatki. Więc  chociaż cały produkt mnie za bardzo nie zachwycił to nie mogę powiedzieć żeby mi nie smakował. Był całkiem w porządku, tylko wolałabym coś bardziej charakternego.
Ocena: 7/10
Kaloryczność: porcja (7kostek)/210kcal
Gdzie kupiłam: USA
Cena: jak wyżej (ale metka z ceną się zachowała czyli mogę podać, 2,37$)

Boże, jest tak zimno a ogrzewanie włączą dopiero w środę. Jak żyć :(
Pa

25.09.2014

Muller Milch Reis a’la Kompott Pflaume, Ryż ze śliwkami



Mama, zrób powidła.

Ostatnio dowiedziałam się, że jestem wegetarianką. Jak dla mnie to nowość, bo o nie jedzenie mięsa to ja jeszcze siebie nie podejrzewałam. Gdybym żywiła się jedynie parówkami to owszem, to by miało sens ale ja parówek nie jem od dobrych paru lat, to nie to. W końcu dotarło do mnie, że owe bezpodstawne oskarżenie padło z powodu kupowania przeze mnie mleka roślinnego, zamiast krowiego. Hmmm, dla mnie logiki w tym za bardzo nie ma, bo nie trzeba być wegetarianinem żeby unikać normalnego mleka. Chociaż osobiście nie uważam, że mleko to biała śmierć i, że ludzie nie powinni pić tej krowiej cieczy, to jednak stwierdziłam, iż muszę poważnie ograniczyć jego spożycie. Oszczędzę wam opisu tego, co się działo jak w sierpniu nie hamowałam się z jedzeniem  nabiału w różnej postaci. Powiedzmy tylko, że moje wizyty w toalecie były częste, nawet bardzo częste, a mój brzuch przypominał ciążowy. Suma sumarum przerzuciłam się na mleko migdałowe, bo a)smakuje mi b)mój organizm nie zachowuje się po nim jak społeczeństwo francuskie przełomu XVIII –XIX wieku. Ale nie oznacza to, że całkowicie zrezygnowałam z produktów zawierających krowie mleko, po prostu zjadam ich o wiele mniej. Proszę, oto jedno z nich.  

Muller Milch Reis a’la Kompott Pflaume, czyli w nie demonicznym języku, Deser mleczno-ryżowy z wsadem śliwkowym. Właściwie zainteresował mnie jak tylko go zobaczyłam w gazetce promocyjnej Żabki (poprzedniej, nie tej obecnej). Nawet od razu w dniu rozpoczęcia promocji poszłam i pomacałam pojemniczek. Jednak jako, że wcześniej moje zakupy się nie udały i nie miałam wydanej reszty z banknotu 50złotowego, a drobniejszej gotówki nie miałam, to zrezygnowałam z zakupu. Nie wiem, wy też macie opory przed płaceniem większymi nominałami za bardzo drobne zakupy? Tak do 4zł? Bo ja tego nie znoszę. Jak mam większą forsę to zawsze planuje najpierw zrobić większe zakupy żeby nie narażać się na pełne pretensji „A drobniej nie można?*”.  Ale wracając na tor, wtedy zrezygnowałam, jednak po przeczytaniu pochwalnej recenzji na blogu livingonmyown (spoko, za reklamę nic nie biorę) polazłam do płaza, po ten oto ryż. Tak właśnie działa siła szeptanego marketingu :D
*i tak to usłyszałam jak dałam kasjerce 3zł, produkt kosztował 2,49zł

Smak: po pierwsze, zapach. Autorce powyższego bloga zapach części śliwkowej skojarzył się z zapachem grzanego wina. Ja takich skojarzeń nie miałam. Nie, dla mnie ten zapach skojarzył się z domowymi, śliwkowymi powidłami, które kiedyś robiła moja mama, zanim całkowicie straciła do tego cierpliwość (kiedyś wstawię wam zdjęcie specjalnej ogromnej patelni do dżemów i powideł, jest zajebista). Większej zachęty nie potrzebowałam, bo chociaż bułka z masłem i dżemem było dla mnie śniadaniowym koszmarkiem i traumą, to sam zapach lubię, przywraca wspomnienia (pisze to stara osoba w wieku dwudziestu kilku lat). Początkowo spróbowałam każdej części oddzielnie. W owocowej nie poskąpiono małych kawałków śliwek, nie widać tego bo światło miałam badziewne ale to nie była gładko zmielona masa. W smaku mocno śliwkowa ale tez mocno słodka. Tak szczerze to było to takie słodkie, że samodzielnie nie dałabym rady tego zjeść.  Nie czuć było kwasku, który by nieco złagodził ilość cukru.

 No ale jest jeszcze część ryżowa. Wiadomo jak to jest z takimi produktami. Bardzo mleczna, delikatnie, słabiutko słodka, nieco waniliowa. No i oczywiście ryżowa, w końcu to ryż na mleku, nie? I tak jak solo śliwki były za słodkie, tak wymieszane z ryżem dały się ze smakiem zjeść. Mała ilość cukru w ryżu była genialnym krokiem ze strony Mullera, dzięki temu całość nie była przesłodzona i mogłam zjeść ten śliwkowo-mleczny ryżowy deser z czystą przyjemnością.
Ocena: 8/10
Kaloryczność: 100g/111kcal (produkt ma 160g,nie chce mi się liczyć ale na oko będzie 175-180kcal)
Gdzie kupiłam: Żabka
Cena: 2,49zł (promocyjna)

Dobra, kupiłam w Lidlu tę zachwalaną czekoladę białą z nadzieniem migdałowym z Tygodnia alpejskiego. Zobaczę o co ten cały szum.
Pa

23.09.2014

Reese’s Sticks



Masło masłu nierówne

Ostatnio miałam szansę przekonać się, ze owszem, istnieje coś takiego jak niedobre masło orzechowe. I już mnie nie dziwi jak ktoś mówi, iż nie lubi takich produktów.  Rzeczywiście, jak ktoś swoje pierwsze spotkanie z masłem orzechowym miał z mało smacznym przedstawicielem takich smarowideł, to normalne jest, że do dalszych eksperymentów go nie ciągnie. Ale może na tym skończę, recenzję tego mało udanego produktu zostawię na inny czas. Teraz może coś baaaardzo udanego i smacznego.
Reese’s Sticks czyli dwa wafelki z nadzieniem z masła orzechowego, oblane mleczną czekoladą. I jest to mój ostatni produkt Reese’s, mój smutek i żal jest iście niewysłowiony. Ale to nic, przejdzie mi. Mam w końcu jeszcze na liście parę produktów Reese’s, których nie próbowałam. Za jakiś czas może spróbuje je zakupić. Zwłaszcza, że te produkty są dostępne w internetowym sklepie sprzedających produkty amerykańskie, o którym już tyle razy pisałam, że może przestanę, bo mnie jeszcze o reklamę posądzicie. Z góry już pewnie wiecie jaką ocenę wystawię temu wafelkowi, w końcu to Reese’s.

Smak: polewa z czekolady mlecznej jest przyzwoita. Wiadomo przecież, Reese’s nie kupuje się dla czekolady, więc wystarczy żeby nie miała smaku zjełczałego tłuszczu, i tak jest w tym przypadku. Obiektywnie rzecz biorąc jest nieco za słodka ale mając na  uwadze dalsze elementy to nie jest to jakaś wielka wada. Po prostu jest to wystarczająco dobra polewa czekoladowa, bez kakao ale i bez rozczarowania. Wafelek jest mniej suchy czy delikatny niż taki z Prince Polo. Jest to solidny, nie wilgotny i nie sypiący się wafel, który z łatwością można oddzielić od nadzienia. A jak wiadomo najlepsze jest nadzienie. 
Tak, to jest to, co w Reese’s kocham najbardziej. Prawdziwy, słonawy smak masła orzechowego. Trochę tłustawe, nieco suche ale ten smak jest boski. Dzięki soli czekoladowa polewa przestaje być przesłodzona, za to zyskuje na smaku. W tym wafelku czuć prawdziwe fistaszki. Całość jest orzechowa, delikatnie słona, czekoladowa i chrupiąca. Czy mogę prosić o więcej?
Ocena:10/10
Kaloryczność: porcja (opakowanie czyli dwa wafelki)/220kcal
Gdzie kupiłam: USA
Cena: jak wyżej

Mam wrażenie, że przez pobyt w Nowym Jorku trochę mi odbiło z amerykanizacją. Najpierw masło orzechowe (ale to już nawet było przed, tylko teraz się pogorszyło), potem w Biedronce dokupiłam syropu klonowego (bo mi posmakował, a w B był akurat dość tani) a teraz jeszcze Pumpkin Pie (eeee, tarta? placek? ciasto? na pewno dyniowe). Jeszcze trochę a zacznę gadać z charakterystycznym akcentem i nosić kowbojski kapelusz. Da się to zatrzymać? Głupio będę wyglądać w kowbojskim kapeluszu.
Pa

21.09.2014

Wedel Karmellove! Karmelowa z wafelkami



Świat się kończy

Jestem w szoku, jestem w ciężkim szoku. Czuję się jakbym w knajpie, przypominającą najgorszą spelunę, dostała wyśmienitą, najlepszą na świecie szarlotkę. Jakby zamiast spodziewane ciosu w twarz, ktoś mnie pogłaskał po głowie i dał cukierka. To jest miły szok i zaskoczenie ale jednak wciąż nie mogę uwierzyć, że to naprawdę TA marka. Ta marka, której produkty, delikatnie mówiąc, słabo mi podchodziły (z pewnymi chlubnymi wyjątkami). A jeszcze białe czekolady, białe! Czyli takie, które można bardzo łatwo spieprzyć. Bez dalszego ględzenia, proszę bardzo, oto mój szok.
Wedel Karmelove, Czekolada biała karmelowa z wafelkami. Nie wiem czy jest sens przedstawiać tę czekoladę, przypuszczam, że wszyscy w blogosferze ,ich matki i babki jedli ten wedlowski wyrób. Czytałam parę pozytywnych opinii na temat karmelowej serii, parę osób (również prywatnie) zachęcało mnie do jej spróbowania. I chociaż na początku się opierałam (bo to Wedel), w końcu uległam i oprócz tego smaku kupiłam od razu tę z orzeszkami. Trochę się za nią nalatałam, bo w pobliskich sklepach ta seria kosztowała tyle, ile z całą pewnością bym nie dała za 90g czekolady Wedla (tak, 90g, czemu nie 100g?nie mam pojęcia). Musiałam leźć do Stokrotki, by kupić je w promocyjnej cenie. I kończąc mój wywód dodam, że podchodziłam do tego produktu jak pies do jeża (szturchałam delikatnie, odskakiwałam z piskiem i patrzyłam się zdezorientowana i nieufna). Jak jednak widać zbyt długo nie zwlekałam z otwarciem tej czekolady.

Smak: pierwsze zaskoczenie przeżyłam jak po otwarciu poniuchałam czekoladę, pachniała wyjątkowo apetycznie, tak karmelowo. A smak, smak był, jak na Wedla, niewiarygodnie dobry. Śmietankowa biała czekolady idealnie harmonizowała z karmelowym akcentem. Nie było tu posmaku skwaśniałego, starego mleka, jak to w niektórych białych czekoladach. To naprawdę była całkiem porządna biała, śmietankowo-waniiowo-karmelowa biała czekolada.  Wafelek był chrupiący i chociaż nie dawał za bardzo smaku, to był ciekawym i nie niechcianym elementem. I chociaż ta czekolada naprawdę mi bardzo smakowała, to nie mogłam nie zauważyć dwóch małych wad. 
Po pierwsze: słodycz. Czekolada jest ciutkę za słodka, trochę mniej substancji słodzących dałoby lepszy efekt końcowy, bo tak po trzech kostkach czułam pewne zasłodzenie. Po drugie: tłuszcz. Nie, nie był to zjełczały śmierdzący tłuszcz pozostawiający obrzydliwy absmak. Po prostu momentami miałam wrażenie, że mam w ustach masło, słodkie masło, dobre masło ale jednakże masło. Więc te dwa elementy sprawiły, że ten produkt nie dostanie 10 punktów. Jednak sądzę, że ocena jaką zaproponuję jest bardzo dobrym wynikiem jak na markę, której wielką fanką nie jestem. Kto nie jadł może spróbować, może nie wszystkich zachwyci ale przynajmniej da się zjeść z pewnym smakiem.
Ocena: 8/10
Kaloryczność: 100g/546kcal, 15g/82kcal
Gdzie kupiłam: Stokrotka
Cena: 2,55zł (promocyjna)

Pozostaje mi tylko życzyć Wedlowi aby podążał dalej tą ścieżką, bo jest to właściwa droga. I kto wie, może wkrótce wrócą te smaczne wedlowskie czekolady, które pamiętamy (a przynajmniej ja pamiętam) z dzieciństwa .
Pa