31.01.2014

Koala no Machi, Mochi Chocolat, guma Hi-Chew



Japońskie słodycze część III

Jak widać wpadłam już w rytm: japońskie słodycze-> słodycze z Coś słodkiego-> polskie słodycze. Jest to jakiś sposób aby uporządkować kolejność pojawiania się produktów na blogu. Oprócz kolejnego wpisu, tu kolejność zostanie zachwiana, bo chcę w końcu otworzyć jedną rzecz, a i tak produkty z Coś słodkiego powoli mi się kończą. To, że mam chaos (twórczy, twórczy) w pokoju i na biurku, nie oznacza, że taki sam mam mieć na blogu. W sprawach żarcia wolę zachowywać się bardziej jak bibliotekarka niż artystyczna dusza i mieć wszystko z góry zaplanowane. I tak według kolejności nadszedł czas na następną część Japońskich słodyczy.

29.01.2014

Mcennedy Master of Taste, Cookie Dough, Lidl



Spieszmy się kupować, tak szybko odchodzą

Wyobraźmy sobie taką sytuację, mamy lato i jest gorąco jak w piekarniku szatana. Ludzie desperacko poszukują czegokolwiek aby się schłodzić, nadużywają piwa i napoi wszelakiego rodzaju oraz stoją w kilometrowych kolejkach do budek z lodami. Generalnie człowiek ma ochotę położyć się w cieniu i umrzeć, otoczony zapachami: potu osób cierpiących na uczulenie na wodę, przysmażanego ciała niewiast o brązowych licach i starego, zwietrzałego filtra kupionego 5 lat temu w okazyjnej cenie na wczasach(no, nie wygłupiaj się, jeszcze połowa opakowania jest, a ty chcesz nowy kupować, oj Krycha, Krycha, głupiaś). I w takim momencie, wtedy, kiedy by się to najbardziej przydało, Lidl nie rzucił wygłodniałemu tłumowi  lodów z Amerykańskiego Tygodnia. Zapłonęłabym wielkim oburzeniem gdyby nie to, że i tak było mi gorąco bez samopodpalenia, dziękuje bardzo. A tak tylko się fochnęłam, się obraziłam i kazałam Lidlowi się domyśleć co zrobił nie tak. Lidl nie domyślił się, jak to facet i z kolejnym tygodniem tematycznym kazał czekać aż do teraz. I teraz są lody w sprzedaży… w styczniu…, gdy ludzie dla odmiany powoli zamieniają się w rzeźby lodowe… gdy po 20 minutach spaceru człowiek przestaje czuć swoją twarz, za to z całą wyrazistością zdaje sobie sprawę z obecności swoich dłoni i tego, że ma zbyt cienkie rękawiczki… hej logiko, gdzie idziesz, logiko, wraaaacaj.
Master of Taste, Cookie Dough, według polskiego składu są to lody waniliowe z kawałkami ciasteczek i czekoladą. No nie wiem, ja się spotkałam z opinią, że są to lody o smaku masy ciasteczkowej(piszę to przed konsumpcją), pożyjemy, zobaczymy. Oprócz tego są jeszcze smaki Chocolate Fudge (pisałam o nich tu), Bananalicious (bananowo-ciasteczkowe) i Strawberry Cheesecake (sernik truskawkowy, fuuuj). Wprawdzie podumałam trochę nad bananowym smakiem ale ostatecznie zdecydowałam się jedynie na ciasteczkowy. Przy ostatnim wpisie na temat tych lodów pojawił się komentarz, w którym ktoś pisał o podobieństwu tych lodów do produktów Ben&Jerry’s*. Rzeczywiście, widać, że ktoś się wzorował na tej marce, jednakże wątpię aby Ben&Jerry i Mceenedy to ta sama firma, tylko produkująca na inne rynki.  Co nie zmienia tego, że z wielką nadzieją zabrałam się za żarcie.
*NIE zaglądajcie na ich stronę internetową i ofertę smakową, dobrze radzę, nie róbcie tego, chyba, że wybieracie się do Stanów.
Smak: podstawa lodów jest bardzo smaczna. Słodka ale jeszcze w poziomie akceptacji moich kubków smakowych. Etykieta na opakowaniu nie kłamie, są one mocno waniliowe, naprawdę czuć tą wanilię. W porządku, samej wanilii tu nie znajdziemy ale przynajmniej jest tu naturalny aromat waniliowy, a nie wanilina, zawsze to coś. Oczywiście są, oprócz tego, intensywnie mleczne i tłustawe, czyli lodowa norma, woda na szczęście nie jest na pierwszym miejscu w składzie. Tylko te lody są nieco twardawe, omal łyżki nie złamałam, lepiej je najpierw trochę (ale trochę) rozmrozić, aby obyło się bez strat w sztućcach. W środku są zatopione niewielkie kawałki czekolady deserowej, całkiem niezła jak na taki dodatek. Czuło się lekką słodycz i intensywny smak kakao, jestem pod wrażeniem. Ostatnim elementem jest masa ciateczkowa. No i właśnie, jest to masa, a nie fragmenty ciasteczek. Ogólnie to smakuje jak ciasto na ciasteczka przed upieczeniem. 

 Nieco ziarnista przez cukier i bardzo słodka, trochę mączna ,mocno maślana, ciutkę słona i ekstra w smaku. Jeżeli kiedykolwiek podżeraliście surową masę, to pewnie kojarzycie ten smak, ja go uwielbiam. Kawałki są większe lub mniejsze ale z przewagą tego pierwszego.  Trudno wyrazić jak bardzo mi to smakowało, , nie są to wprawdzie Haageny ale za taką cenę są mistrzowskie. Jest tu wszystko co oczekiwałam, słodycz, wanilia, czekolada i ciasteczkowa masa. Moim zdaniem są przepyszne i jedyne czego żałuje to, to, że nie wzięłam dwóch opakowań, teraz może być już za późno. Smuteczek.
Ocena: 10/10
Kaloryczność: nie wiadomo
Gdzie kupiłam: Lidl
Cena: 7,99zł
Niech ten tydzień w końcu się skończy, proszęęę.
Pa

27.01.2014

Cadbury Dairy Milk with Oreo



Jak zdradziłam Milkę

Na ten produkt byłam strasznie napalona, jak nimfomanka, po przymusowym celibacie, w noc poślubną. Przecież moje ostatnie zamówienie, ze sklepu Coś słodkiego, było składane głównie z myślą o tej czekoladzie, a tu zamiast od razu rozpakować ją z niecierpliwością, to położyłam do szafki na później. To nie tak, że zapominałam o niej, o nie, ciągle pamiętałam. Tylko wiecie, musiałam skończyć inną, potem zaczęły gonić terminy ważności, potem pojawiły się jakieś limitki, potem słodycze świąteczne i tak się złożyło, że ten produkt pozostawał nieotwarty na dnie*. Dopiero kiedy znajoma z uczelni zapytała się mnie, czy jadłam taką czekoladę, to zapaliła mi się w głowie myśl, że może nadszedł czas na otwarcie tegoż produktu, nic mi na drodze przecież nie stało.
*no dobra, zapomniałam
Cadbury Dairy Milk with Oreo. Tego tłumaczyć nie będę, wydaje się, że wszystko jest jasne jak nieobsikany śnieg. Jadłam już Milkę z Oreo, która moim skromnym zdaniem była dobra ale tyłka ani żadnej innej części ciała nie urywała. To nie zmieniało faktu, że koniecznie chciałam spróbować wersji z Cadbury, właściwie to czułam, iż jest to niejako mój zakichany obowiązek, jak się powiedziało A to trzeba powiedzieć B*. Szczególnie po spróbowaniu innych produktów Cadbury, które mi niesamowicie posmakowały. Miałam więc duże nadzieje związane z ta czekoladą.
*szukam usprawiedliwienia na moje  wydawanie kasy na słodycze
Smak: będzie to dla was zaskoczeniem jak napisze , że czekolada jest mleczna? Pewnie jak czytaliście inne wpisy na temat czekolad Cadbury to nie.  Jest bardzo, bardzo mleczna, nawet w składzie zamieszczona jest informacja o ilości mleka, za to nie ma informacji na temat zawartości kakao, co nieco mnie  dziwi jako, że jestem przyzwyczajona do tego, iż takie informacje są zamieszczane na opakowaniach. Jakaś szczątkowa ilość kakao musi być w tej czekoladzie, bo inaczej ten produkt nie mógłby się nazywać czekoladą, jednak ja tego nie czuje. Nie żebym nawet oczekiwała tego smaku, podobna sprawa jak z Milką. A wspominając już o Milce to przecież nie mogłabym się obyć bez porównywania poziomu słodkości. A więc Cadbury(przynajmniej ta tabliczka) jest nieco mniej słodka niż czekolada pod znakiem fioletowej krowy i nieco bardziej tłusta. Te wszystkie uwagi nie zmieniają tego, że może nieco wbrew logice, ta czekolada bardzo, szalenie mi smakowała, wręcz rozpływała się w ustach. 

Nadzienie jest troszkę mniej słodkie od reszty, bardzo tłuste ale bez margarynowej niespodzianki smakowej. Trochę śmietankowe, trochę waniliowe i całkiem smaczne, wbrew pozorom nie ma tego nadzienia wcale tak dużo, o nie. Więcej miejsca zajmują kawałki ciastek. A te kawałki są dość sporawe. Są zdecydowanie większe niż te w Milce, bardziej kakaowe, delikatnie słodkie i kruche. A przede wszystkim przepyszne i uzależniające. Mogę ten produkt tak podsumować: moja znajoma stwierdziła, że dla niej smaczniejsza była Milka z Oreo, ja się z nią nie mogę zgodzić, bo dla mnie Cadbury zdecydowanie powaliła tamtą czekoladą jednym celnym prawym sierpowym. No, normalnie ten produkt tak mnie zachwycił smakowo, że pożarłam jednego dnia pół tabliczki, a tabliczka ta ma 120g dla przypomnienia. Nie jest to wytrawna czekolada dla koneserów kakaowego smaku ale w swojej kategorii jest mistrzowska.
Ocena:10/10
Kaloryczność:100g/555kcal, porcja(3kostki)/85kcal
Gdzie kupiłam: Coś słodkiego
Cena: 11,99zł

Mam nadzieje, ze jak będę zamawiać słodycze dla zwycięzcy lutowego konkursiku/rozdania (jak zwał tak zwał), to ta czekolada będzie w magazynie, byłaby to świetna nagroda.
Lody z amerykańskiego tygodnia kupione, już wczoraj towar był wystawiony, skorzystałam wiec  z okazji. Chyba można przewidzieć o czym będzie następna recenzją ;D
Pa

25.01.2014

Meiji Porute Cocoa, Pocky chocolate i Meiji ciasta Green Tea Cream



Japońskie słodycze część II

Mam nadzieje, że ten wpis nie będzie tak długi jak ten ostatni z serii Japońskie słodycze. Wydaje mi się, że to długość tamtego postu sprawiła, że układ tekstu wyglądał jak wyglądał. A wyglądał słabo, po godzinie męczenia się uznałam swoją porażkę i musiałam pójść ochłonąć, aby nie rozpieprzyć wszystkiego dookoła w drobny mak. Jakoś ten okres sprawia, że jestem bardzo nerwowa, ciekawe dlaczego, hmmm. Nie chce aby ciśnienie znowu mi się podniosło po walce z bloggerem (giiiiń),więc spróbuje zrobić tak aby dzisiejszy post był względnie krótki. Na pierwszy ogień pójdzie…

22.01.2014

Bellona Hazelnuts, Lidl



Lidl niezłymi podróbkami stoi

Ten wpis miał się pojawić w czwartek 23.01 ale z powodu mego gapiostwa pojawił się dzisiaj, usuwać go nie będę (bo parę osób już go skomentowało)ale następny wpis będzie dopiero w sobotę.
W czasie moich twardych postanowień ogarnięcia zbiorów i szlabanów na kupowanie nowych słodyczy, powinnam  równocześnie nałożyć sobie szlaban na wchodzenie w dział kulinarny na forum Wizażu. To miejsce to zło, szczególnie wątki o Lidlu i o nowościach spożywczych. I tak niczego nie podejrzewająca ofiara wlazła sobie pewnego razu na niebezpieczny teren. Zręcznie wymijała różne zasadzki i pułapki, uważnie rozglądała się po bokach w poszukiwaniu niebezpieczeństw. Jednak na nic się to zdało, gdyż została znienacka zaatakowana przez słowa „podróbka Bueno”. Próby bronienia się spełzły na niczym, gdy do ataku przyłączyło się słowo „promocja”. I tak zmasakrowana, sponiewierana i zrezygnowana ofiara założyła swoje dziurawe glany i poczłapała w kierunku zachodzącego słońca… tfuuu Lidla.
Bellona Hazelnuts, wafelki z nadzieniem o smaku orzechów laskowych, oblane czekoladą mleczną i ozdobione paskami z czekolady białej. Od razu poczułam się bezpieczniej jak zobaczyłam logo producenta, Mister Choc. Do tej marki mam akurat zaufanie, przecież inne lidlowskie podróby znanych batoników to również ich dzieło. Tak więc nawet jeżeli nie miałabym zostać zachwycona, to przynajmmniej nie spodziewałam się efektywnego plucia na odległość, z obrzydzenia. Nie będę robić pełnego porównania do Kinder Bueno, bo musiałabym kupić również rzeczone Kinder, a mi się nie chce ruszyć tyłka do sklepu, a dokładnego smaku nie pamiętam, bo dawno nie jadłam. Może powinnam kupić te miniaturowe Bueno w Realu, może kiedy indziej. Zanim jeszcze przejdę do smaku, w opakowaniu jest 7 batoników, każdy jest zapakowany w oddzielną folię, dzięki czemu można pozostawić sobie te wafelki na później (ha, ha, ha), taka mała informacja.

Smak: polewa czekoladowa jest, jak na polewę, całkiem w porządku, wiadomo, że jakiś rarytasów spodziewać się nie powinno. Jest bardzo cienka ale dawała się odczepić od wafelka. Słodka ale na normalnym poziomie, żaden ulepek. Może to moje pobożne życzenie ale wydaje mi się, że czułam smak kakao. Nieco tłustawa ale w porządku, białej czekolady nie dało się wyczuć ale nie ma co się dziwić, widzieliście ile jej jest? Pod czekoladą kryje się wafelek, ani nie za suchy ani nie za wilgotny, odpowiednio kruchy i wsio, tyle można o nim napisać. A sam krem jest, może nie boski, ale przepyszny. Intensywnie orzechowy z mocnym mlecznym akcentem. Wprawdzie jest bardziej słodki niż czekolada, można wręcz powiedzieć, że jest ciutkę przesłodzony ale jeszcze nie wstąpił na poziom „czysty cukier”. Mocno tłusty ale jestem w stanie to wybaczyć ze względu na smak. 
Mogę napisać, że ten produkt to strzał w dziesiątkę, krem jest tym za co się podaje, czekolada jest niezła, a wafelek nie psuje całości. Jedyną wadą jest to, że całość może się wydawać niektórym nieco za słodka. Ale jeżeli lubicie takie rzeczy to mogę zachęcić do kupna.
Ocena: 9/10
Kaloryczność: 100g/554kcal, porcja(21,5g)/119kcal
Gdzie kupiłam: Lidl
Cena: promocyjna 4,49zł, normalnie chyba powyżej 7zł

Sobie wczoraj przypomniałam, że dawno nie szperałam po stronie Ritter Sport. Przypuszczając, że może będzie wiadomość o wiosennych limitkach szybko pośpieszyłam z wpisywaniem odpowiedniego adresu w odpowiednim okienku. Moje przeczucie mnie nie zawiodło, jest zapowiedź edycji limitowanych. Dwie z trzech to powtórki z zeszłej wiosny: Cookies&Cream i  A la Crema Catalana, ale już trzeci to nowość. Zamiast Kakaosplitter (który mojego entuzjastycznego hurra nie wzbudził) będzie Baiser Nuss czyli coś z bezą i orzechami, może być smaczne ale również może być pieruńsko słodkie. Jedno wiem na pewno, kupię tą czekoladę.
Pa

21.01.2014

Cadbury, Marvellous Creations Cookie Nut Crunch



No nie znowu takie marvellous

Miło będzie po moim ostatnim elaboracie, który notabene był pisany przez dwa dni, widzieć coś krótkiego, prawda? Przynajmniej będzie to milsze dla moich obolałych od stukania w klawiaturę palców. Nie wspominając o tym, że pisanie tego zajęło mi o wiele mniej czasu, który teoretycznie powinnam poświecić sprawom uczelnianym. Niby tam żadnego masakrycznego egzaminu ustnego nie będę miała ale jakieś zaliczenia, do których powinnam się uczyć, z pewnością mnie czekają. No ale sesja sesją, a notka na bloga, posprzątanie całego pokoju, przejrzenie tumblr, przejrzenie ofert sklepowych czy zacerowanie pluszowych kapci się samo nie zrobi. Są rzeczy ważne i ważniejsze, sami rozumiecie* Nie rozwlekając tego znowu, to z nie upalnej Japonii przenosimy się do zachmurzonej Wielkiej Brytanii, gdzie i tak jest o wiele cieplej niż w Białym (dosłownie)stoku
*zajebiście nie chcę mi się uczyć do Statystyki
Marvellous Creations, Cookie Nut Crunch w wolnym tłumaczeniu jest to batonik czekoladowy z kawałkami herbatników, chrupiącym karmelem migdałowym (albo chrupiącymi migdałami w karmelu) i posiekanymi, prażonymi karmelizowanymi orzechami laskowymi. Z tej serii na stronie Coś słodkiego można jeszcze kupić wersję ze strzelającymi galaretkami (??!?)i drażetkami.  Dostępne są wersje w całych tabliczkach, jednak ja wolałam kupić więcej produktów, a nie większe produkty, więc wybrałam wersję tańszą.
Smak: czekolada jest mleczna, już wiedziałam czego mam się spodziewać, a konkretnie czego mam się nie spodziewać, kakao jest w ogóle nie wyczuwalne w odróżnieniu od mlecznego posmaku. Czekolada jest bardzo słodka, gdzieś na poziomie mlecznej Milki, może ciutkę bardziej. Tłustawa ale nie pozostawia niedobrego posmaku w ustach. Zatopione są w niej małe kawałki karmelu. Te kawałki są naprawdę malutkie, ale twarde. Dają się jednak rozgryźć z lekkim chrupnięciem. Trochę dawało się w nich wyczuć słodycz i smak śmietanki ale to wszystko. Jeszcze mniejsze niż karmel były orzechowe drobinki, o nich to szkoda gadać, bo żadnego smaku nie dawały, a szkoda. Na początku myślałam, że kawałki herbatników są orzechami, wielkość by się zgadzała. Dopiero po ugryzieniu zorientowałam się, że są to herbatniki.  Dość dobre, nie słodkie i mocno chrupiące, fajnie się komponowały z resztą czekolady, uwag krytycznych do nich nie mam. 
Tak w całości to nieco się rozczarowałam tymi kawałkami orzechów, równie dobrze mogłoby ich nie być, bo nic nie dawały. Nie czułam smaku ani orzechów laskowych ani migdałów, przynajmniej herbatniki i sama czekolada nie zawiodły. Jednak mimo to smakowało mi, tylko, że to nie było TO.
Ocena: 8/10
Kaloryczność:100g/525kcal, baton(47g)/245kcal
Gdzie kupiłam: Coś słodkiego
Cena: 3,99zł

W końcu się doczekałam. Od 27 stycznia do Lidla zawitają Stany Zjednoczone z Tygodniem amerykańskim. I tym razem będą moje ukochane lody Master Taste. Myślę, że tym razem wezmę smak masy ciasteczkowej, chociaż te bananowe też kuszą. Trochę niepokoi mnie zmiana etykiety na maśle orzechowym, mam nadzieje, ze zmienili tylko grafikę, a w składzie już nic nie kombinowali ale któż ich tam wie. Chociaż podobno na facebooku mieli stwierdzić, że zmian w składzie nie ma, no taką mam nadzieje.
I czy tylko ja nie widzę sensu w tym, że rzucają ofertę lodową zimą, a latem tydzień amerykański miał braki w tym zakresie? Gdzie sens, gdzie logika i co najważniejsze, GDZIE są moje grube skarpetki, stopy mi odmarzają.
Pa

19.01.2014

Toppo bitter, Meltykiss (1), Country Ma’am mini(1)



Japońskie słodycze część I

Wpis długi, więc skorzystałam z opcji „czytaj dalej”, wiem, że nie wszyscy to lubią ale ja nie lubię mieć tak długich postów na głównej stronie.  A, i jako, iż produkty dostałam od autorki bloga Na wsi w Japonii nie będę przedstawiać kategorii „Cena” i „Gdzie kupiłam”, bo to będzie bez sensu. Wybaczcie też dziwny układ wpisu, blogger znowu mnie nie lubi.
Postanowione, dzisiaj będzie wpis z kategorii „Słodycze z Japonii”. Jako, ze tego mam dość dużo, zadecydowałam, że zamiast skupiać się na jednym produkcie we wpisie, to będę robić to grupowo, po kilka. Jakbym miała robić to pojedynczo, to pewnie do lipca bym się nie wyrobiła. Tylko z góry uprzedzam: moja wiedza o Japonii jest mocno, jak by to powiedzieć, dyskusyjna. Nie powiem, kiedyś, dawno, dawno temu, jak Naruto Shippuden jeszcze nie istniał, dostałam lekkiego eeee bzika na punkcie kraju kwitnącej wiśni.  Oczywista oczywistość, że moje wyobrażenie o Japonii było bazowane na obejrzanych anime i paru książkach podróżniczych. W tym okresie koniecznie chciałam tam wyjechać, zamieszkać i mieć zajebiste przygody jak postacie z mang *facepalm*. Byłam przekonana o swojej wielkiej znajomości  Japonii i tego, że przyjmą mnie tam z otwartymi ramionami. Teraz wspominam ten okres z lekkim zażenowaniem, chociaż nie powiem, lekkie pozostałości  tego szału jeszcze mam. Jednak przekonanie o mojej wiedzy zostało rozpieprzone w drobny mak, niczym spokój studentów dzień przed najtrudniejszym egzaminem u najbardziej wymagającego wykładowcy. Podsumowując ten bełkot: moja wiedza jest nikła, mogę pieprzyć głupoty, macie zielone światło na poprawianie mnie jak będę przedstawiać produkty, no. Dzisiaj to będą: