11.07.2014

Metro, Coney Island i lody

Czwartkowa pobudka utwierdzila mnie w przekonaniu, ze calkowicie juz przyzwyczailam sie do zmiany czasu, a jet leg sie mnie nie tyka. Obudzilam sie o swojej ulubionej porze, czyli przed 5. Jako, ze wlasnego klucza nie posiadam, a drzwi zamykaja sie samoczynnie, nie moge niestety wychodzic na poranny spacer, to mnie troche uwiera. Po kilku godzinach czekania w koncu wyruszylismy w droge na Coney Island. a najprostszym sposobem aby sie tam dostac bylo skorzystanie z metra. Pewnie dla warszawiakow metro to nic takiego, ot srodek lokomocji jakich wiele. Ja jednak nigdy metrem nie jechalam, dla mnie to totalne novum.Dostalam do raczek wlasnych karte, ktora upowaznia do jazdy autobusami i metrem, bardzo wygodna w uzyciu.
Byla to podroz z przesiadkami, najpierw zajechalismy na stacje Manhattan, schodami przeslismy na inne tory i wsiedlismy do innego metra, ktore diabelsko dlugo jechalo. Z moich obserwacji wyciagnelam trzy wnioski: w NY jest duzo grajkow, w podziemiu jest okropnie duszno i goroco, a najlepszym sposobem na zabicie nudy podczas jazdy jest gapienie sie w smartfon. Powaznie, bylam chyba jedyna osoba, ktora w tym wagonie nie miala smartfona. Przyznam, ze widok grupy ludzi wpatrzonych w ekran telefony byl nawet zabawny. Mialam wrazenie, ze wszystko robili wszystko aby nie nawiazac kontaktu wzrokowego z inna osoba. Wtedy tez przekonalam sie jak wielki jest NY, Bialystok to przy tym mala, zabita dechami wiocha. Po chyba 30-40 minutach jazdy dotarlismy na Coney Island.
Pierwszym punktem bylo Akwarium, znaczy ten New York Aquarium. Ryb bylo duzo, w koncu DUH akwarium nie? Pare punktow bylo niedostepnych, jeszcze nie otrzasneli sie ze zniszczen spowodowanych huraganem Sandy.Przy punkcie z piraniami musialam wysilic swoje zdolnosci jezykowe, gdyz jakis wolontariusz zaczal informowac mnie, ze piranie wcale nie jedza ludzi. Nie chcac zniechecic chlopaka udawalam, ze tego nie wiedzialam (od czego ma sie National Geographic?). Po ktotkiej rozmowie(naprawde? wow. horrory klamia?) poszlismy dalej na popis lwow morskich. Mam mieszane uczucia do takich pokazow, z jednej strony sa zabawne, a zwierzaki pokazuja niezwykla zrecznosc i inteligencje. Z drugiej no... generalnie nie jestem za tresowaniem zwierzat do tego aby wykonywaly sztuczki ku uciesze gawedzi. Przy okazji zjadlam duzego presla, ktory smakowal jak cieply, lekko slony obwarzanek.
Po wyjsciu z Aquarium poszlismy na plaze i po raz pierwszy zobaczylam ocean. Ocean jak ocean, duzo wody i tyle. Oczywiscie, jak to przy plazy, bylo troche stoisk z zarciem i lodami. Wzielam dwie galki lodow wloskich. Po malym nieporozumieniu (czy lemon i vanilia brzmi jak strawberry? bo za ten smak  nakladajaca sie chwycila) dostalam rozek. Chryste Panie, nie zjadlam. Bylo tego za duzo. U nich jedna galka to jak u nas 2 porzadne galki. Majac do wyboru eksplozje z przejedzenia lub wyrzucenie lodow wybralam wyrzucenie. A szkoda, bo w smaku byly naprawde dobre.Wolalam jednak nie zwymiotowac w metrze, dziekuje bardzo.
Przy plazy bylo rowniez male wesole miasteczko, biorac pod uwage moj przepelniony zolodek spasowalam z rozrywek.  Pewnie bym jeszcze polazila ale trzeba bylo wracac do domu, metrem oczywiscie.
A teraz czekam az reszta sie obudzi aby ich poinformowac, ze zatkalam kibel. Glupio mi straszliwie.
Pa

21 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Chyba duzo osob tak teraz ma ;D

      Usuń
  2. Też zazdroszczę, ja byłam w Stanach (też głównie NY) za dzieciaka, prawie 20 lat temu,
    też chętnie bym się znów wybrała, bo podróżować lubię,
    a na pewno wolę od kiszenia się w pracy, nawet w takiej, którą bardzo lubię.
    A co do wniosków z metra, to w Warszawie doszłabyś do identycznych.
    Jedyna różnica to to, że warszawskie metro jest przeważnie cholernie zatłoczone.
    Jestem szczęściarą, bo przeważnie środki transportu publicznego nie są mi niezbędne do życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, wczoraj wracajac z Bronxu trafilam na godzien szczytu, igly nie dalo sie wcisnac a ludzie nadal probowali wlexc, wiec to zalezy od godziny podrozy.
      W NY to bez srodkow transportu to jak bez reki, w Bialym rozniez poruszalam sie jedynie piechota.

      Usuń
    2. Ja mam do pracy jakieś 800 metrów (10 minut pieszo), a poza swoją dzielnicę jeżdżę rzadko, najwyżej do kina/do lekarza/na piwo ze znajomymi. Zanim zmieniłam pracę musiałam dojeżdżać na drugą stronę Wisły, ale odkąd się przeprowadziłam i zmieniłam pracę, to nawet nie potrzebuję karty miejskiej.

      Usuń
  3. Powiem jedno - chcę tam być! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zacznij zbierac na wize i lot ;)

      Usuń
  4. I nawet lody mają większe :D.
    Ale serio: po prostu aż żal kuper ściska :D. A jeszcze jak się dorwiesz do Ben & Jerry's, to pomrzemy z zazdrości. Jeśli nie wszyscy czytelnicy, to przynajmniej ja w tej mojej wioseczce, w której dwie główne atrakcje to kościół i warzywniak :D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I kanapki i preclei ludzi ;D
      Mam nadzieje, ze sie wkrotce dorwe do tych lodow :)

      Usuń
  5. Boże, kocham Cię czytać! Ten zwrot akcji - zatkany kibel był mistrzowski. :D
    Ja też powtórzę, że zazdroszczę i chciałabym nawiedzić USA kiedyś, miejmy nadzieję że będę miała taką szansę kiedyś... Co do smartfonów, w każdym środku transportu coraz uznaje to za najlepszą rozrywkę (najbardziej rozbraja mnie 'gra' polegająca na hodowaniu kupy - Pou, nie zrozumiem jej fenomenu nigdy).
    I kiedyś jak byłam w Grecji to też kupiłam sobie radośnie dwie gałki lodów, po czym okazało się że to najlepsze lody jakie jadłam w życiu (bananowe wymiatały) i tak ogromnych gałek nie widziałam nigdy. W ciągu swojego pobytu jadłam je jeszcze wielokrotnie, ale nigdy nie podjęłam się zmierzenia się z dwiema. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odetkalam sama, slomka do picia :D
      Moze w koncu zniosa wizy i trzeba bedzie miec forse jedynie na lot i krotki pobyt tam.... taaa zniosa ;)
      No ja teraz tez bede prosiz tylko o jedna galke, nie lubie marnotrawic jedzenia.

      Usuń
    2. O matko... XD Przypomniała mi się od razu impreza w akademiku, gdzie jak się stłukł słoik z ogórkami, to jakiś geniusz postanowił wrzucić wszystko z szufelki do kibla. Okazuje się, że szkło nie bardzo się spuszcza. Więc później koleżanka pęsetą anatomiczną (taka długa) i w rękawiczkach wyjmowała zawartość toalety. Pęsetę pożyczyła od współlokatora i nie dowiedział się do czego posłużyła. Chociaż jako że to wszystko odbywało się w gronie weterynarii i tak na co dzień używana była do grzebania w preparatach. :P

      Usuń
    3. O, taka peseta bardzo by mi sie przydala :D. Ale historia przedna XD

      Usuń
  6. Relacja pierwsza klasa- czekam na więcej i więcej :) Zazdroszczę takich wakacji, eh a biedny człowiek tylko w pracy siedzi. Biedny historyk dodajmy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spoko, ten niebiedny historyk po powrocie do Polski rowniez bedzie biedny ;)

      Usuń
  7. Dołączam się do zazdrośników :) wielbię serial Friends, i matko-matko raz zobaczyć Nowy Jork, gdzie to wszystko się działoo....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musze powiedziec, ze wiekszosc NY nie jest tak reprezentatywna jak glowne dzielnice ale coraz bardziej mi sie tu podoba.

      Usuń
  8. hehhhh... nie będę oryginalna... pisząc otym że chciałabym mieć szczęśliwe życie po za granicami tego kraju, chciałabym zobaczyć USA....
    Taka karta dobrze że wygodna w użyciu.
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wlasciwie z USA tylko NY mnie ciagnal, no i moze Wielki Kanion ale reszta juz slabiej.

      Usuń
    2. oby i na mnie czas przyszedł... bo jak na razie to same przykrości mnie w życiu spotykają....

      Usuń
  9. Małe gałki to domena Polski, gdzie bym nie była dają 2xnasze.

    niestety, Twoje wpisy ciężko się czyta ze względu na gramatykę i ortografię :(

    OdpowiedzUsuń

Włączyłam moderację komentarzy, dzięki temu nie powinno już być weryfikacji obrazkowej.