14.03.2014

Kuro Karintou, Country Ma’am, Fujiya Choco Cake, Mini Pepper Mint Dark Chocolate Bar



Japońskie słodycze część IX

No i znowu będzie pożegnanie. Tak jest, dzisiaj będzie IX i jednocześnie ostatnia część Japońskich słodyczy. I tak myślę, że przydałoby się małe podsumowanie ale to na koniec. W tym miejscu jeszcze raz chciałabym podziękować autorce bloga Na wsi w Japonii, za możliwość posmakowania pewnej części asortymentu japońskiego rynku słodyczowego. Bez dalszego przeciągania, jedziemy z tym koksem.


Kuro Karintou- czyli…. no właśnie. Trzeba przyznać, że na pierwszy rzut oka nie wyglądają zbyt zachęcająco. Muszę powiedzieć, że dość podejrzliwie przyglądałam się paczce, zastanawiając się co to za licho. Przypuszczenia miałam różne ale ostatecznie stwierdziłam, że bez przesady, nie będę przecież posądzać Japończyków o takie dziwactwa smakowe, żeby moje przypuszczenia pakowali w torebki i sprzedawali w sklepach. Ostatecznie zdecydowałam, że są to chrupki o dość osobliwym wyglądzie i, nie wiem dlaczego, wymyśliłam sobie, że jest to smak kurczakowy.
 Dopiero po spróbowanie poszłam do Googli po informację i tam dowiedziałam się, że Karintou to tradycyjna japońska słodka przekąska, zrobiona z mąki, drożdży i brązowego cukru, smażona na głębokim oleju. To by tłumaczyło jedną rzecz jaka mnie zastanowiła w smaku. Tylko nie jestem pewna o co chodzi z tym Kuro, samo słowo znaczy czarny i znowu swoje przypuszczenia mam ale to tylko przypuszczenia.

Smak: przy pierwszym gryzie poczułam smak smażonych pączków, pysznych, świeżych pączków. Przy drugim gryzie poczułam smak odpustowych lizaków, wiecie, tych koszmarnie  twardych  na których można sobie połamać zęby. A przy trzecim gryzie odkryłam dodatkowo smak sezamu, przypuszczalnie czarnego sezamu, bo przy dokładniejszym przyjrzeniu się zobaczyłam małe czarne kropki. 
Osobiście poczułam się zachwycona, glazura dawała odpustową słodycz, a sam wygląd tego czegoś przestał mi przeszkadzać. Nie nazwałabym tego chrupkiem, bo to było dość twarde, trochę jak wysuszona bagietka, tylko smaczna.  Jak tam tłuszczu za bardzo nie poczułam ale przypuszczalnie było go co niemiara w tym przysmaku. I co mogę powiedzieć, tak jak na chipsy patrzę obojętnie, a małą paczkę mogłabym jeść przez 2 dni, to ten produkt zjadłam w nieprzyzwoicie krótkim czasie, tego nie dało się odłożyć, było za  dobre .Czy coś co smakuje jak świeży pączek, odpustowy lizak i sezam może być złe?
Ocena: 10/10
Kaloryczność:120g/568kcal

Ciastka Country Ma’am tak, tak, znowu te ciastka ale tym razem w nieco większej odsłonie. Ni e jest to ani mini ani minimini ciasteczka jak przedtem, teraz to ciastka normalnej wielkości. Tylko od razu może napiszę, nie mogłam za bardzo znaleźć informacji na temat tego smaku, przypuszczam, ze jest to edycja limitowana, a z samego opakowania mogłam tylko wysnuć wniosek, że jest to coś z orzechami włoskimi. Dopiero po głębokim przestudiowaniu japońskiej strony Internetu i przemieleniu niektórych stron przez tłumacza, wyszło mi, że to smak pieczonego kasztana, no, no. Na opakowaniu  każą podgrzać te ciastka ale ja nie jestem taka. 4 ciastka zjadłam na zimno i tylko ostatniego podgrzałam na próbę. Swoją drogą trochę głupio się czułam wyciągając duży i ciężki kombiwar po to, aby podgrzać jedno ciastko ale innego pomysłu nie miałam, mikrofali nie posiadam.
Smak: te ciastka miały dziwny smak, tak wiem, za dużo wam ta informacja nie mówi ale naprawdę trudno mi określić ten smak, tylko, ze jest dziwny i z czymś mi się kojarzy. Problem w tym, że nie wiem z czym mi się kojarzy, więc tego. Pewnie to kasztany tak smakują, nigdy nie jadłam więc nie mam porównania. Jest trochę orzechowy ale niedokładnie. Arhhhh! No nie wiem jak ten smak opisać, przykro mi. Ale jest dobry, inny ale dobry. Oczywiście ciastka są słodkie ale nie przesadnie. 
Skorupka jest twarda i krucha, a środek jest miękki i również kruchy. Po podgrzaniu czekoladowe groszki się lekko nadtopiły, a całość przestała być taka krucha, za to stała się parząca, auć. Osobiście byłam uradowana tą roztopioną czekoladą, była świetna. No i znowu, niby nic ale jednak całkiem smaczne to nic, mimo innego, obcego smaku. Chyba będę musiała kupić parę kasztanów na spróbowanie.
Ocena: 9/10
Kaloryczność: nie ma informacji

Fujiya Choco Cake, są to ci sami ludzie od ciastek Coutry Ma’am ale tego napisu na opakowaniu nie było, więc go nie wstawiłam na początku. Jest to ciastko czekoladowe i po krótkim, lecz dość śmiesznym, czasie spędzonym na paru stronach i na Google tłumaczu zobaczyłam, że jest tam coś o smaku dorosłych (znowu?) i brandy. Pomyślałam, jednak, ze może tak źle nie będzie. Poza tym miałam dobry humor po tym, co mi tłumacz wyrzucił ze swoich trzewi „Poczucie, że część jest świnka szmatką upadek nie mają wiele do żucia w ustach Kiedy jem (masz pęknięty zdjęcie przedniej części upada część, nawet jeśli dzieli się przez ręce, to dlatego) "widzę", takie tekstury również przekonany mrówki NA” . Google, kocham cię.

Smak: ciasto pokrywa cienka warstwa  czekolady. No wiadomo, jest to czekolada chyba deserowa, bo posmaku mlecznego nie czułam, Nie za słodka, ciutkę kakaowa, lekko rozpływająca się w palcach, tak, w palcach. Całkiem porządna polewa czekoladowa, acz brudząca. Następnie samo ciasto, spodziewałam się czegoś gąbczastego, a tu pierwsza warstwa była dość twarda i bardzo krucha, łatwo się rozsypywała. Sam środek był miękki ale też mocno się sypał. Co do smaku to nic nie mogę mu zarzucić, poziom słodkości był w normie. Na pierwszy plan wysuwał się smak czekolady, pysznej dobrej czekolady z intensywnym kakaowym posmakiem. 
Co do alkoholu to kątek kubka smakowego coś jakbym zarejestrował ale wydaje mi się, że  było to głównie zasługa aromatu. I chociaż muszę powiedzieć, że lekko  się obawiałam właśnie tego „smaku dorosłego” to mile zostałam zaskoczona, bo całość była pysznie czekoladowa. Trochę mnie irytowało te mocne kruszenie się ale to tylko drobna niedogodność.
Ocena: 9/10
Kaloryczność:155kcal


Whittakers Mini Pepper mint Dark chocolate Bar, właściwie to powinnam dodać w podtytule coś o Nowej Zelandii, bo jest to produkt właśnie z tego kraju. Z tego co znalazłam to ta firma sprzedaje czekoladę od 1896. Ofertę mają bogatą, mają czekolady po 250gramów, 50gramowe, małe czekoladowe kwadraciki, batoniki, czekoladki, coś co oni nazywają K-Bars i lody. Musze powiedzieć, że z czekolad to najbardziej mnie zaintrygowała ta z kiwi, takiego połączenia wcześniej nie widziałam.  Te maleństwo co ja mam to,  jak pewnie się domyślacie, ciemna czekolada z miętą.
 I wiem, że takie połączenie albo ludzie lubią albo nienawidzą. Ja należę do tej grupy co w sumie lubi ale tylko w określonym czasie, nie zawsze.  Do tej czekolady muszę poczuć ochotę, inaczej nie mam mowy abym przełknęła taki miks smaków. No i oczywiście mam pewne, bardzo wysokie, wymagania co do takich produktów. Nie ma nic gorszego niż czekolada smakująca jak tania pasta do zębów, a niestety na parę takich już się natknęłam.  Miałam nadzieje, że w tym wypadku nie będzie to miało miejsce.

Smak: czekolada jest deserowa, dość słodka jak na deserową ale nie za mocno słodka. Jest kakao , więc jest impreza i delikatna cierpkość. Twarda i nie rozpływa się w ustach, mało tłusta. Głównym smakiem, który wybija się na prowadzenie jest mięta. Na szczęście nie jest to ostry smak pasty do zębów, tylko sama odświeżająca mięta, która pozostawia uczucie takiego lekkiego chłodu. Nie zamula, jest smaczna, nie czułam po niej obrzydzenia, więc wydaje mi się, że mogę powiedzieć, że jest okay. Nie urywa mi żadnej części ciała ale jest po prostu w porządku.
Ocena:8/10
Kaloryczność:15g/81,9kcal

Tak więc czas na podsumowanie. Ze wszystkich produktów większość ,na szczęście, była jak nie zachwycająca to przynajmniej smaczna. Tylko dwa produkty nieco się na minus wybiły, oba o smaku zielonej herbaty (Meiji Matcha Green Tea  Cream biscuits, Meltykiss Green Tea) co pozwala mi sądzić, że nie jest to smak dla mnie. Bardzo mi przypadły do gustu trufelki Meltykiss (oprócz powyższego), ciastka Country Ma’am oraz wszystkie rodzaje „paluszków” czy to Pocky, czy to Fran, czy to Toppo. Niektóre były zaskakujące, tak jak Mochi czy Karintou, inne urocze jak ciasteczka z pandami, a inne po prostu smaczne jak guma o smaku zielonego jabłka czy KitKat z sakurą. Próbowanie i zgadywanie co ja właściwie jem było fajnym doświadczeniem. Przynajmniej odkryłam czego się wystrzegać przy ewentualnym przyszłym kupnem słodyczy z kraju kwitnącej wiśni.
Pa

19 komentarzy:

  1. Miętowa czekolada ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥ !
    ( japońskie też bym chciała ;) )
    Byłam w Społem wczoraj i tam nie było batona Wawela ;( ale była Toblerone w przecenie po 3,50 to wzięłam se. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze wiedzieć, ze ktoś nie reaguje obrzydzeniem na miętową czekoladę.
      Przynajmniej nie wyszłaś ze sklepu bez niczego ;)

      Usuń
  2. Olala, jakież to pyszności zostawiłaś na koniec :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę się zgodzić, wszystko bym chętnie przygarnęła :D

      Usuń
    2. Niby chrupki zostawiłam na koniec bo się ich bałam ;)

      Usuń
  3. Chyba można nazwać Almę sklepem dla burżujów?? (czekolady Heidi kosztują tam kupę kasy). Mamy we Wrocławiu taki nasz wrocławski jeszcze bardziej burżujski sklep EPI się nazywa (Ptasie Melczko Wedla kosztuje tak 18.00 zł-standardowe pudełko jakie można dostać wszędzie)......No i właśnie (zawsze jest jakieś ale czy inne właśnie), jakzobaczyłam to oczom swym nie uwierzyłam zgarnęłam kilka i do czytnika cen poleciałam. Czekolady Heidi kosztują od 5,90 zł do 8,90 zł. Kupiłam dwie na dobry początek i mocno orzechowego batona Wedla za 1,70 (jedyne miejsce gdzie udało mi się go spotkać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to, to... W Epi jest koszmarna drożyzna, koleżanka kupiła tam kiedyś dwa rodzaje jakichś ciast na imprezę i prawie 7 dych poszło się kochać. Dodam, że nie były to jakieś wielkie kawałki. Żeby było zabawniej, to Epi z zewnątrz wygląda bardzo niepozornie, taki sobie zwykły blaszany supermarket: http://dolny-slask.org.pl/foto/3736/3736903.jpg.

      Usuń
    2. Pierwszy raz słyszę o takim sklepie. I 18zł za ptasie mleczko to rozbój w biały dzień. Przypomniało mi się, że miałam zajść do Tesco zobaczyć czy nie mają tam czekolad Heidi, skleroza :P

      Usuń
    3. Kot Bury ani EPI wygląda niepozornie. Za to nigdy nie widziałam tam, aby była jakaś promocja nigdy nic - burżujstwo się bawi.
      Ale żeby nie było rowera się przed sklepem nie zostawi, od razu ochroniarz się materializuje i człowieka wyprasza - wiem widziałam.

      czoko, ano 18 zł, a zdarzają się jeszcze lepsze perełki.

      Ale w sklepie jest zawsze pełno ludzi.

      Usuń
    4. czoko, bo EPI to wrocławski sklep, jedyny na całe miasto. Podejrzewam, że nie bedzie zmasowanej ekspansji w całym kraju, i że ilością pobije obecność Biedronek ;-))))))

      Usuń
    5. To dziwne, ze sklep nie zbankrutował, nawet w Almie i Piotrze i Pawle są czasami fajne promocje.
      Heh, i tak pewnie bym raz zaszła, chwyciła się za głowę i portfel i wyszła.

      Usuń
  4. Ja bym chętnie te niby chrupki zjadła:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niby tak strasznie wyglądały a w rzeczywistości były bardzo smakowite. :)

      Usuń
  5. Mnie jakoś nie kuszą te słodycze z zieloną herbatą i miętą ,a reszta jak najbardziej sprawia ,że ślinka cieknie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z zieloną herbatą słusznie, reszta wypadła całkiem smacznie i zachęcająco. :D

      Usuń
  6. Należę do tego gatunku, który nie zje miętowych czekolad. Próbowałam się przełamać, ale nie :). Ten chrupek zachęcał, aż doszłam do opisu smaku odpustowego lizaka :P

    Ostatnio ubóstwiam Almową wyspę z przecenami w związku z datą ważności. Fajne perełki można znaleźć, akurat czekolady czy ciastek lekko przed/po terminie nie boję się jeść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzę, że znaleźliście sposób aby się nade mną poznęcać, Alma i fajne promocje to moje marzenie.

      Usuń
  7. Pierwszy raz widzę takie słodycze i powiem, że chętnie bym sobie właśnie zjadła, a nie mam nic słodkiego w domu.... Chyba zaraz zamówię dostawę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słowa "nic słodkiego w domu" wywołują u mnie zawsze panikę i wewnętrzny niepokój, brrrr.

      Usuń

Włączyłam moderację komentarzy, dzięki temu nie powinno już być weryfikacji obrazkowej.