30.08.2013

Lody Movenpick Maple Walnuts i ciastka Sasanki, Lidl



Kanadyjskie orzechy i jak się naćpałam ciastkami

Od kiedy założyłam bloga to czasami czuję się trochę jak ostatni burżuj. Zamiast pozostać przy czekoladach ogólnie dostępnych i względnie tanich, zaczęłam częściej kupować te droższe, zamiast spokojnie trzymać jedną czekoladę na czarną godzinę, robię (z pewną pomocą)zapasy jak na koniec świata*. No i zamiast grzecznie kupować lody z Algidy lub innych tańszych marek, ja szaleje z Haagen Danzs oraz z dzisiejszą  marką, na którą mój wzrok padł już jakiś czas temu.
*który i tak nie nastąpi, bo jak wiadomo z filmów Bohaterscy Amerykanie wkroczą do akcji i uratują całą ludzkość, przy akompaniamencie wzniosłej muzyki i z flagą powiewającą gdzieś tam w tle. Możliwe, że gdzieś tam by się zawieruszył Patriotyczny Orzeł, który z pewnością nie narobiłby Bohaterskim Amerykanom na łby.
 Lody Movenpick z syropem klonowym i z karmelizowanymi orzechami włoskimi. Niby te lody są dostępne tylko w dobrych delikatesach, a ja je widziałam również w pobliskim spożywczaku, który, nikomu nie ubliżając, na pewno nie jest delikatesem. Na stronie Nestle jest podanych 11 wariantów smakowych: Bourbon Vanilla (wanilia), Chocolate Chips (czekoladowe z kawałkami czekolady), Maple Walnuts (lody orzechowe z karmelizowanymi orzechami i syropem klonowym), Strawberry Cream (truskawka), Lemon Sorbet(sorbet cytrynowy), Wildberry Yoghurt(owoce leśne), Black Forest Cherry (likier wiśniowy, czekolada, kawałki wiśni), Wiener Kaffee (espresso z likierem z kawy i dodatkiem czekolady), Creme Brulee , Vanilla Chocolate oraz  Vanilla Chocolate Strawberry (wiadomo). 

Tak się zastanawiałam co wziąć, wanilia była za nudna(Carte D’or się kłania, głupia), czekoladowe mogę innej firmy spokojnie kupić, truskawkowe odpadły w przebiegach, na inne owocowe nie miałam z bardzo ochoty,  a te z likierami nawet nie brałam pod uwagę. Stwierdziłam więc, że najciekawszą i najbardziej bezpieczną wersją smakowa będzie Maple walnuts. Nie wiem jak smakuje syrop klonowy, nigdy go nie próbowałam, bo cena trochę odstrasza ale orzechy włoskie w lodach i innych słodyczach bardzo lubię, więc zaryzykowałam. Los mi sprzyjał przy kasie nie było Białorusinów z wózkami wypełnionymi czekoladami marki czekolada czy hektolitrami alkoholi wszelakich, nie musiałam się martwić, że mi się lody zamienią w trującą breje.
Zdjęcia nie mam bo skład był za długi i rozwlekły i mój aparat go nie łapał.

Smak: przede wszystkim są słodkie i to bardzo, powiedziałabym nawet, że trochę za bardzo. Nie jest to słodycz porażająca wszystkie zmysły ale osobiście wolałabym coś nieco mniej zacukrzonego. Na szczęście, przez to przebija oszałamiający smak orzechów włoskich. Nawet w czystej masie lodowej czuć ten smak. Same kawałki orzechów są głównie na wierzchu ale parę znalazło się i w środku. Te pierwsze rzeczywiście są karmelizowane ale te w masie to chyba nie, przynajmniej ja tego nie wyczułam. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że są przepyszne, lekko słodkie i chrupiące, nadają całości charakteru. Jeszcze dało się wyczuć lekko śmietankowy posmak ale nie znalazłam syropu klonowego. Ta cała słodycz jakoś nie smakowała inaczej niż taka normalna, czy to był właśnie ten syrop? Bo jeżeli tak, to myślę, że nie warto wydawać tyle forsy na to, co smakuje jak najzwyczajniejszy cukier
Co do konsystencji to łatwo się nakładało, nie miało żadnych grudek, więc obyło się bez strat w łyżkach. Czy warto wydawać kasę na te lody? Nawet nie wiem, nieco się waham, myślę, że odpowiednia cena dla tych lodów to jakieś 12-14zł, żadnych ekstra składników nie mają, sama natura też to nie jest, a smak mimo, że dobry, to jednak mam trochę wątów do niego. Przede wszystkim to, że spodziewałam się, iż syrop klonowy da jakiegoś ciekawego kopa całości, a to było tylko bardzo słodkie. Owszem smakowało mi i to bardzo ale ogólnie jak już kupować to raczej na promocji, przynajmniej ja mam taki zamiar.. Nie wiem ile kosztują bez promocji w większości sklepów ale ja, raz w jednym, widziałam cenę 20zł, zdecydowanie wielkie NIE dla takiej kwoty.
Ocena: 8/10
Kaloryczność: 100ml/134kcal
Gdzie kupiłam: Real
Cena: promocyjne 12zł

28.08.2013

Czekolada Boci oraz batonik Lottó



Madziarskie cuda od seri część III

Po zacukrzeniu spowodowanym przez ostatnią czekoladę, stwierdziłam, że przydało by się zjeść coś mniej mleczno-słodkiego, a bardziej idącego w stronę deserowej. Pogrzebałam w swym zapasiku, podumałam, pomyślałam i stwierdziłam, że mogę was podenerwować produktem, którego nie ma w sprzedaży w Polsce. Do tego wzięłam batonik z tej samej kategorii, a co, w grupie raźniej. Jak może niektórzy (a przynajmniej ci  co czytają tytuł i podtytuł) się domyślają czas na kolejną recenzję z serii Madziarskie cuda od seri.

Na pierwszy ogień pójdzie ta czekolada. Boci, ciemna czekolada z morelami i herbatnikami. Myślałam, że się popłacze z radości jak znalazłam skład po angielsku i nie musiałam się bawić w zgaduj-zgadula.
 Masa kakaowa jest na poziomie 50%, akurat jest to taka liczba, którą jestem jeszcze w stanie zaakceptować. Tak na marginesie to dziwi mnie to, że ktoś jest w stanie zjeść Lindta z zawartością kakao 99%, to na pewno jest zjadliwe? Raz brat przyniósł taką 90%, jak dla mnie to było nie do przełknięcia, węgiel brany na biegunkę bardziej mi smakował. Myślę, że 50% to zacna liczba, taka zrównoważona i wyśrodkowana. Szczególnie studenci lubią ją lubią i dążą na kolokwiach do uzyskania tego wyniku. Czekolada przyszła do mnie lekko nadłamana i załamana (została biedulka źle potraktowana na poczcie) ale najważniejsze, że nie była stłamszona, reszta mnie mało interesowała.
Smak: jak już wspominałam jest ona ciemno-deserowa, wobec czego nie trzeba się obawiać zamulającej słodyczy, ani, wykrzywiającej gębę, cierpkości gorzkiej. Bez mlecznego posmaku, za to z wyraźnym elementem kakaowym. 
Kawałki herbatników chrupią pod zębami ale jako tako smaku nie dają, jest ich za mało i w ogóle są za małe na to. Za to wyraźnie wyczuwa się smak moreli, wprawdzie też nie są to duże kawałki, ot od czasu do czasu da się wyczuć pod językiem takie małe, lekko gumowate kawałeczki ale efekt jest.  Dają taką owocową słodycz, która doskonale uzupełnia się z delikatną goryczką kakao. Czekolada jest dość twarda, nie rozpuszcza się w dłoni. W sumie jest bardzo smaczna, ani nie za cierpka ani nie za słodka, z ciekawym owocowym elementem, szkoda tylko, że te ciastka nie są bardziej wyraźne. Jeśli kiedykolwiek się na nią natknięcie to bierzcie śmiało, polecam.
Ocena: 9/10
Kaloryczność:100g/523kcal, 7kostek(22,5g)/112kcal

 A żeby nie było tak miło i uroczo, to teraz produkt, który nie do końca mi podpasował. Zresztą byłoby to dziwne i podejrzane, gdyby wszystko tak mi do końca ekstra odpowiadało, niebo w gębie i polecam serdecznie. Trudno oczekiwać, że druga osoba trafi  w 100% w nasz gust, bo gusta są różne. Kończąc tą moralizatorską gadkę przedstawiam wam ten batonik.
Batonik  Lottó, według tłumacza Google jest to „Ciemna czekolada wafel pokryty smak rumu z orzechowym nadzieniem”, wafla to ja tam nie widziałam ale skora tak twierdzi nieomylne Google… chociaż raz nieomylne Google stwierdziło, że mam raka jajników, tarczycy, prostaty i mam grzybicę głowy, więc na dwoje babka (tylko nie ziemniaczana, fuj) wróżyła. Użyłam translatora dopiero po spróbowaniu, bo chciałam się przekonać, czy mój zmysł smaku ma rację czy nie. Okazało się, że miał racje. Znaczy, mogłam wywnioskować po opakowaniu,  że to będzie coś z orzechami ale reszty nie byłam pewna. A, i nie bójcie się tego białego nalotu, to nie jest pleśń tylko efekt przechowywania czekolady w różnych temperaturach, spokojnie można ją jeść.
Smak: całość oblana jest cienką czekoladą , raczej nie pierwszej jakości i zdecydowanie nie mleczną, bo takiego posmaku nie czułam. Może nie przesadzili z cukrem ale na pewno poskąpili kakao, bo było prawie niewyczuwalne. Właściwie to chyba ta czekolada wchłonęła smak ciemniejszej części batonika. Wobec tego nasuwa się pytanie:  jak smakuje część ciemniejsza, ano smakuje alkoholowo. Nie jest to nachalny smak nadziewanych likierem czekoladek ale jakiś tam aromat jest. 
Masa jest zbita, lekko gumowata, a pod zębami chrzęści cukier albo kawałki mojego uzębienia, mimo to nie była przesadnie słodka. Niezbyt smaczna ale nie przesłodzona. Jaśniejsza część była znacznie lepsza. W niej wyraźnie wyczuwało się smak orzechów, jakby cały batonik był zrobiony z tej masy ten produkt byłby wyżej na mojej liście. Poza smakiem reszta jest podobna jak w ciemnej części. Nie będę ściemniać, że jest to super-hiper produkt, bo moim zdaniem nie jest, sytuację ratuje jedynie nadzienie orzechowe ale nie wykluczam, że osoby lubiące słodycze alkoholowe, mogłyby bardziej docenić ten batonik.
Ocena: 5/10
Kaloryczność: 100g/415kcal, batonik(25g)/104kcal

Dzisiaj idę na do wampirzyc na swoistą akupunkturę. Właściwie to w poniedziałek miałam iść ale na myśl o walce na śmierć i życie ze schorowanym dziadkami i obolałymi staruszkami zrobiło mi się ciemno przed oczami i obleciał mnie strach. Nie miałabym żadnych szans w starciu z całym zastępem. Z jednej strony dostałabym opowieścią o wrzodach żołądka, z drugie ogłuszyłoby mnie kazanie o tym jak młodzi tylko czas lekarzom zajmują a na koniec zostałabym znokautowana podejrzeniem o ciąże, aborcję, niepłodność ,narkotyki, anoreksje, bulimię i pasożyty, wszystko w jednym. Walka z góry była przegrana ,więc na pobieranie krwi wybrałam środek tygodnia, kiedy teoretycznie powinno być mniej ludzi. Jeżeli nie dam znaku życia do południa, pomścijcie mnie.
Pa

25.08.2013

Schogetten mleczna z kokosem i serek Tutti o smaku ciasteczkowym

Cukrowy kokos i homo-ciasteczkowy skandal

Są czekolady, które w sklepie omijam szerokim łukiem i żaden, nawet najbardziej wymyślny, smak nie zmieni tej sytuacji. W tej grupie mieszczą się Wedel i Wawel, cukierki czy inne słodkości tych marek jeszcze przejdą ale, moim zdaniem, ich czekolady to dno, muł, wodorosty i kraken. Jest też grupa czekolad, które mój wzrok obojętnie mija, mimo, że nie są jeszcze takie najgorsze, do nich zaliczam Alpen Gold i Goplanę. No i jest jeszcze ta kategoria „nawet mnie interesują i smakują ale jakoś zawsze z powrotem odkładam na półkę, bo wypatrzyłam coś bardziej interesującego”, pierwszą marką jaka mi przychodzi na myśl jest Merci, druga to dzisiejszy produkt.
Czekolada Schogetten z kremem kokosowym.  Już powinniście wiedzieć, że mam lekkiego bzika na punkcie kokosu. Oczywiście to, że dany produkt posiada coś kokosowego, nie znaczy od razu, że będę za tym lecieć niczym kibole-patrioci (wieczni wojownicy, obrońcy godności polskich dziewoj, zakute pały yyyy znaczy rycerze pełni honoru, PRAWDZIWI PATRIOCI!!1) za meksykanami. Patologicznie wręcz nie znoszę batoników Bounty, a woda kokosowa była jedną wielką pomyłką. Jednak większość z próbowanych produktów okazywała się strzałem w dziesiątkę, więc ciągle wypatruję nowych słodyczy z kokosem, aby się zachwycić. Jakiś czas temu wypatrzyłam taki produkt w Lidlu, a potem natknęłam się na niego w Realu.Jeżeli to nie był widoczny znak, że opatrzność chciała abym to kupiła to ja już nie wiem co mogłoby się do tego zaliczać.
Zanim przejdę do tej konkretnej czekolady to poinformuje was, że oprócz tego smaku, Schogetten ma w ofercie jeszcze 13 innych, w sumie 14, tak przynajmniej widnieje na stronie producenta. A wiecie co w tym jest najlepszego, na stronie niemieckiej jest podanych tylko 13 smaków, ha! pies wam gębę lizał (a dokładniej owczarek, niemiecki of course). Jak widzicie to czekolady tej marki są już podzielone na mniejsze kawałki, co znacznie ułatwia jedzenie, nie żebym miała wcześniej z tym jakiś  problem.
Smak: W odróżnieniu od poprzedniej kokosowej czekolady, ta tutaj jest pełnomleczna. Bardzo głęboko mleczna i bardzo słodka, myślę, że pod względem słodkości to przebija nawet Milkę. Coś jakby lekko kakaowego się przewija, więc jest to jakiś plus. No i nie ma tłuszczowego posmaku, kolejne hurra. Gładka i nie rozpuszczała się w dłoni, byłaby lepsza, gdyby nie ta przejmująca słodycz. 
Nadzienie, przyznaje, jest mocno kokosowe, lekko trąciło Raffaello, a wiórki były mocno wyczuwalne. Jednak to było nic w porównaniu z tym, jak pieruńsko słodkie ono było. Przesłodzone jak ostatni diabli. Jako zaletę mogę wymienić to, że nadzienie nie było płynne więc nic się nie wylewało, nie powiedziałabym, że to był krem, coś pomiędzy. Ogólnie całość była smaczna, bo poszczególne składniki mi odpowiadały ale z powodu zabójczej ilości cukru więcej niż dwie kostki nie dałam radę zjeść. Ja dam radę zjeść połowę Milki ale przy tym poległam. Za duża ilość cukru w cukrze, a mogło być tak pięknie, bo nadzienie kokosowe jest bardzo intensywne w smaku.
Ocena: 7/10
Kaloryczność: 100g/523kcal, 3kostki(16,6g)/139,1 kcal (specjalnie policzyłam, mój nauczyciel matematyki byłby dumny *chlip*)
Gdzie kupiłam: Lidl
Cena:2.99zł

23.08.2013

Słodka Chwila, Mleczny ryż z kawałkami jabłek i cynamonem



Naprawdę bardzo słodka chwila.

Programy kulinarne niosą ze sobą wielkie niebezpieczeństwo. Człowiek naogląda się takich mistrzów kuchni, nabierze apetytu, stwierdzi, że to przecież dziecinnie proste a wszystko skończy się zadymą w kuchni, kotem z traumą  i na straceniu jakiejkolwiek nadziei na karierę w kulinarnym show. Na moje nieszczęście akurat trafiłam na przyrządzanie puddingu ryżowego, wtedy całe moje jestestwo zawyło z zachwytu i zaczęło się domagać tego dania, już, teraz, natychmiast, RUCHY. Nie zapamiętałam tego przepisu, byłam za bardzo zajęta ratowaniem bluzki przed zaślinieniem ale od czego mamy internet (oprócz do przeglądania filmów z kotami). Poszperałam i  zgłupiałam dokładnie, bo proporcje składników były różne na różnych stronach.  Pogłówkowałam i stwierdziłam, że na 1/4szklanki ryżu dam 2 szkl. mleka. Wszystko wstawiłam, dałam mały gaz aby nic się nie przypaliło i poszłam oglądać telewizję. Po niedługim czasie pobiegłam, kurcgalopem, z powrotem do kuchni, potykając się w międzyczasie o kota*, bo mój zmysł powonienia zaczął mi wysyłać sygnały, że czuć spaleniznę. Moja potrawa, zamiast spokojnie sobie pykać, zaczęła się przypalać i dymić.  Większość udało mi się uratować przelewając nie przypaloną masę do innego garnka. Ten pierwszy poszedł pod kran i zażywał kąpieli przez cały dzień i noc, co nic w sumie nie dało, bo i tak musiałam użyć drucianej szczotki aby pozbyć się tego spalonego cholerstwa. Potem to już wisiałam nad tym ryżem, niczym zmora nad prawiczkiem i tylko stopniowo dolewałam mleka, patrząc kiedy w końcu zrobi się paćka o jaką mi chodziło. Końcowy efekt wyglądał tak
*wywołują jego gwałtowne oburzenie, foch i traumę, musiał nieszczęsny dać upust uczuciom poprzez dziabnięcie mnie w girę, bydle wredne niewyżyte.
Po tym wszystkich stwierdziłam, że z domowym puddingiem jest za dużo zachodu i przy najbliższej wizycie w sklepie kupiłam ten oto kleik ryżowy, wiem jestem leniem i idę na łatwiznę, sue me. 
Słodka Chwila, Mleczny ryż z kawałkami jabłek i cynamonem. Tak wiem, że jest to paskudna chemia, jak ja to mogę jeść, problemy z żołądkiem mam murowane. Lista składników pewnie przerazi osoby bardziej zorientowane ode mnie, ja tam twierdzę, że dopóki mi nie próbują wmówić, ze to co sprzedają to samo zdrowie, to ja sama nie zamierzam się czepiać. Wiem co kupuję. Na opakowaniu jest napis, że jest to przeznaczone na przekąskę ale ja wolałam to zjeść na śniadanie. Pisało również, że należy zawartość wsypać do kubka, pokazując swój sprzeciw wobec autorytetów, niczym buntowniczka tak właściwie bez żadnego sensownego powodu, zawartość wsypałam do miski. Przepraszam z góry za beznadziejne zdjęcia ale rano było ciemno, musiałam zapalić światło i dlatego to tak wyszło. Ja nie miałam cierpliwości aby bawić się w Annie Leibovitz przed śniadaniem.
Smak: chyba was nie zdziwi wiadomość, że to wszystko było słodkie niczym tysiąc małych kotków ujeżdżających cukrowego jednorożca, który galopował po tęczy. Na szczęście lekka kwaskowatość jabłek uratowała całość przed efektem zamulenia. Wprawdzie tych jabłek nie było zbyt dużo ale zawsze jakiś efekt dawały. Cynamon był zarówno widoczny, jak i  wyczuwalny w smaku, nie za bardzo intensywny, wystarczająco. Oprócz tego, nie mogło się przecież obyć bez mlecznego posmaku. Wbrew pozorom to nie jest miękka ciapa, ryż jest lekko twardawy, nie rozmiękczony, tylko, że w sumie jest dość zmasakrowany. Znaczy się nie znajdziecie normalnych ziarenek ryżu, tylko takie nieźle rozdrobnione. W sumie dało się to zjeść, nawet było dosyć smaczne i, mimo cukru, sycące na dłuższy czas. Szkoda tylko, że jest nieco za słodki ale i tak jestem ciekawa innych wersji smakowych.
Ocena: 8/10
Kaloryczność:  100g/116kcal, 1porcja/241kcal – po przyrządzeniu.
Gdzie kupiłam: Real
Cena: 1,89zł

Wyszła nowa limitowana edycja czekolad Milka jakby ktoś nie wiedział (trzeba było wizaż czytać). Są trzy smaki: Nut Cream, Milk &Honey Cream oraz (chyba) Blueberry Cream. Jeśli chodzi o Białystok, to na 100% są dostępne w sklepach sieci Społem za 2.99zł. Nie będę pisać  o tym dalej, bo trochę mi głupio, że złamałam swój szlaban na kupowanie słodyczy, moja silna wola już nawet nie zdycha, ona leży zakopana i powoli zżerają ją robaczki.
Pa

21.08.2013

Czekolada Biała Fin Carre, Ciastka Pilota



O co tyle hałasu i Madziarskie cuda od seri cz.II

Ostatnio do Lidla jest mi wybitnie nie po drodze. Ani tam żadna oferta mnie za bardzo nie zainteresowała (warsztat znowu, serio? Oni tam już chyba uprawiają czysty trolling z tym warsztatem)ani ogólnie nie chce mi się iść trasą okołolidlowską. Trzeba przejść, albo przez przejście ze złośliwą sygnalizacją świetlną, która pokazuje czerwone, zawsze jak ja dochodzę, albo na zwykłych pasach. Jednak wtedy istnieje niebezpieczeństwo, że tir na drugim pasie zlekceważy fakt, że na pierwszym pasie kierowca się zatrzymał żeby mnie przepuścić. I tak jestem wystarczająco płaska, nie muszę być rozpłaszczona. Tak więc naprawdę potrzebna jest mega ciekawa oferta abym się tam wybrała, do tego czasu likwiduje jeden z najstarszych lidowskich produktów w moim posiadaniu.
Biała czekolada Fin Carre. Nie ma żadnych ciekawych dodatków w postaci orzeszków, chrupków, nadzienia czy innych cudów niewidów. Ale jak fama wizażowa głosi, jest to czekolada mega dobra a kto nie próbował ten trąba. Ja trąbą nie jestem, a upieranie się przy Lindtach, Ritterach i jeszcze droższych czekoladach nie wyjdzie na dobre moim finansom więc wzięłam tą tanią jak barszcz.
Smak: Jest zdecydowanie słodsza niż ostatnie recenzowane białe czekolady, nieco się odzwyczaiłam od takiej słodyczy. Mocno śmietankowa i nieco tłustawa ale bez posmaku margaryny/masła. Dość twarda, dopiero po chwili rozpuszcza się na języku. I to właściwie tyle, nic więcej o niej, nie da się napisać. Szału u mnie nie zrobiła, może gdyby była nieco mniej słodka, to by bardziej mi odpowiadała, a tak to nie za bardzo rozumiem zachwytów. Za tą cenę może być, cena jest adekwatna do smaku, miałam lekką nadzieje, że się okaże, że smak ją przebiję i będę miała nowy powód do częstszego zaglądania do Lidla. Nie odradzam ale też nie przyłączam się do chóru pochwalnego, chcecie to kupujcie, kosztuje tyle, że nie zbiedniejecie. Wersja mleczna z orzechami była smaczniejsza moim zdaniem.
Ocena:7/10
Gdzie kupiłam: Lidl
Cena: promocyjna: 1.69zł
Kaloryczność: 100g/561kcal, heh, zapomniałam jak tam były podzielone te kostki i nie mogę wam podać ile kalorii jest w porcji, sorki

Jako, że wczoraj  miałam straszną ochotę na ciastka, postanowiłam rozpocząć kolejny produkt z Madziarskich cudów od seri. Nieco się połamały podczas podróży ale to raczej zrozumiałe. Cuda cudami ale Poczta Polska swoją drogą.
Ciastka Pilota(Pilóta?) marki Gyori. Są to po prostu markizy przełożone kremem kakaowym. W odróżnieniu od Hitów samo ciastko jest bardzo grube, a ich średnica jest mniejsza. Pod tym względem przypominają ciastka na wagę sprzedawane w spożywczakach. Ten tu obecny egzemplarz składa się z ciastka ciemnego, czyli pewnikiem kakaowego, oraz z ciastka jasnego czyli… eee tu miałam lekka zagwozdkę, rozczytanie składu było problematyczne, bez smakowania przyjęłam wersje, że jest on albo maślany, albo waniliowy, albo śmietankowy. 

Smak: zacznę od ciastka ciemnego. Jest on delikatnie słodki z lekkim posmakiem kakaowym. Nie wyczuwa się go tak bardzo, jak w poprzednich ciastach z Węgier ale i tak go czuć. Jest kruchy i dość mocno sypiący się podczas jedzenia, nieco suchy, wilgoci w nim nie znajdziemy. Kolejne niech będzie nadzienie. Jest ono bardziej słodkie niż ciastko i bardziej kakaowe, ten drugi jest dominujący w tym zestawieniu. Na mój gust nieco zbyt tłustawe ale mimo to bez smaku taniego tłuszczu. Nie za bardzo to widać ale jest go naprawdę sporo. Jasne ciastko jest w smaku bardziej słodkie niż ciemne ale mniej słodkie niż nadzienie. Wydaje mi się, że jest nieco śmietankowe ale za to głowy nie dam („Daje głowę, że ta rewolucja szybko padnie” –Maria Antonina), może być nieco maślane ale z zastrzeżeniem jak wyżej. Struktura taka sama jak w wypadku ciemnego ciastka. 
Ogólnie jest to dobry i smaczny produkt nie przesłodzony i z wyraźnym smakiem kakao, mam tylko zastrzeżenia do tłustawego nadzienia i suchości ciastek. Zjadłam je ze smakiem ale na ołtarz ich nie wniosę i czci im nie będę oddawać. Tyle mojego.
Ocena: 7/10
Kaloryczność: 100g/495kcal, 1ciastko(20g)/99kcal

Rany boskie jak ja nienawidzę chodzenia w nowych butach. Musiałam kupić semi eleganckie buciki, bo ani moje glany, ani moje podniszczone, nadniszczone i okołozniszczone adidasy  się nie nadawały na okazję. Kupiłam sztywne, niezupełnie płaskie baletki, no i miałam ochotę wyć podczas powrotu do domu. Obecnie mam na stopach urocza, gojącą się ranę w miejscu gdzie kończy się baletka. A niby te buty są najwygodniejsze na świecie, srali muszki będzie wiosna.
Blogger mi wariuje i zdjęcia mi się źle wklejają i same z siebie przesuwają, może później dam radę to naprawić.
Pa




19.08.2013

Lody w Białymstoku część II i Kinder Mleczna Kanapka



Moi ulubieńcy i lodówka mnie przygniotła

Mimo, że ostatnio się nieco ochłodziło a w powietrzu coraz bardziej wyczuwa się jesień* to nadal trwa sezon letnio-lodowy-gofrowy-staredziadybezkoszulowy więc trzeba korzystać póki można. Nie żebym później miała zamiar zrezygnować z lodów, tak bardzo jeszcze nie oszalałam. Bardziej chodzi mi o to, że niektóre miejscówy zamykają w okresie jesienno-zimowym swoje podwoje i trzeba czekać na nich, aż do wiosny. Osobiście nie mam problemów z jedzeniem lodów w temperaturze -15 stopni, (dopiero poniżej -20 mam lekkie opory), ale jakoś inni ludzie są raczej mało chętni na takie wyczyny, słabi są i tyle. Jako pierwsze przedstawiam wam miejsce, które najprawdopodobniej zaprzestanie robienie lodów (pfiii *hamowany śmiech*) po sezonie letnim.
*zaczyna się u mnie większe zainteresowanie świeczkami zapachowymi, sweterkami w nasyconych ale ciemnych kolorach oraz nowymi cieniami w kolorach jesiennych, też tak macie?

17.08.2013

Wafelek Balaton i ciastka Gyori Edes



Madziarskie cuda od seri część I.

Dzisiaj będzie o dwóch produktach z cyklu Madziarskie cuda od seri,(serio bym zjadła te pierwsze magnesy ;D) będę je tak stopniowo mieszać z rodzimymi produktami, aby was ostatecznie nie wkurwić tym, że nie macie do tych słodyczy dostępu. Będę zamieszczać zdjęcia składów, bo chociaż ja ni wuja(no przecież nie będę się brzydko wyrażać, kurwa)nie rozumiem tego języka, to może niektórzy będą chcieli sprawdzić w tłumaczu co oznaczają poszczególne słowa. Niektórych można się domyśleć, takie „kakaos” czy „cukor” raczej nie przysporzą kłopotów tym, którzy od jakiegoś czasu przestali skakać z gałęzi na gałąź oraz zaprzestali iskania innych osobników własnego gatunku. Ale na przykład „tejsavopor” sprawia, że, niczym w komiksie, nad moją głową zaczynają się pojawiać znaki zapytania. Mogłabym sama po kolei sprawdzać i tłumaczyć poszczególne słówka. Owszem mogłabym  ale mi się nie chcę. Dziękuje bardzo, wystarczyło mi jak podczas praktyk w Archiwum musiałam po kolei przepisywać, do bazy danych, niemieckie słówka urzędowe, wiecie jakie one potrafiły być długie? Język można było połamać, pisałam je z prędkością z jaką zazwyczaj moja mama pisze na klawiaturze (jeden palec wyciągnięty, krąży nad klawiaturą w poszukiwaniu literki, poczym zwycięsko wciska odpowiedni klawisz i tak przez całe zdanie). Nie przeciągając dalej niepotrzebnymi historyjkami tak w sumie o niczym, zacznę od tego wafelka.
Balaton i coś tam dalej ale nie mam najmniejszej ochoty tego pisać. W pierwszym momencie miałam skojarzenia balato-baton ale potem przeczytałam w liściku, że nazwa ma bardziej związek z jeziorem na Węgrzech. Co mogę powiedzieć, moja nauczycielka geografii w gimnazjum mnie nie lubiła i vice versa.  Wybrałam ten produkt jako pierwszy, po dokładnych przemyśleniach i starannej selekcji(ene due rike fake…)Odpowiednio zaciekawiona otworzyłam opakowanie.
Smak: jak widać polewa jest bardzo cieniutka, wręcz prześwitująca. Niezbyt słodka, zdecydowanie nie czekoladowa, nieco plastikowa w smaku, nie za dużo da się o niej powiedzieć, bo jak już było wspominanie, nie jest jej dużo. Nadzienie, według mojego zmysłu smakowego, jest kakaowe. Również nie za słodkie, niezamulające. Bardziej niż cukier czuć te kakao, plusik. Dzięki opatrzności nie ma tłuszczowego posmaku, nawet niezłe. Sam wafelek jak wafelek, bardziej suchy i chrupki niż ten w Princessie, pod tym względem przypomina ten w Prince Polo. Ogólnie to za takie coś to bym pewnie wystawiła jakąś 7, bo choć był dobry, tyłka nie urywał. 
Ale jest pewien szczegół, który sprawił, że zjadłam ten produkt z czystą przyjemnością. Smakował on jak te wafelki co jadłam z dzieciństwie, nie wiem czemu mi się tak skojarzyło ale smak był ten sam. Przypomniały mi się chwilę, kiedy w przerwach między lataniem po podwórku i rozkwaszaniem sobie kolan, wpychałam w siebie różne takie wafelki, firmy nie pamiętam. Za tą nostalgiczną wędrówkę podwyższam ocenę, bo dawno tego smaku nie czułam.
Ocena:8/10
Kaloryczność: 100g/ 523kcal, wafelek(30g)/157kcal


Następnym produktem będą ciastka Gyori Edes, nawet nie pokuszę się o sprawdzeniu co to znaczy. Bez otwierania można wywnioskować po napisie kakaos i po obrazku, że są to ciastka kakaowe, dedukcja idzie u mnie pełną parą. Zostało mi delikatnie „zasugerowane”, że dobrze by było zacząć od nich, więc postanowiłam zaufać  sprawdzonej opinii i otworzyłam je jako drugi produkt z paczki (no hej, wcześniej zabrałam się za wafelka a maszyny czasu jeszcze się nie dorobiłam) Są trzy różne kształty ciastek: serduszko(no bo jakżeby inaczej loveloveloverzyg), koło i prostokąt(romb, nie wiem, geometria również zaliczała się do przedmiotów „jak to zdam to będzie cud nad Białką”) wszystkie ciastka mają ten sam smak.
Smak: są to ciastka kruche z tego co się orientuję. Jak kruche to i sypiące się ale minimalnie, więc nie mogę się do tego przyczepić. Nieco twardawe ale nie kamienne zatem  jedzenie ich nie grozi nagłą wizytą u ortodonty*.
Mało słodkie, serio, ten cukier jest ledwo wyczuwalny, mi to bardzo w ciastkach kakaowych pasuje. Dominuje smak kakao, dobre nieco gorzkawe(delikatnie) kakao. Nie ma posmaku sody. Ogólnie przypominają mi ciastka, które parę razy zrobiłam samodzielnie w domu (szkoda tylko, że przepis gdzieś mi się zgubił, gapa)I muszę stwierdzić, że rozumiem czemu w liściku załączony jest dopisek o tym, że są one ulubionymi ciastkami mojej darczyńcy (jakoś ta forma mi się nie zgadza, jest żeńska forma słowa darczyńca, bo to źle wygląda na moje oko). Są takie malutkie, że nawet nie zauważyłam jak zjadłam z połowę paczki, a z powodu niskiego poziomu słodkości to mnie nawet nie zamuliło. Jeśli znacie dostępne w Polsce ciastka takiego rodzaju, czyli kruche, kakaowe i mało słodkie to dajcie znak.
*raz zjadłam takie ciastko przy którym myślałam, że zaraz wszystkie moje plomby się wyłamią a zęby zwieją ze szczęki, szkoda, że to były moje własne ciastka, można było nimi szyby wybijać lub kamieniować cudzołożnice
Ocena: 10/10
Kaloryczność:100g/460 kcal, 1ciastko(4g)/18kcal

Ha, ha, zamiast pisać o słodyczach to powinnam wkuwać materiał na rozmowę kwalifikacyjną, która odbędzie się w poniedziałek, jednak po słowach glicerol i kartridż spasowałam, później się za to wezmę.
Pa