30.05.2013

Lindt, Biała czekolada z nadzieniem nugatowym i kawałkami wafli



Uwaga, może uzależnić

Jeśli miałabym zrobić ranking jakie czekolady preferuję, to z pewnością na pierwszym miejscu byłaby czekolada biała. Już raz stwierdziłam, że guzik mnie obchodzi, że według „specjalistów” taki wytwór nie ma prawa nazywać się czekoladą. Jeszcze bardziej chce mi się śmiać, jak te same osoby zalecają jedzenie czekolady gorzkiej, z jak największą zawartością kakao, zamiast białej czy mlecznej. Sorry, ale ja czekoladę jem taką jaka mi smakuje. Jak zacznę spożywać ten słodki produkt z powodów cudownych właściwości to owszem, wtedy zacznę żreć gorzką ale dopóki moje kubki smakowe decydują o moich wyborach, to ja będę kupować te „niezdrowe, szkodliwe i takie feee”. Od razu przypomina mi się taka tabelka, chyba z demotywatorów, w stylu „jak masz ochotę na chipsy to znaczy, że twój organizm potrzebuję XXX, który jest również w paskudnym ale zdrowszym produkcie YYY”. Kompletna głupota, jak mam ochotę na chipsy to zjem chipsy, a nie taką na przykład duszoną marchewkę. Jestem hedonistką, co ja na to poradzę, nic. Dlatego też nie wahałam się zbyt długo jak na półce sklepowej zobaczyłam tą czekoladę Lindta, szczególnie, że kojarzyłam ją z pochlebnej recenzji na blogu Sex, Coffee &Chocolate
Lindt, Weisse chocolada mit Haselnuss-Nougat und Wafel-Stuckchen, nawet z moją ograniczoną znajomością niemieckiego(głównie ograniczoną do przekleństw i do ten tego, słów kojarzonych z IIWŚ, heh)potrafię bez słownika przetłumaczyć co to oznacza.A oznacza „stanę się twoją bramą do nieba”. Tabliczka może nie wygląda zbyt imponującą ale wagę ma standardową czyli 100gr. Tabliczka składająca się z 10 kostek, zawinięta jest w kochane przeze mnie sreberka.
Eru niech będą dzięki, że przynajmniej Lindta nie ogarnął szał na klejone folie. Nie wiem jak wy ale ja uważam, że takie opakowanie są lepsze, jak ktoś chce sobie zostawić trochę czekolady na później. Poza tym, przez te folię to świstak nie mógł zawijać czekolady w te sreberka i wywalili go z pracy powiększając przy tym bezrobocie.

Smak: już po rozerwaniu sreberka zorientowałam się, że czeka mnie nieziemska przyjemność, ten zapach był zachwycający, aż się zaczęłam ślinić. 
Pierwszy gryz czekolady i moja myśl: umarłam i jestem w niebie. Tu nie ma żadnego porównania do innych białych czekolad. Nie za słodka, wyraźnie mleczno-śmietankowa, bez paskudnego posmaku tłuszczu. Roztapia się w ustach zalewając podniebienie błogą słodyczą. W środku znajduje się nadzienie z nugatu z dodatkiem wafli. Ten krem jest w miarę gęsty, w takiej formie jaką niedźwiadki lubią najbardziej*. Słodszy niż czekolada ale nie przesadnie, głównie wyczuwa się smak orzechów laskowych, moim zdaniem te wafle to nie dają żadnego efektu smakowego, jedyne co robią to dają ciekawą teksturę nadzieniu. Naprawdę trudno mi opisać słowami jak bardzo ten produkt mnie zachwycił, gdyby słoń nie nadepnął mi na ucho, to pewnie bym zaczęła komponować hymny pochwalne. Ale z moim talentem pewnie by wyszło coś, co by można by było puszczać więźniom w ramach tortur.
 Zdecydowanie nie żałuje wydanych pieniędzy, warto było i gdyby nie fakt, że przede mną tyle jest produktów do przetestowania, to pewnie bym polazła kupić nową tabliczkę. Polecam.
*tak, niedźwiadki i mówię to na poważnie biorąc pod uwagę znaczenie mojego przeklętego imienia.
Ocena:10/10
Kaloryczność: 100g/577kcal, pojedyncza kostka(10g)/57,7kcal
Gdzie kupiłam: Piotr i Paweł
Cena: 10,49zł

Naprawdę trudno mi było się pohamować przed wchłonięciem niczym odkurzacz, całej tabliczki od razu. Jedyne co mnie powstrzymało to głos w mojej głowie (oj, nie bierzcie tego dosłownie) pytający się czy naprawdę chce w jeden dzień załatwić czekoladę, która kosztowała nieco ponad 10zł. Musiałam więc wstrzymać moje łakomstwo, chyba lepiej będzie jak będę sobie dawkować tą przyjemność.
Pa

27.05.2013

Mokate, Cafe Cappuccino



Zadowolenie podszyte lekkim jak pianka rozczarowaniem

Z góry przepraszam, że wpisy od dzisiejszego dnia będą nieco mniej regularne. Wiecie, jestem studentką(słowo: studiuje, wydaje mi się nadużyciem, bo ono sugeruje, że jakoś się przykładam do zajęć) i nieubłaganie zbliża się, ten napełniający serca grozą okres, którego nazwy nie śmiem wymówić, bo mnie aż od samego dźwięku dławi. Powiem tylko, że to słowa zaczyna się na literę s. I chociaż właściwie nie będę miała wiele egzaminów (kolejne przeklęte słowo) to jednak będę musiała się zacząć przygotowywać do jednego, ważnego, który możliwie, że będzie moją zgubą(jeśli nie chcesz mojej zguby, zalicz za mnie demografię, luby). Ale nie mogę się poddać bez walki i niczym Rocky przed mordobiciem, zaczynam się przygotowywać*
*dla lepszej motywacji rzuciłam sobie soundtrack 
To jest jeden z tych niezaplanowanych zakupów, które czasami się zdarzają. Byłam na zakupach z mamą, w sklepie stał koszyk pełen saszetek tego napoju. Sprawdziłam cenę i stwierdziłam, że jak dla mnie to dzień dziecka jest świętem ruchomym, więc nie zaszkodzi trochę naciągnąć rodzicielkę na małe co nieco. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że cena była promocyjna, w innych sklepach ten produkt kosztuje więcej. Wybrałam wersję cappuccino, chociaż jeszcze był smak karmelowy ale mając w pamięci poprzedni wybryk Mokate o tym smaku, spasowałam i wybrałam bezpieczna wersję.
 Właściwie to mogłabym z łatwością zrobić własne cappuccino w domu ale wiadomo, takie gotowce działają na mnie niesamowicie, przyzywają mnie swoją prostotą i łatwością przygotowania i nęcą ładnymi opakowaniami.  A, że chemia, no cóż, coś za coś.
Cafe Cappuccino czyli mleczna pianka plus kawa rozpuszczalna. Opakowanie składa się z dwóch saszetek, ta większa zawiera mleczną piankę czy raczej coś, co stanie się mleczną pianką po zalaniu wodą, mniejsza to standardowa kawa rozpuszczalna z dodatkami. Przygotowanie jest proste, zawartość obu saszetek zalewamy gorącą wodą w dwóch oddzielnych naczyniach, następnie piankę wlewamy do kawy i gotowe. Nawet średnio inteligentny polityk by sobie z tym poradził(chociaż może…).
Smak: jedna uwaga, miała być pianka. To co wyszło pianką bym nie nazwała, raczej mlecznym napojem z odrobiną pianki za wierzchu, trochę słabo, miałam to mikserem mieszać? Jednak co do smaku to nie mogę się przyczepić. To rzeczywiście smakuje jak cappuccino, znaczy nie takie prawdziwe włoskie, bo takiego nie miałam okazji pić, bardziej jak coś co ja robiłam w domu. Nie przesłodzone, właściwie to nawet mało słodkie, co mnie z lekka zdumiało, spodziewałam się zalewu cukru a tu tego nie było. Głównie wyczuwa się kawę i jej delikatną goryczkę ale mleczny posmak również można tam znaleźć. Wypiłam całość ze smakiem i powiem wam, że chyba pójdę do tego sklepu i dokupię jeszcze z parę opakowań, żeby były na wszelki wypadek. I to mimo kompletnego rozczarowania w postaci pianki.
Ocena: 8/10
Kaloryczność:100g/431kcal, opakowanie(19,5g)/84kcal
Gdzie kupiłam : Chorten
Cena: poniżej 2 zł, dokładnie nie pamiętam

Taką piankę to z łatwością można zrobić samemu, nawet nie trzeba mieć żadnego ubijacza do mleka, wystarczy mały garnuszek i trzepaczka. Podgrzewamy mleko ale nie gotujemy, jak jest ciepłe to zaczynamy trzepać… nie to złe słowo, jakoś za bardzo się kojarzy z inną czynnością. Może tak:  zaczynamy ubijać i po paru chwilach mamy porządną pianę. Jedyną wadą tej metody jest to, że potem trzeb umyć ten garnek ale jak kogoś akurat chwyciła ochotę na domowe cafe latte to trzeba znosić niedogodności.
Pa

26.05.2013

Red velvet Cake



Idealne dla leni

O cieście Red velvet dowiedziałam się z jakiegoś amerykańskiego programu kulinarnego, zabijcie ale nie pamiętam tytułu. Zaintrygowała mnie ta głęboka czerwień, kusiła i sprawiała, że wpadłam we wściekłość, że nie można kupić w Polsce barwników spożywczych w stacjonarnych sklepach. Owszem mogłam zamówić przez internet ale szczerze to mi się to nie opłacało. Chciałam tylko jeden barwnik: czerwony, a sama przesyłka by kosztowała więcej niż sam zamówiony produkt. Musiałam więc obejść się ze smakiem, dopóki oczywiście na wpadłam na myśl, żeby poprosić ciotkę z Ameryki czy nie mogłaby mi przesłać taką jedna buteleczkę. Prośba ta została spełniona z nawiązką, bo oprócz barwników przysłała jeszcze gotową mieszankę do wypieku ciasta, które mnie tak bardzo zafascynowało. Niech to będzie próba generalna przed właściwym wypiekiem.
Tak jak w innych produktach tego typu sposób przyrządzenia jest tak dziecinnie prosty, że nawet najgorsze beztalencie kulinarne powinno sobie poradzić. 
W opakowaniu są dwa foliowe woreczki, czerwony, czyli mieszanka na ciasto i biała czyli nadzienie, chyba serowe.  Aby zrobić ciasto wystarczyło  do komunistycznej (no bo czerwona) mieszanki dodać 1/3 szklanki oleju, szklankę wody i 3 jajka a następnie dokładnie wymieszać. Trzeba tylko pamiętać aby mieszać w jakiejś wysokiej misce, bo inaczej najbliższe otoczenie będzie wyglądać niczym po przejściu seryjnego mordercy. Następnie gotową maź należy przelać do formy i dodać wcześniej przygotowane nadzienie, ten  krok z nadzieniem pominęłam bo wolałam mieć ciasto bez tego gluta, myślałam, że użyję to na polewę ale i to nie wypaliło ale o tym później. No i co, wstawiamy do piekarnika, po czasie sprawdzamy czy się upiekło (o dziwo, piekarnik tym razem nie nawalił, normalnie cud), studzimy i wyjmujemy z formy poprzez udawanie, że gramy na perkusji(wzięłam formę na babki więc innego wyjścia nie miałam).
Niczym scena z Piły
W tym momencie pomyślałam o polewie z tego białego nadzienia tylko, że to co wyszło, było tak niedobre w smaku, że całość wylądowała w kibelku a ja na szybko wymyśliłam inną polewę. Ot, śmietana, cukier, w tym wanilinowy, odrobina masła, mleka w proszku i łyżeczka kaszy manny aby wszystko zgęstniało, podgrzałam, pogotowałam i voila. No dobra, to co wyszło może nie powala urodą ale jak na wymyśloną na prędko polewę to wyszło w sumie smaczne. Ale ja tu pitu, pitu i ani słowa o smaku, już naprawiam ten błąd.

Smak: najpierw się pochwalę polewą, nie jest za słodka chociaż cukier sypałam na oko (oko nie ucierpiało), z powodu kaszy manny masa nie jest gładka, w smaku lekko śmietanowa. Tylko szkoda, że nie zastygła całkowicie, jest taka lepka ale spoko, da się przeżyć. Ciasto jest wilgotne ale w sumie zwarte, nieco gąbczaste, nie kruszy się za mocno. Smakuje trochę jak zwyczajny biszkopt, nie jest przesłodzony i wyczułam delikatne echo kakao. Moim zdaniem ciasto jest przepyszne, chyba się zakochałam.  W dodatku z powodu dodanego barwnika, po zjedzeniu możemy zauważyć u siebie mocno czerwony jęzor, moje wewnętrzne dziecko miało niesamowitą uciechę.
Podsumowując, to całość niezwykle mi smakowała. Jestem ciekawa czy jak wezmę się za robienie tego ciasta od podstaw to czy również będzie takie pyszne. Mam nadzieję, że tak.
Tylko powiem jedno, jeżeli spodziewacie się jakiegoś niesamowitego, nowego smaku to, to nie jest ciasto jakiego szukacie. Moim zdaniem głównym czarem tego wypieku jest jego intensywny czerwony kolor. Teraz pozostało mi tylko znalezienie jakiegoś sprawdzonego i pewnego przepisu, tylko żeby nie schrzanić tego.
Rany, jakie to wkurzające jak przez 24 godziny nie ma neta, wrr.
Pa

24.05.2013

Oreo Chocolate Cream



Ciasteczkowy kuzyn z Ameryki

Czyli pierwsza recenzja produktów z wielkiego świata. Dopiero od 2011 roku dostępne na rynku polskim i to głównie w wersji z nadzieniem waniliowym, chociaż jakiś czas temu przyuważyłam też wersję z nadzieniem czekoladowym. Tylko, że w odróżnieniu od waniliowego, czekoladowe są dostępne jedynie w większych opakowaniach. A takie w tym momencie mnie nie interesują. Oczywiście nie zdołałam powstrzymać swoich masochistycznych skłonności i weszłam na stronę producenta, nadzienia kokosowe czy z masła orzechowego  to tylko niewielka część tego, co spowodowało u mnie chęć wyjazdu do zjednoczonych dawnych kolonii imperium Brytyjskiego, Francji, Hiszpanii i Rosji. Zresztą, czemu mam sama cierpieć, podzielę się z wami, proszę (a teraz powiedzcie jak bardzo mnie nienawidzicie).
Jeżeli oczekujecie, że to przetłumaczę...
Ciastka Oreo z nadzieniem czekoladowym, opakowanie jest duże a jako, że same ciastka nie są wcale gigantycznych rozmiarów, to można sobie wyobrazić, że w środku jest ich od groma i ciut, ciut. Dokładnie ile tam było, to nie powiem bo zanim wpadłam na to żeby je policzyć, kilka sztuk już zostało zjedzonych. Możecie mnie winić? Aby zobrazować wielkość czy też raczej jej brak, obok ciastka położyłam masełko Nivea, chyba widać co jest większe, nie?

Smak: zanim jednak przejdę do smaku to zacznę od najważniejszej kwestii czyli: czy da się ciastka odczepić od nadzienia. Z zadowoleniem stwierdziłam, że tak i to z łatwością, nie musiałam posłużyć się nożykiem. Zgodnie z oficjalną linią spożywania, powinnam była polizać nadzienie, zamoczyć w mleku i zjeść. Jednak ja, aż tak perwersyjna nie jestem i nie będzie żadnego wkładania i moczenia. Ale skończę z tymi zboczeniami (raczej nie na długo) bo ktoś się jeszcze zgorszy i zacietrzewi. 
Przejdźmy do smaku, najpierw nadzienie. Jest miękkie, kremowe i dość gęste. Bardzo słodkie, mega słodkie, słodkie, że zęby wrzeszczą z przerażenia a kubki smakowy wystosowały oficjalne pismo sprzeciwiając się takiemu traktowaniu. Na plus: czuć kakao, wprawdzie jest mocno przytłoczone przez ten cały cukier ale i tak jest wyczuwalny. Nadzienie z lekka (bardzo lekka) trąci Nutellą ale to może być tylko moje skojarzenie.  Same markizy są twarde ale nie kamienne (kiedyś na takie trafiłam, omal zębów nie połamałam)nie kruszą się, czyli jak dla mnie duży plus.W odróżnieniu od nadzienia prawie nie czuć cukru, trochę jest ale to naprawdę bardzo daleki posmak. Za to mocno wyczuwalne jest kakao, które nadaje taką lekką gorycz. Ogólnie to właśnie ta
delikatna goryczka markizy równoważy przeraźliwą słodkość nadzienia. Powiedziałabym wręcz, że nawet tłumi, dzięki czemu ciastko da się zjeść bez uczucia, że zaraz się zejdzie na cukrzycę. Te dwa elementy idealnie ze sobą współgrają i tworzą niezwykle smaczne ciastko, pychota.
Ocena: 8/10
Kaloryczność: porcja (2 ciastka)/150kcal – a niby takie niepozorne
Gdzie kupiłam i Cena: paczka z USA

Nie mam najmniejszego pojęcia czy polska wersja smakuje tak samo, słyszałam, że produkty różnią się smakiem w zależności w jakim kraju są sprzedawane. Dla mnie to nawet logiczne: to co smakuje dla większości amerykanów może wywołać gwałtowne torsję u obywateli takiej na przykład Japonii. Nie potrafię jednak tego stwierdzić z pewnością, szczególnie wariant z wymiotami. Wiem tylko jedno, ta wersja jest zdecydowanie lepsza niż ta z waniliowym nadzieniem.
Pa

22.05.2013

Paczka z wielkiego świata



Zza wielkiej wody

Dzisiaj nie będzie żadnej recenzji tylko pokazanie(pochwalenie się)zawartością paczki, która przypłynęła tutaj z US of A (hell yeah). Długo czekałam na tą przesyłkę i się doczekałam, yay.
Najpierw: gotowa mieszanka do wypieku Ciasta Red Velvet, niezbyt zdrowe ale jakie to jest inne. Ciekawe czy wyjdzie taki czerwonawy kolorek, taki burdelowy.
Dalej mamy czekoladki Hershey’s o smaku ciasteczkowym, dawno już miałam na nie ochotę i w końcu przyszło mi do głowy żeby poprosić o przysłanie tych „pocałunków”. Lepiej późno niż wcale. A poza tym, czy ktoś wie czemu nie prowadzi się powszechnej sprzedaży wyrobów tego producenta w Polsce? Nie są zainteresowani naszym rynkiem czy co? Ja osobiście czuje się dyskryminowana.
Z tej samej firmy i o tym samym smaku mamy(znaczy mam) jajeczka czekoladowe, Wielkanoc już minęła ale co mi szkodzi.
Ostatnim produktem Herhey’a są  groszki z mlecznej czekolady przeznaczone do wypieków, oj będę dużo piec, mam już pomysł na muffinki.
No i ciekawostka, czyli ciastka Oreo o smaku czekoladowym, miałam zamiar zrobić porównanie z Polską wersją ale jako, że nie jest to ta wersja z białym nadzieniem, to rezygnuje z tego pomysłu. Wprawdzie widziałam w Realu Oreo z nadzieniem kakaowym(chyba), ale był w większym opakowaniu, a szkoda mi kupować teraz ciastka jak mam tyle w domu.
Na samym końcu kolejna rzecz, na której mi bardzo zależało: barwniki spożywcze, głównie chodziło mi o kolor czerwony ale reszta również jest mile widziana. Teraz szukam okazji do zrobienia tęczowego tortu, będzie bajecznie.
Fakt, że zamiast o kosmetyki poprosiłam o produkty spożywcze, chyba dość dobitnie świadczy o tym, że mam bzika. No ale mam sprawdzone tusze, fajny puder, po kolei próbuje koreańskie kremy BB więc podkładu nie potrzebuje, błyszczyków i pomadek mam aż za nadto a cienie Sleeka są chyba nieśmiertelne bo dna nie widać, więc o co miałam prosić, wszystko mam. A teraz mam i słodkości *zaczyna taniec radości*
Pa