31.03.2013

Wielkanoc



Wszystkim życzę wesołych, pogodnych o przede wszystkim ciepłych Świąt Bożego… tfu Wielkanocnych. Miłych chwil spędzonych z kochanymi osobami w miłej bezkonfliktowej atmosferze. Smacznego jajka i innych potraw oraz braku niestrawności czy zgagi. I abyśmy w końcu doczekali się wiosny.


A wszystkim tym, którzy z jakiegokolwiek powodu nie obchodzą Wielkanocy życzę świętego spokoju i cierpliwości aby wytrzymali te powtórki jakie serwują nam stacje telewizyjne :D

30.03.2013

SlimFigura Dieta, posiłek o smaku waniliowym



Dieta zawiera słowo DIE, przypadek?- nie sądzę.

Święta tuż za pasem a mówiąc o pasie trzeba wspomnieć o tym, że niektórym zapewne obwód tegoż przez te parę dni się powiększy. Uwielbiam tą piękną polską tradycję obżerania się przy stole przy każdej nadarzającej się okazji. Ta zgaga, niestrawność i zaparcia, człowiek czuję ten świąteczny nastrój. Oczywiście góry żarcia nie znikną magiczne przez te 2 dni więc i resztki zostaną, które trzeba będzie dojadać przez następny tydzień. Człowiek potem przez miesiąc nie spojrzy bez obrzydzenia na sałatkę jarzynową. Trudno się dziwić, że taka sytuacja pomaga licznym jednostkom zebrać do kolekcji parę dodatkowych kilogramów. I nie żyjmy nadzieją, że może pójdzie w cycki, jak do tej pory nie poszło to i teraz nie pójdzie. Przykro mi ale takie jest życie, prędzej dodatkowej warstwy ocieplającej tzn. tłuszczyku można spodziewać się w okolicach tyłka, ud, brzucha i bioder, sad but true. Z myślą o tych faktach przy ostatniej wizycie w Rossmanie kupiłam* ten oto produkt.
*narażając się przy okazji na oceniający i potępiający wzrok kasjerki, słowa „to nie dla mnie tylko dla mojej mamy” same cisnęły mi się na usta

SlimFigura dieta, odżywczy posiłek o smaku waniliowym. Hmm, fakt, że na opakowaniu nie jest napisane jaki dokładnie jest to posiłek(budyń? kaszka? kisiel?) wydał mi się nieco złowieszczy i w pokoju momentalnie powiało grozą …albo zimnym powietrzem z zewnątrz (ach te nieszczelne okna), trudno powiedzieć. Producent deklaruję, że ten produkt „pomaga w utrzymaniu prawidłowej masy ciała, powoduje uczucie sytości, wspomaga przemianę materii, wzbogaca dietę w witaminy”, normalnie cud, miód i orzeszki, zobaczymy jakie to jest w smaku. Zanim do tego przejdę to podaję do informacji, że na półce widziałam jeszcze smak truskawkowy(zawsze musi być smak truskawkowy) i jabłko z cynamonem.
Zapach: przyjemny, jak budyń waniliowy, nie wiem czy nie dolałam za dużo wody bo konsystencja była dziwnie rzadka niczym rozwodniony kisiel, wyobrażałam sobie, że to będzie gęstsze.
Smak: o Jezu nie, fuj. To była pierwsza myśl która przyszła mi do głowy  po pierwszej łyżce.  Lekko czuć wanilię i słodycz ale dominującym smakiem jest… nawet nie wiem co to jest, pewnie ten len mielony, skojarzyło mi się z sianem, bleurgh. A skąd wiem jak smakuję siano? No cóż dzieci z ciekawości jedzą różne dziwne rzeczy nie tylko szczaw. Nie miałam zamiaru za bardzo ten smak analizować, po 3 łyżce stwierdziłam, że moje poświęcenie dla sprawy ma swoje granice i wyplułam to co miałam w ustach z powrotem do kubka. 
Naprawdę istniało poważne zagrożenie, że zaraz zwymiotuję to co zjadłam i w tym momencie nie żartuję ani nie przesadzam. Moim następnym krokiem było skierowanie się do łazienki żeby umyć zęby w celu pozbycia się tego smaku. Nie wiem jak bardzo zdesperowanym trzeba być aby to zjeść. Mając do wyboru pożywianie się tym produktem a śmierć głodową to… no cóż zaczęłabym dość poważnie rozważać jednak tą głodówkę. Hej, może o to w tym chodzi, przecież jak się nie je to się chudnie. O rany, jakie to genialne w swej prostocie, jestem pod wrażeniem.
Ocena:0/10 bo zapach to jednak za mało
Kaloryczność: 199g/287kcal, saszetka(23g)/66kcal
Gdzie kupiłam: Rossman
Cena:1,99zł
A tak na serio, nie warto wydawać pieniędzy na to. Jak chcecie stracić na wadzę to polecam jednak więcej ruchu i zmniejszenie liczby kalorii i tłuszczu. W większości wypadków to pomoże, chyba, że cierpicie na jakąś chorobę wtedy jednak zalecam udanie się do dietetyka. Produkty odchudzające mają to do siebie, że prędzej odchudzimy portfel niż siebie. Jakby działały to na świecie nie byłoby grubych osób, przemyślcie to sobie.
Pa

29.03.2013

Jacobs Cappuccino Specials- napój kawowy



Brak kawy w kawie, ZNOWU

Jestem rannym ptaszkiem, przyznaję się bez bicia.  Ale i tak odczuwam skutki stawania, przez ostatnie 3 tygodnie, o godzinie 4:50. Pocieszam się myślą, że będzie tak jeszcze tylko do końca tygodnia a potem będę mogła pospać dłużej. Te dłużej w moim wypadku to oszałamiająco późna pora 5:10. Nie, nie wieczorem, rano. Mój wewnętrzny budzik to skurwysyn, który uważa, że to zabawne jak człowiek budzi się wraz ze wschodem słońca a zimą nawet przed. Mimo tego i tak z radością przyjmę te dodatkowe 20 minut snu. A teraz jeszcze zmagam się ze zmęczeniem i sennością. Uprzedzając pytania, nie potrafię spać w dzień. Mogę być nieziemsko zmęczona ale przed 19 nie zasnę. I tak chodzę jak zombie cały dzień, jedyne co mnie jako tako ratuję to cukier i kawa. Nie zawsze chce mi się jednak robić dwie kawy dziennie. Wiecie, trzeba przeczyścić sitko ekspresu a potem dosypać świeżej kawy tak aby nie rozsypać połowy na blat i podłogę. Wczoraj był taki dzień więc polazłam do sklepu i wzięłam pierwszą lepszą saszetkę z kawą, która wydała mi się interesująca i stosunkowo niedroga. Dopiero w domu wyczytałam, że jest to napój kawowy o „bardzo wysokiej” zawartości kawy, całe3 %, szaleństwo. Powinnam chyba zacząć nosić okulary podczas robienia zakupów. Przypomniało mi się Mokate Cappuccino Caramel  i wiedziałam, że szlag trafił w moją dawkę energii. Już porzuciłam myśl o kopie kofeinowym ale może przynajmniej będzie to dobrze smakować.

Jacobs, rozpuszczalny napój kawowy  o smaku orzechowym z dodatkiem czekolady mlecznej. Skład jest napisany drobnym druczkiem i trudno go przeczytać ale przecież wiadomo, że więcej tu chemii niż witamin. Chyba, że zaliczymy E cyfry, jako witaminki wtedy owszem, saaamo zdrowie. Ale co tam, taka mała 
saszetka mi nie zaszkodzi, jak zacznę się świecić w ciemności to was natychmiast poinformuje. Nawet fajnie by było, dołączyłabym może do drużyny X-menów, jako człowiek-świetlik.

Smak: przede wszystkim mleczny i słodki, dla niektórych może być za słodki ale dla mnie jest idealnie. Nie tak mocny ale wciąż wyczuwalny jest smak orzechowy, a na szarym końcu jest delikatny posmak czekolady. Heh, moje przeczucia się sprawdziły, te 3% kawy nie dało się w ogóle wyczuć, a szkoda bo wtedy byłoby 10 punków. Napój jest bez porównania lepszy niż Mokate Cappuccino Caramel, w którym to czuć było głównie cukier.
Tutaj to przynajmniej jeszcze mamy mleko, orzech i czekoladę. Byłby to wspaniały napój czekoladowo-orzechowy, w tej postaci spełniłby się doskonale.  Naprawdę jest bardzo smaczny. Ale kawa to, to nie jest, a ja oczekuję, że jak coś głosi, że jest chociażby tylko  napojem kawowym to ja tą kawę będę czuła. Nawet nie mogłam oszukać swojego organizmu, że skoro piję coś co smakuję jak kawa to pewnie tenże produkt zawiera pobudzającą kofeinę. W tym wypadku mój organizm roześmiał mi się szyderczo w twarz a następnie wykonał parę gestów uważanych powszechnie za obraźliwe. Metaforycznie rzecz ujmując (czyli wedle mądrości Świata dysku: kłamiąc). Pozostaje mi nabrać energii w inny sposób.
Ocena: 7/10
Kaloryczność: 100g/415kcal, 22g+130ml wody/91kcal
Gdzie kupiłam: Piotr i Paweł
Cena: 1,49zł

Zanim pójdę do jakiegoś ciemnego pokoju by sprawdzić czy już mogę pełnić funkcję latarni miejskiej muszę wyrzucić z siebie jedną rzecz. Wczoraj tatusiek zrobił zakupy świąteczne, najważniejszymi produktami są oczywiście cukierki bo na pewno nie jajka, phi. Iii tu za bardzo się nie popisał, z pięciu rodzajów ciućków , dwóch na pewno nie tknę, jedne to trufle białe z Wawelu (rumowe) a drugie to marcepanowe z Mieszka. Ech, przynajmniej nie kupił wedlowskich galaretek w czekoladzie, tych nikt w mojej rodzinie za bardzo nie chciał jeść.  Ale szczerze to wolałabym cukierki pierot i bajeczne lub snickersy i marsy, te ostatnio szczególnie szybko poszły i to bynajmniej nie na spacer po parku. No cóż, jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma.
Pa

27.03.2013

Ritter Sport Butter Biscuit



Rozczarowanie ma smak starego herbatnika

Miałam duże nadzieje związane z tą czekoladą. Cały herbatnik zatopiony w czekoladzie wydawał mi się pomysłem fajnym i całkiem smacznie brzmiącym. Zazwyczaj w czekoladach występują ciastka w formie pokruszonej, które również są dobre ale to nie to samo co cały porządny kawał.  Tylko no,  niestety, nie mogłam tej czekolady upolować podczas jakiejkolwiek promocji.  W Lidlu nie dało się jej uświadczyć* a w innych sklepach jakoś nie kwapili się aby zejść z pułapu cenowego. W końcu machnęłam ręką i kupiłam po normalnej cenie. Wtedy okazało się, że los uwielbia się ze mną drażnić i w tydzień później w tym samym sklepie była przecena na te czekolady. Jestem pewna, że gdzieś  w oddali słyszałam złośliwy chichot nadprzyrodzonych istot nabijających się ze mnie. Co mogę powiedzieć, takie sytuacje zdarzają mi się dość często. Ale najważniejsze: miałam  w końcu tą upragnioną czekoladę w ręku i tylko nagląca lista mnie powstrzymywała żeby jej od razu nie spożyć. A teraz pytania za 100 punktów: warto było? Do wygrania zestaw dziurawych skarpetek bez par.
*tutaj trochę ponarzekam, serio co się dzieje. Jeszcze w lipcu można było w Lidlu kupić różne smaki Ritter Sport, było ich zatrzęsienie. A teraz to bieda z nędzą. Ostatnio to tylko widziałam zimowe limitki, marcepan, mleczną i pralinową. Tak wykupują czy po prostu sklep nie dostaje innych smaków?

 Czekolada mleczna Ritter Sport z całym herbatnikiem i kremem mleczno-czekoladowym. Zanim mogłam zacząć pochłaniać ten produkt, musiałam stawić czoło jednemu z moich największych ostatnio utrapień. Koszmarnie głupie opakowanie.  Moje próby delikatnego otwarcia tego szatańskiego wynalazku skończyły się porwaną w połowie folijką. Nie ma to jak chronić czekoladę przed czynnikami zewnętrznymi, nie. Właściwie powinnam za takie opakowania odejmować punkty, są nieekologiczne, niepraktyczne i cholernie wkurwiające. Ważne jednak jest to, że w końcu udało mi się dostać do czekolady. 
Smak: zacznę  od samej czekolady i tego co ma być chyba kremem. Nie wiem czy ja nazwałabym to kremem bo jedząc byłam pewna, że właśnie spożywam jednolitą czekoladę. Dopiero po dokładnym przyjrzeniu się zauważyłam ten niby krem ale dobra, nie będę się kłócić. Czekolada i krem tworzą dość spójną całość, mleczna i słodka ale nie zasłodzona. Co mnie pozytywnie zdziwiło, czułam smak kakao, hurra, w końcu. Warstwa czekolady jest bardzo gruba, rozpływa się w ustach. Te elementy są bardzo smaczne i dobre, mogłabym ją zjeść w postaci całej tabliczki. Dałabym tu nawet 10 punktów ALE…
No właśnie, ALE  i specjalnie włączyłam Caps Locka bo zwyczajne ale by nie wystarczyło. Przecież głównym bohaterem miał być cały herbatnik, i co? I dupa wołowa, za przeproszeniem, a nie bohater. Herbatnik jest po prostu paskudny. Jedyną jego zaletą jest to, że gładko odchodzi od czekolady wobec czego łatwo można się go pozbyć. Fuj i jeszcze raz fuj. Struktura zwykłego herbatnika, jest lekko słodki i jedzie (tu naprawdę nie żartuję) ogórkiem. Tak, zwykłym ogórkiem. Pomyślałabym, że jest popsuty ale data zdatności do spożycia jest do lipca, a teraz jest marzec. Jedno wielkie WTF. Oddzielnie nie da się go zjeść, razem z czekoladą już tak ale moim zdaniem ten posmak ogórka całkowicie psuje smakowitą czekoladę. Nie, zdecydowanie nie. Ten produkt zdecydowanie nie wyszedł. Stanowczo odradzam, szkoda tych 5 złotych.
Ocena:6/10
Kaloryczność: 100g/549kcal, 4kostki(25g)/137kcal
Gdzie kupiłam: Real
Cena: 4,99 zł
Może za bardzo się napaliłam na tą czekoladę i miałam zbyt duże wymagania. Ale co zrobić jak ciągłe mam w pamięci przepyszną letnią edycję czyli białą czekoladę z kokosem. Mam nadzieje, ze w końcu trafię na taki smak, który będzie również idealny. Najbliżej tego jest biała RT z całymi orzechami.  A tu, chała, syf i mogiła. Meh.

A tak na marginesie to przejrzałam i przeliczyłam moje zapasiki i wyszło mi, że mam:
11 czekolad (10 normalnych i 1 dużą)
5 batoników (wliczam w to 2 wafelki)
1 opakowanie jajeczek Lindt
2 jajka Kinder Niespodzianka
1 królik Lindt
Nie świadczy to dobrze o moim zdrowiu psychicznym skoro pierwszą myślą było „Mam za mało batoników”. Ale co tam, normalność jest przereklamowana.
Pa

25.03.2013

Gerber, Budyń bananowo-czekoladowy +babeczki marchewkowe



Cofam się w rozwoju i jedyna marchewka którą zjem

Dla niektórych może wydawać się to dziwne, że dorosła osoba taka jak ja zabiera się za recenzowanie produktu przeznaczonego dla bobasów. Ale hej, dokładnie przeczytałam etykietę i tam nigdzie nie było informacji jaki jest górny limit wiekowy, czyli nie ma żadnych przeszkód abym to zjadła.  Przecież mnie to nie zabije… mam nadzieje.  Trochę trudno mi będzie opisać ten deserek biorąc pod uwagę, że no cóż, on nie jest wyprodukowany z myślą o osobach konsumujących głównie pożywienie w stanie stałym. Fakt ten będę musiała mieć ciągłe na uwadze. Hmm, właściwie to teraz sobie przypominam, że w gimnazjum jedna dziewczyna jadła te słoiczkowe żarcie dla bobasów w nadziei, że pomogą jej schudnąć. Nadzieja okazała się płonna a dziewczyna wkrótce z powrotem wróciła do normalnego jedzenia. Przyznam bez bicia, że miałam wtedy z niej niezłą polewkę, w głębi mego małego serca jestem niesamowitą wredotą. Tylko dobrze się maskuje. Ale dobra, widząc ostatnio dział z kaszkami i inną żywnością przeznaczoną dla małych, najczęściej łysawych i śliniących się istot* stwierdziłam, że co mi szkodzi spróbować. Udając, że wiem dokładnie co robię zaczęłam przybierać słoiki i oglądać etykiety w końcu mój wybór padł na ten produkt.
*małe dzieci mnie przerażają, niby takie słodkie puci puci, a ja jestem przekonana, że w duszy planują jakby tu najlepiej sprawić ból najbliżej stojącej jednostce, kto by pomyślał, że bezzębne ugryzienie będzie tak bolało.
Gerber, Budyń bananowo-czekoladowy, przeznaczony po  10 miesiącu życia, jak mówiłam wcześniej, nie ma tu słówka do
Wieczko kliknęło jak je odkręciła czyli nikt wcześniej nie grzebał w nim, zatrucie pokarmowe tym razem mi nie grozi. Najpierw w nos uderza nas zapach bananów, czekolada jest gdzieś tam w tle. Konsystencja bardzo rzadkich glutów, nie jest idealnie gładka, czuć taki lekki miąższ.
Smak: najpierw spróbowałam budyniu w temperaturze pokojowej (I come in peace, musiałam to z siebie wyrzucić), wrażenia nie były powalające. Deser jest niezbyt słodki. Smak bananów i czekolady bardzo słaby, musiałam się wysilić żeby cokolwiek poczuć. Serio gdyby nie zapach i napis na etykiecie z życiu bym nie zgadła co to jest. O mlecznym posmaku można pomarzyć. Jednak po pobyciu w lodówce produktowi znacznie poprawił się smak.  W chłodnej wersji  już wyraźniej było czuć te banany, czekoladę trochę mniej ale już to było coś. Jedynie smaku budyniu tu nadal nie czułam, biorąc pod uwagę nazwę na etykiecie to trochę kicha z tego wyszła. Owszem było znacznie smaczniejsze niż na samym początku ale wciąż trochę to było za mało dla mojego smaku.  Ale muszę wziąć poprawkę na to, że jest to produkt dla małych dzieci, znalazłam informację, że „ Noworodek wszystkie smaki odczuwa dużo intensywniej niż człowiek dorosły. Gdy się rodzimy, kubki smakowe pokrywają gęsto całą jamę ustną. Ale ok. 10. roku część z nich zanika, a nasz zmysł smaku nie jest już tak wyostrzony”(źródło:poradnikzdrowie.pl). To tłumaczy czemu niektórzy, już jako dorośli, odkrywają, że szpinak wcale nie jest taki zły. Szczególnie z serem feta lub w zapiekance z makaronem.  Chociaż ja osobiście to nigdy nie przekonam się do wątróbki, flaczków, kaszanki i bigosu, bleh. 
Generalnie pewnie dzieciom smakuje*, nie wiem nie znam się bo nie mam takich stworzeń w domu. Ale dla osób, którym już te kubki smakowe robią powoli pa pa, takie coś nie będzie źródłem niesamowitych doznań smakowych. Zjadło się, nawet w pewnym stopniu z przyjemnością ale to jest takie bezpłciowe i nijakie. No ale w końcu trudno oczekiwać, że deser dla bobasów będzie smakować jak produkt  przeznaczony dla  starszych dzieci i powyżej. Ale mimo to ocenie to jak inną żywność.
*tu mam pewne wątpliwości, widziałam jak dzieciak mojej kuzynki był wyraźnie zdegustowany zawartością swej miseczki. Patrząc na tą wymieszaną z ziemniakami breję podzielałam jego zdanie w tej kwestii.
Ocena: 5/10
Kaloryczność: 100g/68kcal, słoiczek(125g)/85kcal
Gdzie kupiłam: Piotr i Paweł
Cena: 2,99zł
A ogólnie to patrząc na ceny tych słoiczków to stwierdziłam, że to masakra. Żeby 200g przemielonych jabłek kosztowało 3,79 zł, wow, niezły interes.

 Oprócz tego niedziela przebiegła u mnie pod hasłem „babeczki marchewkowe”. No co, kupiłam w końcu formę do muffinek i  mogłam poszaleć bez obaw, że ciasto będzie rosło wszerz a nie w górę. Przepis wzięłam z tej strony: klik. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie postanowiła trochę go zmienić. Do ciasta dodałam wyciśnięty sok z jednej małej pomarańczy a zamiast imbiru w proszku dodałam odrobinę świeżo startego. No i oczywiście kompletnie olałam lukier, do szczęścia nie był mi potrzebny. 
 Jestem naprawdę mega zadowolona, dawno nie udało mi się zrobić tak smacznego wypieku. Nie za słodkie, delikatnie cynamonowe i mocno pomarańczowe. Smak w zupełności rekompensuję czas jaki musiałam poświęcić na przywrócenie kuchni do stany używalności po mojej radosnej twórczości. Babeczki są bardzo wilgotne i miękkie, co stanowi przeciwieństwo większości moich wypieków. O dziwo nawet piekarnik ze mną współpracował, dzień dobroci dla sierot życiowych czy jak? Jeśli wcześniej nie jedliście ani babeczek ani ciasta marchewkowego to śpieszę z wiadomością, że naprawdę nie ma się czego obawiać. Właśnie to jest najlepsze w tych wypiekach, nie czuć tej marchewki. Ja sama podchodziłam do tego pomysłu jak kot do wody. Ale w końcu się przemogłam i efekt był zadawalający. Polecam wam te babeczki i ogólnie ciasto marchewkowe.

Z innych dobrych wiadomości, w środę będę miała ostatnie zajęcia i potem przerwa świąteczna, jakby się jeszcze ociepliło to bym mogła powiedzieć, że osiągnęłam pełnie szczęścia. Jeszcze tylko przeżyć dzisiejszy, najgorszy dzień.
Pa