26.03.2017

Milka Triple Choco Cocoa

Przedobrzyli?

To zabawne jak czasami nadzieje z dzieciństwa wracają już w dorosłym życiu. Przykładowo  ostatnio przyłapałam się na myśli, że fajnie byłoby dostać gorączki żeby nie iść do szkoł… pardon, nie iść do pracy. Różnica jest taka, że w odróżnieniu od 10-letniej mnie, nie będę grała roli w filmie „Grypa i ja: czemu powinnam zostać w domu”. Głównie dlatego, ze praca to nie szkoła i tam, jak przypuszczam, nie przejdzie podpisane przez matkę usprawiedliwienie.  A iść do lekarza bez prawdziwych objawów  żeby wyłudzić zwolnienie to  tak głupio i źle bym się z tym czuła. Więc jedynie pozostaje mi codziennie rano, zwlekając się z łóżka, dumać nad beznadziejnością ludzkiego życia.

Milka Triple Choco Cocoa, czekolada mleczna z mleka alpejskiego z kremem kakaowym, nadzieniem z płynnej czekolady oraz pokruszone ciastka kakaowe. Gapiąc się w sklepie na tą czekoladę nie mogłam przypomnieć sobie czemu nie chciałam jej wcześniej kupić, a pamiętałam, że nie chciałam. Cóż, dopiero w domu, a dokładniej przepisując opis, przypomniałam sobie czemu nie chciałam jej kiedyś tam spróbować. Płynna czekolada i tyle w temacie. Jeśli nie mogę tego pić ze szklanki, butelki czy puszki to nie chce mieć nic słodkiego i płynnego. Jednak jak komuś się w sklepie śpieszy i nie czyta TEGO CO POWINNO SIĘ PRZECZYTAĆ to kupuje produkt, który normalnie by się olało. Może jednak nie będzie tak źle, ostatecznie nie jest to wersja karmelowa, która zapewne dokonałaby nieodwracalnych posklejanych  szkód  w moim najbliższym otoczeniu.

Smak: trzy kostki, każda (teoretycznie ) posiada inne nadzienie. Czysty chaos, tyle powiem. Zapach czekolady jest typowo „milkowy”: słodko-mleczny-czekoladowy.  Jej smak również niczym nowym nie zaskakuje. Dla miłośników typowej fioletowej krowy będzie to strzał w dziesiątkę. Jak dla mnie jest nieco za słodka, ale ja już jakiś czas temu twierdziłam, że mi odporność na cukier znacznie spadła i znaczna część dawnych ulubieńców jest dzisiaj dla mnie za słodka. Jednak, mimo przecukrzenia, mogę przyznać, że czysta czekolada była w porządku. Nieco tłustawa, ale bez posmaku taniego tłuszczu czy zepsutego mleka. Gładko się rozpuszczała w ustach i nie miałam wrażenia, że przeżuwam plastik, jak to czasami się zdarza z tanimi czekoladami.

Na pierwszy gryz wzięłam kostkę z tak jakby spiralą. Jakie to szczęście! Ta kostka posiadała nadzienie płynne. Jedyne dobre było to, że nadzienie  było na tyle gęste, iż nie wylewało się z czekolady. W opisie było  napisane, że jest to „płynna czekolada”. Polemizowałabym. Jak dla mnie jest to nadzienie zrobione  z kakao i bardzo słodkiego syropu. Z przewagą syropu. Nie smakowało mi, było za słodkie i za mało czekoladowe. Nope, następna kostka.

Następna kostka posiadała fale… albo sama nie wiem co, mi to najbardziej przypominało fale i już. Ta część była znacznie lepsza, to ta z ciastkami kakaowymi. Chrupiącymi, intensywnie kakaowymi i fajnie urozmaicającymi całą czekoladę. Trzeba przyznać, że Milka zna się na robieniu produktów czekoladowych z ciastkami. Cała tabliczka mogła taka być.

Ostatnia kostka posiadała nadzienie z kremem kakaowym. I to również było strzałem w dziesiątkę. Krem był intensywnie kakaowy i przypominał mi nieco przypalone ciasto murzynek. Nieco maślane, nie za słodkie, nawet wręcz z nutą cierpkości, która łagodziła słodycz czekolady. Mogłabym z łatwością zjeść całą tabliczkę z takim nadzieniem.

Dwa na trzy nadzienia okazały się jak dla mnie hitem. Tylko jedno było kitem. Jest to całkiem dobry wynik, ale nie idealny. Pozostają niezmienna w swojej niechęci do płynnych wypełnień tabliczek.
Ocena:6,5/10
Kaloryczność: 100g/ 520kcal
Cena: około 3zł
Gdzie kupiłam: Bi1

Wydaje mi się, ze następny tydzień będzie bardzo ciężki w pracy. HELP.

Pa

19.03.2017

Goplana Joy&Me

Gdzie ta joy?

Jak nie ma się pomysłu co kupić to kupuję się byle co. Ale byle co nie może być byle czym. Bez sensu? Trochę tak, ale to głównie skutek tego, że nie potrafię sklecić prostego logicznego zdania. Gdybym kupowała prawdziwe byle co, to po prostu brałabym słodycze z półki nie patrząc czy to już było, czy posiada składnik którego nie znoszę itepe itede. Moje byle co zostaje wybrane gdy przejdzie próbę trzech pytań:
      Czy ja to jadłam i opisywałam na blogu?
            Czy chce to zjeść?
      Czy cena jest odpowiednia do jakości?

Oczywiście mogą zdażyć się powtórki, świetnej pamięci nie mam. Ale co do tego produktu to jestem pewna, że go nie jadłam.


Goplana Joy & me: dekorowany smakołyk waflowy z kremem o smaku czekoladowym, nadziewanym masa owocową  z sokiem pomarańczy, oblany czekoladą. Uff, krócej by nie można??? Goplana och Goplana, czegoż na boku opakowania macie anglojęzyczne napisy skoro jest to polski produkt przeznaczony na rynek polski*? No i oczywiście mamy też do czynienia z moimi ulubionym stwierdzeniem „o smaku”. Bo czemu by użyć prawdziwego kremu czekoladowego, no bez przesady, bez szaleństw proszę, tu nie Bristol! Jedyne co mogę pochwalić to opakowanie, bardzo zachęca do kupna, na tyle że przymknęłam oko na firmę, jakość i dodatek pomarań… a pardon „pomarańczy”, który mi się już jakiś czas temu znudził w połączeniu z czekoladą.
*Nie odrzucam możliwości, że część idzie na eksport, ale czepiać się muszę!


Smak: forma „smakołyku” nieco mnie zaskoczyła. Spodziewałam się , że te kulki będą złączone razem, jednak okazało się, że w opakowaniu są trzy oddzielne praliny. Bo jak na moje oko są to praliny, ino bez bombonierki. O wyglądzie nie będę się rozpisywać, wystarczy stwierdzić, że ozdoby pochodzą najpewniej ze szkoły „Nie-innowacyjne mazanie po taniości”. Zapach jednak nie  był taki zły, taki czekolado-deserowy.

Zapach mnie oszukał. Czekolada nie jest deserowa. Właściwie całe moje jestestwo protestuje przeciwko nazywaniu tego czekoladą. Jest to tłuszcz wymieszany z małą ilością sklepowego kakao i dużą ilością cukru.  Tania polewa, która owszem, może smakować, ale nie jest czekoladą. Zaś pomarańczowe paski smakują słodko i sztucznie cytrusowo.

O opłatku nie ma co wiele pisać, wiadomo, noc nowego pod tym względem nie wynaleźli. Zaś pod opłatkiem czai się krem „o smaku”. O smaku sama nie wiem czego, bo to też obok czekolady nawet nie stało. Jest słodki, nieco musowy, może z delikatną sugestią taniego kakao dla dzieci, ale znowu, nie ma w tym nic czekoladowego. Oprócz koloru, ale to się nie liczy.

Sok pomarańczowy to właściwie gęsty syrop  z dowalonym aromatem pomarańczowym. Przyznam, że jest intensywnie pomarańczowy, ale jest też intensywnie przecukrzony i intensywnie lepki. Nie na mój gust.

Jakby to powiedzieć, dostałam to czego mogłam się spodziewać po marce, cenie i składzie. Zaletą tego produktu jest wielkość, można taką kulkę wpakować do paszczy i szybko przełknąć dostarczając sobie dawkę cukrowego paliwa. Lepiej nie analizować smaku, naprawdę, lepiej nie. Tak samo jak składu, którego nie zamieściłam, żeby was nie straszyć. I z powodów technicznych: duża ilość drobnego druku nie sprzyja dobrej jakości zdjęciu. Więc tego, jestem pewna, że ta słodycz was nie zabije i możecie spróbować, ale ja bym sobie darowała takie „dekorowane smakołyki”.

Ocena:3/10
Kaloryczność: 100g/545kcal
Gdzie kupiłam: Stokrotka
Cena: poniżej 2zł

Dwa dni w tygodniu to zdecydowanie za mała ilość na odpoczynek po pracy.

Pa

12.03.2017

Zotter Typically Austria

Austriacki makowiec



Kiedy człowiek uświadamia sobie, że jest prawdziwie, prawdziwie dorosły? Zdmuchując 18 świeczek na torcie, idąc głosować podczas wyborów? A może gdy zaczyna studia, wyprowadza się z domu lub płaci swój pierwszy, własny rachunek za prąd, gaz cokolwiek innego?  Jest też inna możliwość, człowiek stwierdza jaki jest już stary, gdy cieszy się ze prezentu w postaci skarpetek*, a kupno odkurzacza wzbudza dreszcz ekscytacji**. Dobrze jest jednak znaleźć równowagę i nie dać się przytłoczyć „rozwadze i odpowiedzialności” i zachować trochę dziecięcej radości Jak podczas jedzenie tej tabliczki.
*nieważne ile skarpetek ostatnio się kupiło, zawsze będzie ich za mało. Przypuszczalnie pralki podczas wirowania zaginają naszą przestrzeń przez co część skarpetek ląduje  w innym wszechświecie. Logiczne
** co nie znaczy, że polubiłam sprzątanie. Jednak łatwiej jest przeklinać kurz i swoje życie, gdy nie ma się zadyszki spowodowanej dźwiganiem, ciągnięciem i myciem ogromnego odkurzacza wodnego.

Zotter Typically Austria, górska mleczna czekolada, nadziewana kremem z szarego maku, nugatem z orzechów włoskich i cynamonem. Podczas ostatniego zamówienia miałam lekkie problemy z Zotterem, bo chciałam tabliczkę  hand scooped, ale bez dodatku alkoholu. A w ofercie były głównie czekolady nadziewane z alkoholem. Te zaś które były nieliczne bezpieczne dla abstynentów  dzieliły się 1)na te które jadłam,  2) mało obiecujące 3)o to mogę wybrać. Nie muszę dodawać, że najmniej produktów było w kategorii 3, właściwie tylko dwie czekolady się do niej zakwalifikowały I właśnie jedną z nich widzicie na zdjęciu powyżej.

Napis „górska mleczna czekolada” jednoznacznie kojarzy mi się z Milką. Jednak w tym wypadku fioletowa krowa przegrywa z kretesem, gdyż Zotter może i jest mleczny, lecz jest i również wysoko-kakaowy. 50% kakao to liczba po którą czasami i deserowe tabliczki niektórych marek nie osiągają. Przy tym kolejnym czynnikiem „wow” jest makowe nadzienie, przy którym kolejna czekolada z niby deserowym wypełnieniem wydaje się być równie ciekawa co kompendium wiedzy o zbieraniu zboża w XIII wieku. Nie zajmując więcej czasu łapcie tylko dwa  linki do innych recenzji.

Smak: zapach jest oszałamiający. Od razu moje myśli powędrowały ku świętom. Tak, świętom, liczba mnoga. Cynamon przywoływał bożonarodzeniowe ciasta, zaś aromat maku zdecydowanie przypominał wielkanocny makowiec.

Warstwa czekolady nie była zbyt gruba, nad czym trochę ubolewam, gdyż jej smak zachwycał. Głęboka w swej kakaowości jednocześnie posiadała delikatną  słodycz i śmietankowość typową dla dobrych mlecznych czekolad. Przypomniała mi czemu tak bardzo lubię wysoko-kakaowe czekolady mleczne, są one idealnie pomiędzy dziecięcą prostotą słodkich „mleczaków” a ciemną wytrawnością gorzkich

Podczas jedzenia stwierdziłam, że najlepsza metodą jest nie oddzielanie od siebie poszczególnych warstw, bo w ten sposób traciły większość uroku, ale po prostu wgryzienie się w całość. Wtedy w moje kubki smakowe z całą mocą uderzył smak mazurka z makiem i orzechami. Zatopiony w mlecznej warstwie mak nie był na tyle liczny żeby przeszkadzać, ale było go na tyle dużo, że jego smak prawie przytłaczał, w pozytywnym sensie. Jednak warstwa nugatu orzechowego nie pozostawała daleko w tyle. Dawała delikatną cierpkość i drzewny charakter, który podkreślał świąteczność czekolady. No i ten cynamon. Cudo. Nawet jakbym nie wiedziała, ze znajduje się w tym cynamon, to od razu bym zgadła. Jednak przyznam, że był on wyważony, tak ja i cała reszta.

Nie będzie długo: Zotter Typically Austria jest „must have” dla wszystkich miłośników makowców i wszelakich słodyczy z makiem. Nie było w nim absolutnie nic do czego mogłaby się przyczepić. Nie dziwię się pozytywnym recenzjom, bo ta czekolada jest warte każdej pochwały.
Ocena:10/10
Kaloryczność:
Gdzie kupiłam; foodieshop24
Cena: 16zł

Część dzisiejszej notatki została napisana przed piątkiem 03. Pewnie w niektórych fragmentach to widać. przez ostatni tydzień doszłam do wniosku, że im więcej robię tym lepiej dla mnie. Jeśli nie skupiam się nad czymkolwiek to moje myśli powoli wędrują ku koszmarnej nocy z czwartku na piątek i zaczynam ryczeć. Nawet teraz.

Pa 

03.03.2017

Przerwa



W tym tygodniu wpisu nie będzie. Dzisiaj w nocy umarł mój kot i nie jestem w stanie dokończyć recenzji. Mam nadzieję, że rozumiecie. Może uda mi się zamieścić wpis w następną niedzielę. Nic nie mogę obiecać.Tak samo nie będę na chwilę obecną komentować wpisów na innych blogach, nie dam rady udawać dobry humor.

26.02.2017

Seed and Beran, Organic Rich Milk Chocolate, Cornish Sea Salt And Lime, 37 Cocoa



Kornwalskie lato w lutym

Zwykły mak spożywczy nie ma właściwości narkotycznych i wie o tym praktycznie każdy, kto posiada jakąkolwiek wiedzę. Jednak, jak już kilka osób z mojej rodziny zauważyło, po zjedzeniu potrawy z makiem, czy to makowiec czy kutia, człowieka ogarnia senność, zmęczenie. Nie zaprzeczę, może to jest efekt sugestii mózgu, ale może rzeczywiście jest to niezwykły sposób na zbyt energetyczne dzieci*. Biorąc to wszystko pod uwagę stwierdziłam, że na dzisiejszą  recenzję… nie wezmę tabliczki z makiem, tylko inną zamówioną w foodieshop24. I tak wieczorem zasypiałam siedząc przy komputerze, więc wiecie, lepiej nie ryzykować większej senności. Jeszcze spadnę z krzesła i głowę sobie rozbiję. I co wtedy?
*czoko oświadcza, że w tym wpisie nie sugeruje podawania dzieciom substancji narkotycznych**
**  a przynajmniej w dużych dawkach ;D 

Seed and Beran, Organic Rich Milk Chocolate, Cornish Sea Salt And Lime, 37 Cocoa. Czekolada mleczna limonkowa z wędzoną solą morską. Już widzę zachwycone miny niektórych osób. Ale cóż poradzić, lubię takie nietypowe czekolady, tym bardziej te, które nie posiadają alkoholu. 

Marka Seed and Bean nie jest jakąś ekskluzywną marką, raczej wydaję mi się, że to takie brytyjskie Viviani. Marka organiczna, dbająca o farmerów, etyczna, jadajadajada. Tylko tak podczas omijania wzrokiem nieciekawych fragmentów natknęłam się na tą perełkę „Most organic and Fairtrade chocolate sold in the UK is now made thousands of miles away and shipped in by chilled, temperature controlled HGVs. Most comes in from Poland, Italy and Germany. However we at Seed and Bean produce in a very "hands-on" way, from our bespoke facility in Northamptonshire, England.” Hmmm, ciekawe, ciekawe.

Nie będę podawać wszystkich dostępnych smaków, wystarczy, ze podam wam link. Ale mogę stwierdzić, że miałam problem z wyborem, ze 4 razy zmieniałam zdanie, bo prawie wszystkie tabliczki mnie ciekawiły. No i te opakowanie również zwraca uwagę.

Smak: opakowanie jest papierowe co może i jest ekologiczne, ale również bardzo niepraktyczne podczas deszczu lub, gdy ma się mokre ręce. I to nie chodzi o to, że czekolada uległaby zniszczeniu bo jest ona zabezpieczona cienka folią, ale chodzi o względy estetyczne. Przynajmniej łatwo się dało rozerwać.

Kostki czekolady ozdobione są albo logiem marki albo jakimiś pędami i liśćmi i przyznam, że jak na mój plebejski gust całkiem ładnie to wygląda. Jednak nie na tyle by było mi szkoda zniszczyć to dzieło. Już zapach zachęcał by bez wyrzutów sumienia zacząć łamać.

Uderzył mnie prawdziwy mix. Pojawiła się znacząca słodycz, a wraz z nią aromatyczny i subtelny kwasek limonki. Piszę subtelny, bo nie był to kwach wykrzywiający gębę, ale taka lekka sugestia orzeźwiającej limonki. Nie był to chamski sztuczny do bólu posmak tanich cytrusowych słodyczy. To był inny poziom! Przypomniał mi się Lindt Citrus Sorbet, obie tabliczki miały podobną cytrusowość, czyli wyczuwalną, ale nie nachalną. Ten smak idealnie komponował się ze słodyczą produktu sprawiając, że, chociaż było blisko, czekolada nie była przesłodzona. Ale to nie koniec!

Po chwili do słodyczy i limonkowego aromatu dołączyła sól. I tu również nie była to sól przesadzona. Dała o sobie znać, ale nie grała pierwszych skrzypiec. Można stwierdzić, iż harmonijnie zgrywała się z pozostałymi smakami. Razem z limonką stworzyła czekoladę odpowiednią na lato. Efekt lekkości i świeżości był nie do pomylenia, prawie ocierał się o efekt chłodzenia. Dodam tylko, że większość soli  chyba się rozpuściła w czekoladzie, ale co jakiś czas natrafiałam na małe ziarenko soli, co było zachwycające.

Zaś sama czysta czekolada, z tego co dałam radę wyczuć, była na poziomie może nie najwyższym, ale zadawalającym. Nie była szczególnie kakaowa (ale bardziej niż Milka ,co właściwie o niczym wielkim nie świadczy), ani szczególnie mleczna (chociaż mleczny posmak był wyrazisty). Wydaje mi się, że po prostu tworzyła przyjemne tło dla soli i limonki. Gładko się rozpuszczała choć na początku z lekkimi oporami. Mało tłusta i bez posmaku tanich składników (patrzę na ciebie Wawel)

Seed and Bean to zupełne przeciwieństwo 100% Manufaktury. Tak jak setka była dymna, mroczna i taka zimowa, tak Cornish Sea Salt And Lime jest tabliczką letnią, orzeźwiającą i delikatną. Tu jednak dodam sprawiedliwe, że główną zaletą brytyjskiej czekolady są jej dodatki. Nie wiem jakby smakowała bez nich, ale jestem ciekawa pozostałych wersji i na pewno się skuszę na kolejne tabliczki.

Ocena:10/10
Kaloryczność: 100g/ 574,3kcal
Gdzie kupiłam: foodieshop24
Cena: 15zł

Jakby ktoś szukał przyjemnej, mało intelektualnej ale za to ciepłej i nieromantycznej powieści to polecam „Kot Bob i ja”. Film na podstawie książki też polecę, jakoś milej mi się zrobiło po obejrzeniu go.
PS: nie, kot w tej książce nie ginie, Bob ma obecnie ze 12 lat i nadal trzyma się świetnie
Pa

19.02.2017

Manufaktura Czekolady, Chocolate Story Ghanna 100% kakao.

100 % inaczej



Scena. Różnokolorowe światła migoczą nadając magiczny charakter. I oto tanecznym krokiem wchodzi czoko. Zręcznym ruchem obraca w dłoni melonik i teatralnych gestem nakłada go na głowę, uśmiechając się przy tym zwycięsko. Przyciąga do siebie mikrofon i zaczyna.
- Oto nadszedł ten dzień! – Z tyłu kurtyna się wznosi ukazując chór gospel, który klaszcząc w ręce śpiewnie  wtóruje.  – Dzień, które dało nam antropomorficzne wyobrażenie siły wyższej! -  Widownia szaleje, po scenie zirytowany kroczy catus domesticus wkurvikus w przebraniu lwa. Nadal wietrząc protezy czoko unosi wysoko jedną czarną tabliczkę. Tłum pada na kolana, chórzystki wywijają w rytmie charlestona a kot zaczyna higienę bardzo intymną. …
I w tym momencie stwierdziłam, że śniegi i zima źle wpływają na moją wyobraźnie bo zaczynam majaczyć na jawie. Cóż.

Manufaktura Czekolady, Chocolate Story Ghanna 100%. Kakao. Nie poprawiajcie odbiorników, ani nie wycierajcie monitorów, dobrze widzicie. Kupiłam całą setkę. Po pozytywnych recenzjach, z których wywnioskowałam, że nie będzie to gorzko-kwaśno-paskudna Lindt 90-cośtam* procent, wybrałam sobie tą oto tabliczkę do swojej pierwszej przygody ze 100% kakaowości. I nie powiem, mam pewne obawy, ale jest to strach podszyty podekscytowanie. Ba! Piszę te słowa jeszcze nie mając tej czekolady w dłoniach, niech to świadczy o tym jak bardzo przebieram nogami by ją w końcu spróbować. 
* cośtam, bo już zapomniałam czy to było 90, 98 czy 99. Pamiętam tylko, że była paskudna.

Przypominam, że nie mam na tyle wrażliwych kubków smakowych by dokładnie opisać całą kompozycję tej czekolady. Ostatecznie z tego to też powodu podałam linki do recenzji osób, które jednak bardziej się znają.

Smak:czekolada wyglądała dość jasno jak na setkę. Była ciemno-brązowa z czerwonym odcieniem. Pachniała przystępnie, wręcz jak słodka deserówka. Nie tego się spodziewałam. Ale jak odłamałam kawałek i wsadziłam go do paszczy...


Zdecydowanie porównanie do deserówki odleciało hen hen daleko. A właściwie zwiało z wrzaskiem. Uderzyła mnie dawka goryczy. Po chwili, gdy otrząsnęłam się z szoku zaczęłam wśród tej goryczy dostrzegać coś więcej.Jak dla mnie pierwsze skrzypce grał tytoń, było to jakby ucieleśnienie posmaku pokoju podczas imienin w latach 90, ino dym był nieco lepszej jakości.Nie tanie papierosy, ale eleganckie cygara. Z tytoniem przewalała się nuta palonego a właściwie spopielonego drewna. Po chwili nuta zmieniała się w pieśń przewodnią, w tym momencie smak był niemal ponad moją wytrzymałość.

Coś jeszcze? Jak wspominałam nie mam wrażliwego smaku, więc zdołałam tylko wychwycić iskierkę słodyczy, która pojawiła się i znikła niemal w tej samej chwili oraz kwasek. Nie wiem z czym go porównać, z pewnością nie był cytrynowy ani orzeźwiający.Chyba lepiej pasowałyby porównanie do kwiatów niż owoców. Co zaś się tyczy informacji na opakowaniu to mogę powiedzieć, że orzechów nie czułam, chyba, ze takie pozostawione w ognisku zdecydowanie zbyt długo, przez co zmieniły się w małe węgielki.Karmelu również nie znalazłam, a szkoda.

Po spróbowanie tej czekolady tylko jedno mogę z pewnością powiedzieć napisać: nie jestem jeszcze gotowa na całe setki. Nie zrozumcie mnie źle, to nie tak, że ta czekolada mi nie smakowała. Nie mogę też jednak napisać, że ta konsumpcja sprawiła mi 100% radości. Momentami miałam wrażenie, że mam już dość,  moje kubki smakowe zostały wystarczająco sponiewierane. Jedzenie Ghanny bardziej fascynowało niż sprawiało błogość. Bo o żadnej błogości tu nie mam mowy: był dym, było drewno, był tytoń, kwasek i szorstkość ale nie błogość.  Była interesująca, nie żałuję wydanych pieniędzy ale z podkulonym ogonem wracam do nieco mniejszej zawartości kakao.

Ocena: nie mam zielonego pojęcia
Kaloryczność: 100g/682kcal (huh???)
Gdzie kupiłam: fooodieshop24
Cena: około 17 zł

Na szczęście dwie pozostałe tabliczki wydają się bardziej przystępne. :D
Pa